20-31/01/2009 Diu

O mało nie przejechaliśmy naszej stacji, bo pomyliły mi się godziny. Veraval przywitał nas smrodem ryb tak okrutnym, że od samego powietrza mogą się tu chyba zalęgnąć w płucach białe robaki. Na szczęście autobus wywiózł nas stąd w miarę szybko – tak szybko, jak pozwalały dziurawe jak ser szwajcarski drogi.

Diu to przedziwne państwo w państwie. Podobnie jak Goa, Diu znajdowało się pod panowaniem portugalskim do 1961 roku. Podobnie jak na Goa, jest tu mnóstwo pięknych, kolorowych, bogato zdobionych domów w śródziemno-
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Gujarat, część II
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
za nędzne 3 tys. koron, mieszka w robotniczym blaszako-drewniaku na kompletnym odludziu, gdzie w zimie przewiewa dom na wylot a do ogrzania się jest tylko mała farelka. Są za to piękne widoki i kompletna cisza. Ona - żyjąca z niewiadomo czego w jednym z miast. Para estetów upiększała co wieczór przestrzeń wokół siebie czerwonozłotym nakryciem stołu, świecami i ładnymi przedmiotami, a wokół powiewały czerwone, bordowe i czarne szale, prześcieradła i ciuchy. Oboje obolali od dokuczających pleców, wyglądali jakby niewiele w życiu widzieli słońca i nie lubili ruchu. Przypominali mi dwa chude pająki rodem z filmów Burtona. Gdy rozmawialiśmy o nich z sąsiadem Francuzem, określiłam ich jako bardzo nieśmiałych.

- I think they’re extremely shy - powiedziałam.
- And I think they’re extremely stupid - Francuz na to.

Cóż, moim zdaniem całkiem miła para dziwaków.

Francuz tymczasem, Patrick, to historia sama w sobie. Na oko ma może z 50 lat,
długie siwiejące włosy i bardzo wysokie mniemanie o sobie. Czegóż to on nie potrafi!

- Robię zdjęcia, czasem sprzedam jakieś w galerii. Szczególnie dużym powodzeniem cieszą się takie w proporcji 2:1.
- Nie, nie sprzedawałem nigdy w internecie, to nie fajne.
- Tak, mam w domu też Nikona takiego dużego, ale z doświadczenia wiem, że na podróż wystarczy taki jak ten, mały i dobry.
- Gotuję sam, umiem dobrze gotować i byłem kiedyś kucharzem z Australii.
- Znam się na komputerach. Nauczyłem się tego kiedyś i jest to użyteczne, bo pozwala zarobić pieniądze. Trzeba wiedzieć, jak inwestować w siebie i wykorzystywać swe umiejętności.
- Odziedziczony po babci dom odnawiam sam, ma kilkaset lat i wymaga dużo pracy, ale mam dużo czasu, mam też wszystkie potrzebne narzędzia. A jak czegoś nie wiem, to sprawdzam w necie i już wiem, sam wykonuję też meble i wykończenia.
- Gdy jeździłem po Tajlandii, gotowałem na ogniu codziennie i to się finansowo nie opłaca.
- Żeby dobrze grać w frisbie, trzeba się skupić. Ja gram od lat z profesjonalistami, a jestem samoukiem. Wystarczy poczuć frisbie, wyczuć idealną synergię z nim, oczyścić umysł i proszę: umiem rzucić pod każdym kątem. Lubią ze mną grać, bo rzucam bardzo daleko i dobrze.

Itd., itp. :) Jeśli jednak pominąć wymądrzanie się, które nawet jakoś strasznie nie przeszkadza w jego przypadku, Francuz był świetnym sąsiadem. Zamiast ogniska robił sobie małego grilla. Nie zapomnę, jak upiekł któregoś dnia z półtora kilo krewetek i kalmarów, po czym siedział uśmiechnięty na tarasie niczym Pasza, przed nim leżał prawie opróżniony już garnek, a z ust wystawały mu bliżej nieokreślone resztki pożeranego łapczywie kalmara.

