27/11/08 Mumbai-Panvel-Goa

W najbardziej pokręconych scenariuszach nie przewidzieliśmy, że tak się zacznie. Siedzimy aktualnie w jakiejś przydrożnej knajpie i pijemy garam chay, jedyni biali w okolicy. Wiejemy z Bombaju, gdzie po wczorajszych strzelaninach znów podobno coś wybuchło.

Ruszyliśmy z Polski dwa dni temu wieczorem z zamiarem przeczekania nocy gdzieś na lotnisku w Luton albo Heathrow. Samolot o Bombaju odlatywał dopiero następnego dnia wieczorem. Po krótkiej naradzie przenocowaliśmy jednak w Ibisie przy lotnisku- francuski portier okazał się nadzwyczaj miły i zaproponował nam olbrzymi rabat, zapłaciliśmy 45 funtów. Tym sposobem zamiast kulić się gdzieś na posadzce wzięliśmy gorącą kąpiel i wyciągnęliśmy nogi w ciepłym łóżku oglądając film o bangladeskiej rodzinie z Londynu (Brick Lane).
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Ktoś krzyknął – ja nie lecę, właśnie ostrzelali mój hotel! Myśleć, myśleć... W sumie nocujemy w budżetowych miejscach, bezpiecznych, ale pozostają niebezpieczne ulice, dworce, pociągi.

Jedziemy. Spróbujemy jakoś uciec z Bombaju bezpośrednio z lotniska. Samolot opóźnił się ponad godzinę, załoga czekała na decyzję, czy można lecieć. Można :)

Podwójny Aviomarin, butelka szampana, film w zagłówku – zasnęłam jak dziecko.

Lotnisko w Bombaju obstawiło wojsko. Nie wpuszczają osób oczekujących do hali przylotów, nikogo, kto nie ma biletu na lot. Chcieliśmy kupić bilet na pociąg do Goa. Na dziś nie było. Kupiliśmy więc jedyne jakie były, czyli na jutro w dwóch różnych wagonach. Żeby wyjechać z Bombaju, wzięliśmy taksę do Kurli. Tam chcieliśmy kupić bilet lokalny na dowolną stację leżącą na trasie jutrzejszego pociągu, najlepiej o miasteczka o hiszpa
ńsko brzmiącej nazwie Roha. Na mapie odległość wyglądała na około 40 km, taksówkarze jednak zgodnie twierdzili, że to ponad 150 km. Nie było już tego dnia żadnych pociągów w tę stronę, zgodziliśmy się więc na pomysł sikhowskiego taksówkarza, żeby pojechać pod Bombaj i złapać tam autobus na Goa. Dojechaliśmy w ten sposób do Panvel, zwanego też Nowym Bombajem (Navi Mumbai). Sikh wydawał się być wyjątkowym człowiekiem – miły, oczytany, znał kilka słów po polsku, jeździ po świecie. Na koniec trasy Maciek dał mu 1600 rupii. Nie wiem jak i kiedy to się stało, ale słyszymy nagle, że brakuje 1000 rupii, a taksówkarz trzyma w wyciągniętej ręce tylko 600. Kazaliśmy mu wstać i wytrzepać kieszenie, pokazać ręce, przeszukaliśmy też siedzenie, nigdzie nie ma! Rozpłynęły się w powietrzu. To dużo kasy – dla porównania gazeta kosztuje od 2 do 4 rupii, butelka wody 10, obiad około 50. Było nie było, daliśmy mu ten tysiąc, którego niby brakowało, nasza strata i nauczka na przyszłość.

