Diu 20-31/01/09

W pociągu, który dowiózł nas do Veravalu poznaliśmy Australijczyka. Miał mocno wymięty bilet i nie był pewien gdzie powinien usiąść. Wszystkie logiczne kombinacje numerów wagonu i siedzenia były zajęte, na dodatek była to jego pierwsza wizyta w Indiach. Pomogliśmy mu i tak się poznaliśmy. Okazało się, że jechał on również na Diu, wiec razem wzięliśmy riksze w Veravalu na dworzec i razem wsiedliśmy do autobusu, który powoli zawiózł nas na Diu. Tu rozdzieliliśmy się, choć dane nam było jeszcze dwa razy się zobaczyć.

Diu to bardzo towarzyskie miejsce. Japonkę, którą poznaliśmy przez tego Australijczyka, widzieliśmy i mijaliśmy chyba z 10 razy podczas naszego pobytu. Ale o znajomych później, teraz Diu.
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Gujarat, część II
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Na Diu biegam sobie w krótkich spodenkach, czasem na motorku jeżdżę bez koszuli, czuję się jak na najlepszych wakacjach. W Gujaracie musiałem wszędzie chodzić w długich spodniach, dwa razu zwrócono mi uwagę, że krótkie spodenki są niewłaściwe, więc musiałem się dostosować. Tu, na magicznej wyspie, nikt mnie nie goni, nikogo to nie obchodzi. Nawet jazda po pijaku nie jest tu wielkim wykroczeniem (choć oczywiście nie wykorzystuję tego ostatniego,
Jest to miejsce absolutnie wyjątkowe w Indiach. Historycznie Diu było związane z Portugalią, podobnie jak Goa i Daman. W 1961 roku Diu odzyskało niepodległość. Diu samo w sobie jest wyspą, którą zamieszkuje około 20 tyś. Diuańczyków. Wyspa ta jest niezależna administracyjnie i w żaden sposób nie podlega jurysdykcji Gujaratu, obok którego się znajduje. Różnice między Diu a Gujaratem widać od razu. Ludzie tutaj są jak na wakacjach, ma się wrażenie, że cała wyspa jest miejscem ludzi zrelaksowanych, permanentnie odpoczywających. Nie dość, że alkohol jest tu dostępny (w Gujaracie jest pełna prohibicja) to jest on śmiesznie tani. Za butelkę piwa na Goa płaciliśmy w najlepszym wypadku 60-70 rupii, tutaj można je dostać za 35 (i to w restauracji).
Na Diu ma się wrażenie, że w wielu miejscach można przysiąść i być samemu (luksus ten jest niedostępny w pozostałych częściach Indii). Od dwóch miesięcy nie czuliśmy się tak wolni od tłumów. Nawet na drogach, których jakość jest o niebo lepsza od tych w Gujaracie, mało jest pojazdów. Wypożyczyliśmy mopeda (rodzaj małego skuterka) drugiego dnia i oddaliśmy go dopiero pod koniec pobytu. Wolne, szerokie drogi to atrakcja, za którą zdecydowanie warto zapłacić 100 rupii za dzień.
Przez telefon mama zadała mi pytanie, czemu się zasiedzieliśmy tak w tym miejscu. Nie wiem do teraz jak na to odpowiedzieć w trzech słowach, wiec zacznę pisać szczegółowiej. Od samego początku. Na Diu znajdują się dwa miasteczka i kilka małych wiosek. Nie chcieliśmy nigdzie tam mieszkać, więc wybraliśmy inną opcję. Za namową Lonely Planet udaliśmy się do resortu leżącego 20 minut spacerem od miasta Diu. Miejsce to od razu przypadło nam do gustu. Oprócz kilkunastu obskurnych i zardzewiałych bud (domki to jedyny minus tego miejsca), w okolicy znajduje się plażą, mała droga dojazdowa, kapliczka w oddali i rodzaj świątynko-amfiteatru, który poza jednym dniem był opustoszały. Poza tym nie ma tu nic innego. Wokół praktycznie nikogo, tylko morze i cisza. Nasz domek stoi z przodu, a z tarasu jest piękny widok na całą okolicę. Cena przystępna, jedzenie w hotelowej kuchni smaczne, miłe towarzystwo dookoła i my, czujący się znów jak na Goa. Planowaliśmy wpaść tu na kilka dni, ostatecznie zabawiliśmy jedenaście. Każdy z nich wykorzystywaliśmy aż do bólu.