- This squid is so good! - uśmiechnął się, a galaretowate czułki dyndały mu z ust niczym broda.

Niemalże codziennie przygruchiwał sobie inną panienkę, z którą znikał na cały dzień. Po Indiach jeździł budzącym respekt motorem - wielki potwór miał po bokach metalowe kontenery, a bagaże przywiązane były starymi dętkami. Kupił go za 80 tys. rupii, po podróży zamierza sprzedać go za 40. Siedząc spokojnie na tarasie wypijał butelkę wódki dziennie i palił kosmicznie dużo. Od 20 roku życia nie spędził we Francji ani jednej zimy, bo woli ciepełko. O Polsce miał dość ciekawe wyobrażenie - twierdził, że mamy wieczną zimę, niedźwiedzie polarne itd. :) O polskim lecie nie chciał słuchać, mówiąc, że to nie możliwe.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
- Całymi godzinami siedzę sobie na plaży - mówi Sonu - i nie mam tu prawie nic do roboty. Tylko tyle żeby patrzeć, czy podchmieleni Gujaratczycy nie zaczepiają białych turystek. Od czasu do czasu przejadę się tam i z powrotem na motorze, właściwie żadna odpowiedzialność, a posada jest prestiżowa. Wszystko i wszędzie mogę z łatwością załatwić, bo ludzie czują respekt dla policjanta. A poza tym znają mnie, bo mój tata jest ważny. Tak więc gdzie nie pójdę, mogę poprosić każdego o co chcę i nawet nie muszę nic płacić. Każdy da policjantowi to, o co prosi. Jak chcecie to pojadę i załatwię wam drewno albo węgiel, nie ma problemu.
morskim stylu, a wąziutkie uliczki przywodzą na myśl Wenecję po lekkim trzęsieniu ziemi i strajku służb oczyszczania miasta. Podobnie jak na Goa, w Diu można dostać pełen wachlarz alkoholi, z czego skwapliwie korzystają Gujaratczycy o bardzo słabych głowach. Jednak w przeciwieństwie do Goa, Diu jest maleńką wyspą - mierzy raptem 3 x 10 km. Drogi są tu nienaturalnie wręcz puste i w świetnym stanie, ludzi jest nadzwyczaj niewiele, slumsów nie ma wcale, plaże są półdzikie i prawie bezludne, muszli jest w bród, a krajobraz urozmaicają bajecznie kolorowe trzykołowe motory z przyczepą, które pełnią rolę ciężarówek lub kilkunastoosobowych riksz.
Co odróżnia Diu od Goa to jednak przede wszystkim krajobraz. Goa tętni życiem, obfitość flory i fauny rzuca na kolana i przyprawia o tropikalny zawrót głowy. Tymczasem Diu jest skaliste, surowe, krajobraz jest miejscami wręcz księżycowy. Mimo iż są tu palmy, można odnieść dziwne wrażenie, że gdzieś niedaleko jest pustynia. Drzewa mają długie, mocne i straszliwie ostre kolce, podobnie jak większość krzewów, traw a nawet kwiatów, które na pierwszy rzut oka przypominają nasze dmuchawce. Łatwo o bardzo bolesną pomyłkę - wśród białego, okrągłego puchu znajdują się grube kolce, długie na ponad 2 cm.
Zostaliśmy tu na 10 dni, które minęły nam tak beztrosko, jak na Goa. Całymi dniami jeździliśmy po wyspie mopedem, ciesząc się wolnością od wszechobecnych w innych częściach Indii tłumów i wspaniałymi drogami bez natłoku zwariowanych kierowców. Widać tu wiele muzułmańskich cmentarzy, pełnych nagrobków w kształcie wydłużonych piramidek pomalowanych białą farbą. W samym mieście, a raczej wokół niego, pozostały resztki portugalskie-
go fortu. Z kamieni, które tu i tam powypadały z murów, buduje się domy. Miejsce, z którego Portugalczycy czerpali budulec, stanowi dziś nie lada atrakcję. Wyżłobione przez nich jaskinie mają piękne, abstrakcyjne kształty i kolory. Dają też dużo cienia, a dzięki sporym rozmiarom (niektóre są wysokie na ponad 10 m) i ciekawej roślinności (np. drzewa widziane od dołu z korzeniami zwisającymi niczym wielkie zasłony), są świetną ucieczką od popołudniowego skwaru.