Hmm miało być szczegółowo, a nadal nie wiem od czego zacząć. Chyba zacznę od alkoturyzmu. Na Diu większość turystów to Gujaratczycy. Lubią sobie wypić, a siebie nie mogą (choć słyszeliśmy, że mimo prohibicji, spożycie alkoholu jest w Gujaracie jednym z najwyższych w Indiach). Zatem co robi Hindus, który u siebie nie może? Jedzie na Diu i bawi się jak szalony. Oj, naprawdę bawią się ostro, a może nawet nie tak ostro, tylko głowy słabe. Śmieszny i pocieszny to widok, taki pijany Hindus. Trochę macha rączkami, ni to się uśmiecha, ma jakieś takie miękkie ruchy, gada głośno i lubi zaczepiać turystów (szczególnie samotne, białe dziewczyny) i w ogóle jest taki śmieszny. Czasem irytujący, czasem rozbrajająco komiczny. Wystarczy nogą tupnąć i machnąć mocniej ręką i odczepia się taki, tuptając potulnie w swoją stronę. Samotne kobiety mają trochę gorzej. Hindus mozolnie próbuje swoich szans, zagada, postoi, znów zagada, czasem po prostu się napatrzy. Jednego razu siedzę w domku i widzę, że jakieś 10 metrów od Kasi stoi taki właśnie podchmielony Hindus. Rozmowa nie może się kleić, bo Kasia nie lubi jak się jej przeszkadza leniuchować na plaży. Z oddali widzę, że Hindus stoi nadal, niezrażony niepowodzeniami. Postanawiam zareagować, podchodzę bliżej krzycząc „hello” w jego stronę. Niestety nie odpowiedział, a usłyszawszy męski głoś uciekł czym prędzej na drugi koniec plaży. Czasem pomysłowy hindus zwołuje kolegów i niby nigdy nic robi sobie zdjęcie na plaży. Kolega trzymający aparat kadruje jednak zgrabnie na dziewczyny w strojach kąpielowych zamiast na swojego kumpla. Raz chłopaki tak wulgarnie sobie poczynali, że jakieś dziewczyny pogoniły ich z hukiem, wyzywając ich przy tym od chamów i prostaków.

Na szczęście plaża zazwyczaj jest pusta, jedynym jej stałym bywalcem jest Momo. Niemiec już od trzech tygodni nocuje sobie tutaj na piaseczku. Ma rower, którym od czasu do czasu jeździ sobie do miasteczka. Miły z niego człowiek i bardzo specyficzny. Od jakichś 8 lat włóczy się po świecie, medytuje, jest szurnięty na temat kultury nomadycznej, pości czasem i w ogóle jest mocno zakręcony.
Jest też Francuz Patrick. Ma już dobre 40 lat na karku. Jak mówi, od 20 roku życia każdej zimy jeździ gdzieś na długo. Mówi, że ostatnim razem w Indiach był jakieś 20 lat temu i dużo się tu zmieniło - nie dziwota. Zawsze Francuz ma własny środek transportu. Zazwyczaj, tak jak i tym razem, ma motor. Kupił nowy
(Royal Enfield Monster, na który licencję Indie kupiły od Anglików w latach 60-tych), zamierza sprzedać go po 9 miesiącach podróży za połowę ceny. Patrick jest bardzo miłą osobą, choć lubi się chwalić jak nikt inny. To zrobiłem sam, to robię tak, to jest najlepsze, ja to wiem, w tym jestem super i tak wokoło. Jak przymruży się na to oko, to naprawdę da się lubić żabojada. Wiedziałem raz jak wcinał kalmary, na wpół surowe, dopychając do pełnej buzi coraz to nowe kęsy. Jak to Kasia opisała, kawałki macek wystawały mu z ust. Śmieszny widok. Oczywiście smak squidów był przedni, bo Francuz przecież doskonale wiedział jak je zrobić. Opisując go trochę się podśmiewuję, ale spędziliśmy trochę czasu razem. Wpadaliśmy spontanicznie do siebie nawzajem, wypiliśmy coś i pośmialiśmy się wspólnie. Jednym nam naprawdę zaimponował - technikę frisbie miał niesamowitą. Grac z nim to tak jakby znaleźć się w świecie profesjonalistów. Słuchać, jak to grał na zawodach, czy jak to lubi grac dla przyjemności, ale zawsze dobrze, było już ciężej. Ostatnia rzecz jaką o nim powiem to to, że babiarz z niego i bezkompromisowy białas. Widzieliśmy jak na pijanego Hindusa, który chciał z nim pogadać pod jego tarasem, spojrzał krzywo i kazał mu (cytuję) spierdalać.
zaufałem Hołowczycowi i nigdy nie prowadzę po kieliszku). Nie może to być wykroczeniem, bo sami kilka razy widzieliśmy policjantów wpadających do pubu na jednego/kolejnego w czasie służby.

Jeździmy naszym mopedem codziennie, czasem sporo, czasem tylko do miasta na zakupy. W dniu, w którym wypożyczyliśmy nasze cacko, pojechaliśmy na wycieczkę (8km) do Nagoa. W połowie trasy złapaliśmy gumę. Pech jakich mało, a co najśmieszniejsze, jakieś 100 m od miejsce, w którym to się stało, widzimy zakład wulkanizacyjny. Od razu pomyślałem o jakimś spisku, taki zbieg okoliczności nie mógł się przydarzyć. Porozsypywali gwoździe, czy jak? Pan popatrzył i powiedział, że nie naprawi. Polecił cofnąć się i szukać gdzie indziej jakiegoś zakładu. Co tu zrobić? Nie możemy oboje jechać, bo zepsujemy koło. Kasia wsiadła na mopeda, a ja za nią na piechotę. Po jakimś czasie złapałem rikszę, która dowiozła mnie do jedynego zakładu w okolicy. Tu jednak nikogo nie ma. Jakiś dzieciak kręci się w restauracji, która też wygląda na zamkniętą. W końcu przyszedł pan, z którym dogadaliśmy się w Hindi-angielskim, po części językiem gestów. Zadzwonił po kogoś od naprawy i wrócił do kuchni. Zamówiliśmy thali, bo byliśmy bardzo głodni i mieliśmy czas. Niestety pan nie zrozumiał pytania ile będziemy musieli czekać na oponę. W końcu jednak ktoś się pojawił i zajął naszym motorem.
Jednego wieczoru siedzieliśmy przy ognisku z parką ze Szwecji (wcześniej zastanawialiśmy się czy jedno z nich to chłopak czy dziewczyna). Zaprzyjaźniliśmy się z nimi. Któregoś dnia postanowili sami zorganizować sobie ognisko. Oddaliśmy im nasz ruszt, mam nadzieję, że godnie go wykorzystali.

Innego wieczora poszliśmy na koncert i pokaz taneczny, który odbywał się koło nas w świątynko-amfiteatrze. Młodzież w tradycyjnych, lokalnych strojach tańczyła, a część występu była naprawdę imponująca. Byliśmy dość zmęczeni towarzystwem policjantów, więc po występnie udaliśmy się do domu.

Jeszcze innego dnia zorganizowaliśmy sobie magiczny wieczór przy świecach. Poszliśmy z prowiantem do „naszej” kapliczki, gdzie od strony morza jest małe siedzisko. Między siedziskiem a stromym zboczem są jakieś dwa metry, więc po ciemku musieliśmy uważać, żeby nie wpaść do morza. Świeczki nakryliśmy plastikowymi butelkami, żeby wiatr nam ich nie zgasił. Byliśmy absolutnie sami tego wieczora. My, zachodzące słońce i morze. Graliśmy w Backgammona, jedliśmy kanapki i warzywną sałatkę (czytaj pomidory, cebula, ogórek, der żółty, sól i sok z limonki), popijaliśmy porto i śmialiśmy się do rozpuku. Szkoda, że opisuję to już jako coś minionego, trzeba będzie gdzieś kiedyś jeszcze powtórzyć taki wieczór.