Przez kilka dni odwiedzaliśmy rano targ, gdzie zaopatrywaliśmy się w śmiesznie tanie owoce morza. Wciąż żywe homary, olbrzymie krewetki, dorodne kalmary i nieznane ryby - wszystko to przygotowywaliśmy sobie wieczorem na ogniu. O zachodzie słońca szliśmy na plażę, na której oprócz nas nie było nikogo (nie licząc niezwykle towarzyskich policjantów, o których później). Tam czekało zebrane wcześniej drewno - a raczej zdobyte,
bo o spore, niekolczaste gałęzie nie jest tu łatwo. Wszystkie zagajniki są doszczętnie wygolone z drewna nadającego się na opał, a leżące tu i ówdzie gałęzie są złudne i niebezpieczne. Mają wredne, długie kolce, które spokojnie przebijają każdego buta. Maćkowi raz wbił się taki kolec na półtora cm w stopę - na szczęście wyszedł równie gładko jak wszedł. Przy odrobinie szczęścia można jednak znaleźć zwykłe drewno - wystarczą dwie, trzy nieduże gałęzie, bo świetnym opałem są wyschłe kokosy, o wiele łatwiejsze do zdobycia i dłużej trzymające żar (zachowują się trochę jak brykiety). Wystarczy przejść się po kilku plażach, by nazbierać ich parę siatek, co w połączeniu z kilkoma gałązkami w zupełności wystarcza na cały wieczór.
Oprócz opału mieliśmy na „naszej” plaży kilka sporych kamieni, które ustawialiśmy jeden na drugim na kształt małego pieca. Na to kawałek metalowej siatki, którą udało nam się zdobyć w sklepie z zaopatrzeniem budowlanym. Sprzedawana na metry służy miejscowym jako ogrodzenie - równie dobrze jednak robi za grilla. Oprócz homarów, krewetek i innego mięcha morskiego mieliśmy też warzywa - ziemniaczki, pyszne pomidory, a także kukurydzę, która pieczona bezpośrednio na żarze i natarta solą i limonką smakuje wspaniale. Krewetki i kalmary lądowały na ogniu prosto z wiadra, choć raz przygotowaliśmy marynatę z masali, cebuli i oleju
kokosowego, który używa się głównie do pielęgnacji włosów. Smakowały świetnie. Homar najsmaczniejszy jest saute, ma tak wspaniałe mięso, że nie potrzebował żadnego doprawiania. Policjanci, o których już za chwilę, byli pod wrażeniem najbanalniejszej rzeczy - bananów oprószonych cukrem i dochodzących powolutku na boku aż zrobią się miękkie. Do takiej uczty popijaliśmy porto, pyszne mimo plastikowej butelki. Całość zaś pogryzaliśmy świetnymi bułeczkami i serem, który był ni to żółty, ni topiony. A wszystko to przy szumie morza i blasku księżyca :)
Za pierwszym razem jeszcze przed zachodem słońca pojawili się policjanci - myśleliśmy, że może nie wolno tu palić ognisk albo pić porto na plaży. Ale nie - chcieli po prostu pogadać. W pełnych mundurach, na służbie, popijali z nami piwko, próbowali jedzenia i obiecywali, że wrócą do nas jak tylko przebiorą się
w domu w cywilne ciuchy, przesiedziawszy najpierw z nami ostatnie godziny służby. Niestety - wracali, zakłócając swoją obecnością magicznie romantyczne chwile, ale cóż - jak powiedzieć policjantowi, nawet w cywilu, żeby spadał bo chcemy być sami? Trzeba więc było ich polubić :) Szczególnie towarzyski okazał się dwudziestokilkuletni Sonu - rozbrajająco szczery, gadatliwy i zadowolony z siebie zaglądał do nas codziennie, a gdy kończył służbę, pędził na swoim wypasionym, czerwonym motorze do domu przebrać się i wracał ze świeżym browarem. Jak sam mówił, a co jest też dość oczywiste nawet dla niezbyt bacznego obserwatora, praca policjanta na Diu jest… hmm… niewymagająca zbytniego wysiłku.
Kolejną nie lada osobowością był Momo - w Indiach znaczy to „pieróg”. Niemiec wypierający się swej narodowości od 8 lat podróżuje po świecie - tym razem jeździ po Indiach na rowerze. Śpi na plaży pod czujnym okiem swego opiekuna, miejscowego psa włóczęgi. Momo dawniej zajmował się pomocą wykolejonym dzieciakom, które wyciągał z uzależnień i różnych psychicznych problemów. Regularnie przeprowadza na swym ciele drastyczne eksperymenty. Mniej więcej raz na rok robi np. głodówkę. Pierwszego dnia je ryż, drugiego dnia lekkie śniadanie, a wieczorem przeciera zupę warzywną i je ją przez tydzień pod wieczór. W kolejnym tygodniu je zupę już bez warzyw -
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
- Babu jest zły, bo jest z Gujaratu a prowadzi restaurację na Diu. Poza tym handluje marihuaną.