Diu można by porównać z Goa. Co jednak różni te dwa miejsca to roślinność. Na Goa ma się wrażenie, jakby mieszkało się w tropikalnym raju, wszystko tam takie soczyste, zielone, wszędzie dookoła bujna roślinność. Na Diu jest odwrotnie. Dużo przestrzeni dookoła, ziemia bardziej marsjańsko-czerwona, roślinność surowa, wręcz pustynna. Jednak co najbardziej bolesne (dosłownie) to kolce dookoła. Już nie raz nadziałem się na kaktusy, z których liści można by robić sztylety. Raz, zbierając drewno, stanąłem na kolcu, który wbił mi się w nogę na ponad centymetr. Noga bolała mnie dobre parę dni. Poza tym dziwnie patrzy się na florę, która jest bardziej iglasta (jak w Polsce) niż palmowa (jak w Indiach).
Jazda, czy bardziej precyzyjnie powolne pierdzenie się motorkiem po egzotycznym krajobrazie, to radość dla duszy i serca. Kocham to. Czasem mam wrażenie, że jeździmy jakieś 20 km/h (licznik nie działa). No ale jesteśmy mobilni. Możemy się wszędzie zatrzymać, Kasia może obskoczyć każdą, nawet najmniejszą plażę w poszukiwaniu swoich muszelek (trochę zwariowała na tym punkcie). Motorkiem jeździmy również w poszukiwaniu drewna na ognisko. Kilka wieczorów spędziliśmy na plaży, robiąc sobie grilla na świeżym powietrzu. Problemem jest tu jednak opał. Okolica jest przebrana przez miejscowych, a
znalezienie dużej gałęzi graniczy z cudem. Na szczęście drewna nie potrzeba nam wiele, a do tego odkryliśmy, że wysuszone kokosy palą się wyśmienicie. Na mieście kupiliśmy kawałek drucianej siatki ogrodzeniowej i przycięliśmy w piękny kwadrat. Mamy z niej najlepszy grill na świecie. Kamienie pod BBQ znaleźliśmy w okolicy. Rewelacja.
Pierwszego razu na ognisko kupiliśmy 5 rybek a’la karaś, siatkę małych niewiadomo jakich rybek i trochę krewetek. Za drugim razem oprócz krewetek mieliśmy kalmary, trzecim zaś razem były ogromne krewetki jumbo. W koszyku zawsze były warzywa: pomidory, cebula, ogórki, marchew i kalafior, czasem ziemniaki i kukurydza. Do tego pieczywo, jakiś ser, no i oczywiście porto, czasem piwko. Największą zaś atrakcją i naszą małą tradycją były homary. Na targu
rybnym wyszukiwaliśmy jednego na każdy wieczór. Dotychczas w życiu jadłem homara raz, w Indiach 4 lata temu. Zapłaciliśmy wtedy za niego około 1000 rupii w restauracji. Teraz sami go przyrządzamy, za każdym razem kupując go z pierwszej ręki za 100 rupii (7zł). 

Wieczór spędzony na plaży przy szumie morza i trzaskach palącego się drewna to miód dla duszy. Dowiedzieliśmy się na początku, że ognisko jest w pełni dozwolone. Powiedzieli nam o tym lokalni policjanci, których obowiązkiem było patrolowanie tej plaży. Z jednym z nich, chcąc nie chcąc zaprzyjaźniliśmy się. Nie dość, że sam przysiadł się do nas, to po pewnym czasie zaproponował, że po służbie (22:00) pojedzie do domu, przebierze się i do nas wróci. Nie zamierzaliśmy tłumaczyć mu, że chętnie w samotności posiedzimy, w końcu nie warto zadzierać z lokalną władzą. Jeszcze nieraz spotkaliśmy się z Sonu. Czasem na mieście, czasem na plaży.
Śmieszny z niego chłopak i bardzo bezpośredni. Chwalił się, że ma plecy w policji, jego rodzina mocno jest tu ustawiona. Chłopak ma jakieś 22 lata i dwa domy. Jak sam powiedział, ma taką władzę, że nikt mu nie podskoczy. Może pójść sobie do sklepu i powiedzieć „daj mi to i tamto”, a sklepikarze posłusznie wykonują polecenie. Ma szybki motor, okulary godne lokalnego gonzo, zna się z turystami, jest kimś. Swoją droga rozbrajająco szczerze przyznał, że jego praca to
raj na ziemi. Jedynym jego obowiązkiem jest od czasu do czasu pojawić się tu i upewnić, czy aby Gujaratczycy zbyt mocno nie naprzykrzają się turystom. Na innej plaży widzieliśmy dwie panie policjant, które przez cały dzień siedziały w cieniu i gadały ze sobą. Naprawdę raj na ziemi, piękna pogoda, dobra pensja i niewymagająca, prestiżowa praca - oto jego życie. Dużo osób mogłoby mu pozazdrościć.
Trochę skaczę po tematach, ale ciężko jest opisać tyle wrażeń w sposób usystematyzowany. Na Diu non stop coś nam wypada, coś robimy. Np. wybraliśmy się raz do jaskiń. Wiele razy koło nich przejeżdżaliśmy i ani razu nie udało nam się tam zatrzymać. W końcu pojechaliśmy tam specjalnie. Nie oczekiwaliśmy niczego wielkiego - ot dziury w ziemi. Jednak jak się okazało, miejsce to rzuciło nas na kolana. Kilkanaście jaskiń, część znajdujących się pod główną drogą, jest zakamuflowana jak schrony jakieś czy bunkry. Miejsce to jest przestronne, cudownie oświetlone, spokojne, po prostu super. Nie jest to miejsce antyczne - po prostu lokalni budowniczy czerpali i
czerpią stąd nadal kamienny budulec. Nie robią tego na szczęście metodą odkrywkową, tylko zostawiają sufit, drążąc skałę w dół. Konstrukcja wygląda na solidną, mam nadzieję, że prędko się nie zawali.