Swoją drogą u Babu można poczuć się jak w Europie: bajeranckie talerze, wymyślne nazwy potraw, kawa mrożona w menu, designerskie wnętrze, o ile można nazwać wnętrzem otwartą przestrzeń otoczoną wysokim glinianym murem.
Wracając do Szwedów - on anemiczny ex-cyrkowiec trapezista, próbujący wyżyć
Ujmująca szczerość, wręcz dziecięca - i tak na każdym kroku:

- Wysyłają mnie na parę dni do Daman, bo mają tam mało ludzi a duże potrzeby. Nie chcę mi się jechać, bo trzeba tam będzie popracować a nie tak jak tu, obserwować plażę siedząc w cieniu. Nie znam tam nikogo, a tu znam wszystkich i wszyscy mnie znają. No i tu mam taką łatwą pracę...
Brak słów :) Mieszkali obok nas Szwedzi, para dość dziwnych, anemicznych ludzi. Nie byliśmy pewni, czy to chłopak i dziewczyna, czy może dwie dziewczyny. Przyglądaliśmy się kątem oka i uznaliśmy, że jeden z nich to jednak chłopak. Sonu nie był tak dyskretny. Któregoś dnia, gdy wszyscy siedzieliśmy przy ognisku, opowiedział Szwedowi anegdotkę:

- Wiesz co, założyłem się z kumplem, że jesteś dziewczyną, to znaczy że i ty, i twoja dziewczyna jesteście dziewczynami. To znaczy mój kolega tak mówił, bo ja uważałem, że jesteś chłopakiem. No i patrz, wygrałem zakład i nie musiałem dzięki temu płacić za herbatę. Dobre, co?

Równie szczerze opieprzył nas jednego dnia za to, że zapomnieliśmy o wieczornym spotkaniu - rzeczywiście umówiliśmy się, że przyniesie z domu kolację i razem sobie zjemy. Taki rewanż za smakołyki z ogniska. Następnego dnia smutnym tonem opowiadał tak:

- Moja mama specjalnie dla was ugotowała dwa różne sosy curry, czerwony i zielony. Był też ryż i świeże chapati, przyniosłem wszystko a was nigdzie nie było. Sprawdzałem plażę co pół godziny, byłem tu pięć razy, ale nigdzie was nie było. Zadzwonił mój kumpel czy już jesteście - on też was szukał. Było mi smutno bo myślałem, że zjemy razem domową kolację na plaży. W końcu spotkałem kolegów, z którymi zjedliśmy wszystko póki ciepłe, było super fajnie, ale nadal byłem bardzo rozczarowany. Szczególnie że inni koledzy dzwonili i pytali, jak udała się kolacja z „foreigners” i musiałem im tłumaczyć, że nie przyszliście, a nie wiedziałem dlaczego…

Mieliśmy tak olbrzymie wyrzuty sumienia, że nie wiedzieliśmy co powiedzieć - tłumaczenie się, że byliśmy na występie, po którym poszliśmy do domku i siedzieliśmy na tarasie pijąc piwo i gadając z Australijczykiem i Japonką wydawało się jakieś głupie. Cóż, Sonu nie chował urazy i przesiadywał z nami wesoły jak przedtem. Dziwne to uczucie, gdy w środku miasteczka podjeżdża do nas policjant na motorze i krzyczy do nas z daleka „Hey, Magic!” (tak mówią tu na Maćka), gasi czerwonego potwora i szczerząc zęby podaje nam rękę. Chwali się motorem, proponuje przejażdżkę, po czym odjeżdża wołając, że wpadnie wieczorem na piwo jak wczoraj. Kilka razy spotkaliśmy go przejazdem w cywilu - w obcisłej czarnej koszuli i błyszczących okularach na czerwonym, chromowanym motorze potworze wyglądał jak gonzo, bogate dziecko, które naoglądało się filmów z Shahrukh Khanem :)

Jak to możliwe - nie wiem, ale z wypowiedzi Sonu wynikało, że mieszkańcy Diu uwielbiają Portugalczyków, nie lubią zaś Gujaratczyków. Nie identyfikują się też z Indiami, mówiąc o Hindusach „oni”. To dość niezwykłe podejście do kolonizatorów i rodaków :) Jako wroga publicznego nr 1 miejscowa policja wypatrzyła sobie Babu, właściciela restauracji Bon Apetit w Nagoa, na północy wyspy. Jak rozbrajająco stwierdził Sonu:
sam wywar. Później przez tydzień żyje tylko na wodzie, a potem w zależności od tego, jak się czuje, limituje także i wodę. Jak sam mówi, po takich czterech tygodniach człowiek czuje się niezwykle oczyszczony, silny i uduchowiony. Bo trzeba podkreślić, że słowo „spiritual” powtarzało się w jego opowiadaniach w co drugim zdaniu. Momo nie potrzebował wiele - wszystkie rzeczy woził w pojemnikach przytroczonych do roweru, co wieczór gotował w czajniczku herbatę na małym ognisku, pranie robił w morzu, a co jadł - nie wiadomo.

My za to jedliśmy całkiem nieźle i… hmm… całkiem sporo, bo wszystko tu było naprawdę świeże i pyszne. Któregoś dnia zamiast ogniska weszliśmy na pobliską skałę, schowaliśmy się za domkiem stojącym na szczycie i zrobiliśmy sobie piknik. Daleko w dole szumiało morze, wiał orzeźwiający wiatr, a zachodzące słońce przypiekało nam twarze. Wiaderko, w którym mieliśmy zrobić sobie sałatkę z kupionych wcześniej warzyw, zwiało nam w przepaść - pokrojone frukty i sok z limonki wylądowały więc w przyciętej butelce po wodzie mineralnej, która zaskakująco dobrze sprawdziła się jako sałatkowa miska :) Chcieliśmy powtórzyć ten piknik następnego dnia, ale straciliśmy głupio cały ser i wszystkie bułki - psy porwały je z tarasu gdy po powrocie poszliśmy na chwilę do Francuza. Zamiast pikniku kanapkowo-sałatkowego były więc grillowane przed domkiem Patricka krewetki. Wieczorem zaś zjedliśmy grzecznie w restauracji u naszych gospodarzy, zamawiając m.in. obowiązkowo raitę. Coś jak zagęszczone jogurtem kwaśne mleko z wkrojonymi w środek warzywami, kolendrą i sproszkowaną papryką. Bo dzień bez raity to dzień stracony :)
Indie 2.0 - Diu

Beztrosko płynął nam czas na Diu. Nadrobiliśmy nieco zaległości w pisaniu, dorzuciliśmy nową warstwę opalenizny, wyspaliśmy się zdrowo z dala od zgiełku miast. Po 10 dniach nadszedł jednak czas na spakowanie plecaków i dalszy ciąg podróży.
Siedzimy na szczycie skały, skryci za maleńką kapliczką. Przed nami słońce, pod nami morze...