Teraz jeszcze kilka słów o ludziach dookoła. Zacznę od turystów z Izraela, których podobnie jak na Goa jest tu całkiem sporo. Większość z nich jest w podobnym wieku, prawdopodobnie zakończyli służbę wojskową trwającą trzy lata i teraz cieszą się życiem, upijają w trupa, siedzą na plaży i nie myślą o przeszłości. Nikt nie ma im tego za złe - pieniądze mają, rachunki płacą, nie widzieliśmy ich nigdy awanturujących się lub powodujących jakieś problemy.

Osobą, o której również muszę napisać, jest Babu. Chłopak jest Gujaratczykiem, który prowadzi swój lokal w Nagoa. Jego miejsce jest dość wyjątkowe i, choć położone dość nieciekawie daleko od morza, i tak przyciąga wielu zagranicznych i lokalnych klientów. Wystrój jest gliniano-drewniany i widać, że poświęcono wiele czasu i energii na budowę tego miejsca. Menu jest rozwijane i wygląda jak stary edykt królewski. Ceny są bardzo wysokie, jednak jakość jedzenia to rekompensuje. Właściciel mówi dobrze po angielsku i francusku, ciekawy z niego osobnik. Nasz znajomy policjant mówił, że mają na niego oko, bo podobno handluje marihuaną. Niemniej jednak interes mu się kręci, a sam Babu żyje zadowolony z życia. Nic dziwnego - wiele osób chciałoby mieć swój lokal, który przynosi dobre pieniądze.

Pod koniec sekcji personalnej opowiem o muzułmańskich braciach prowadzących siedem sklepów koło siebie. Za pierwszym razem, gdy ich zobaczyłem, miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Idę sobie ulicą, patrzę - sklep. Za kasą siedzi pan w wieku 50 plus. Idę dwa kroki dalej, kolejny sklep z podobnym asortymentem, za ladą siedzi pan w tym samym wieku i o bardzo podobnych rysach. OK, zbieg okoliczności. Idę krok dalej, kolejny sklep. Podobny pan, ten sam wiek. Co jest grane? W rzędzie było pięć sklepów i pięciu takich samych właścicieli. Dwa sklepy, jakby na zapleczu, też prowadzone przez sobowtóry pana nr 1. Takiego czegoś nie widziałem nigdy w życiu. We wszystkich sklepach podobni właściciele. Kiedy nie mieli jakiegoś produktu, mówili „Drugi sklep po prawej”, „Ostatni sklep po prawej”, „Tak, jest, tuż obok”. Czasem w ogóle nie odsyłali nas do sklepu brata, tylko gnali pomagacza, żeby przyniósł nam rzeczy, o które prosiliśmy. Dla nas - kosmos, dla nich - rodzinny interes.
Z wydarzeń ważnych, o których jeszcze nie pisałem, muszę wspomnieć o Dniu Niepodległości Diu. Zjechało się sporo ludzi na „naszą” prywatną plażę, popili trochę i rozjechali się do domów. Inny ważny dzień to Dzień Niepodległości Indii. Tym razem na stadionie grały orkiestry, dzieci grzecznie maszerowały klasami
a dostojnicy produkowali się długo przez mikrofon. Stadion zapełnił się ludźmi, muzyka pograła, a po dwóch godzinach wszyscy grzecznie się rozeszli.

Podsumowując Diu muszę stwierdzić, że jest to miejsce magiczne. Spokojnie
tu, mało osób dookoła. Jako wczasownia/wypoczynkownia, Diu dostaje 5 gwiazdek. Żyć tu jednak byłoby mi ciężko. Poza alkoholem, kilkoma sklepami z ciuchami, owocami morza i lokalnymi gazetami, nie można na Diu dostać praktycznie niczego. Zdobycie książki np. jest totalnie niemożliwe. Najbliższe większe miasto to Una, do którego można dojechać po ultra wyboistej drodze. W ogóle wyjeżdżając z Diu można przerazić się jakością dróg dookoła. Czasem jezdnia wygląda jakby rzeka lub morze ją zwyczajnie zabrało w niektórych miejscach. Jadąc autobusem musieliśmy raz przeprawić się przez rzekę. Mostu nie było. Kierowca spokojnie zredukował bieg i wjechał w nieznane i mokre. To jednak już droga do Dwarki i kolejny rozdział w dziennikach podróży.
Indie 2.0 - Diu