Po paru godzinach mieliśmy z Panvel autobus „Volvo” (wow), udało nam się dostać bilety po 450 rupii. Autobus wypasiony, klimatyzacja, rozkładane siedzenia akurat do spania – tylko co z tego, skoro spać się nie dało? Kierowca jechał jak szalony, w dodatku ku przez góry. Pod górę jechał dość wolno, ale serpentyny idące w dół pokonywaliśmy chyba trzecią kosmiczną. Za oknem przepaść i noc, a ten wyprzedza na krętych dróżkach wyłożonych dziurawym asfaltem nie zdejmując nogi z gazu. Zasnęłam na chwilę nad ranem. Po drodze zatrzymaliśmy się w knajpie. Wzięliśmy tylko herbatę, natomiast cała reszta pozamawiała jedzenie. Myślałam, że czeka nas godzinny postój – cały autobus ludzi do wykarmienia, ale nie, już po 15 minutach jechaliśmy dalej. Trzynaście godzin ostrej jazdy po serpentynach, szybka przesiadka w Margao i witamy w Colvie!
Zebraliśmy się rano i ruszyliśmy na Heathrow - dotarliśmy tam około 13. Czekała nas tam pierwsza tego dnia niespodzianka - w samolocie nie ma już wolnych miejsc! Ludzie zaczęli odprawiać się online już poprzedniego wieczoru, a że British Airways sprzeaje ponad 12 proc. więcej biletów niż jest miesc, zrobiło się gorąco. Po chwili okazało się jenak, że mamy fuksa a ktoś inny pecha - zwolniono dla nas dwa miejsca (byliśmy 156 i 157 osobą na pokładzie).
Godziny na lotnisku dłużyły się okrutnie. Zrobiliśmy obchód po wszystkich terminalach (polecam trzeci, istna mieszanka kulturowa: hindusko-muzułmańsko-pakistańsko-niewiadomo-jaka). W końcu wybiła 18:30 i pozbywszy się bagażu przeszliśmy do departures. W pewnej chwili, gdy konczyliśmy pałaszować kanapkę, na jednym z ekranów pojawiły się wiadomości BBC. Z daleka dojrzeliśmy, że mówią coś o Bombaju. Braking news: terroryści ostrzelali tam właśnie kilka miejsc. Dworzec CST, Taj Hotel, okolice Gateway of India. Wszędzie tam mieliśmy być o tej samej porze następnego dnia. W Leopolds Cafe mieliśmy jutro wieczorem pytać o rolę w Bollywoodzkim filmie -  a dziś zginęli tam ludzie. Setki rannych, w coraz to nowe miejsca uderzają granaty i kule pakistańskich terrorystów, są też zagraniczni zakładnicy. Zastrzyk adrenaliny i milion myśli naraz - a co jeśli jutro też będą tam strzelać? Jak wyjechać z Bombaju omijając główny dworzec? Czy samolot w ogóle wystartuje? A może go przekierują poza Bombaj? Czy nasze babcie nie zejdą na zawał gdy zobaczą wiadomości? A może zrezygnować z wyjazdu?
28/11/08 Colva

Poszliśmy prosto na plażę, bo przed szukaniem mieszkania chcieliśmy coś zjeść. Mieszkanie znalazło się samo. Kelner zapytał, czy szukamy miejscówki – i po chwili przybiegł bezzębny dziadek, który zaprowadził nas do Golden Rose Cottages, domku stojącego trochę na uboczu, w palmowym lasku niedaleko plaży. Drzwi do łazienki w naszym pokoju są małe jak dla krasnoludka, moskitiery nie ma jak powiesić, nie ma światła i okno się nie domyka – ale nic nie zastąpi pokoju tuż przy plaży. Jako „domownicy” możemy w sąsiedniej knajpce (Papillon) grać za darmo w bilarda. Peter, Marcel i Raj, a także żona Petera, Angielka, tworzą niesamowitą atmosferę. Sporo tu stałych bywalców. Miejsce to leży trochę z boku głównej Colvy, jest więc spokój i przestrzeń – zasiedzieliśmy się zatem.
29/11/08 Colva

Wciąż podają wiadomości o Bombaju – walka wciąż trwa. Na Goa również pojawiły się patrole policji, latają helikoptery, widać straż przybrzeżną. Sklepikarze narzekają, że mało ludzi – nie tylko przez wydarzenia w Bombaju, ale również przez strajk goańskich taksówkarzy, którzy protestują przeciwko faworyzowaniu przez rząd prywatnych przewoźników. Nie wiadomo też co z IFFI -Internation Film Festival of India, który powinien zgodnie z tradycją „wędrować” od plaży do plaży w najbliższych dniach. W tym roku najwyraźniej odbędzie się wyjątkowo w trybie stacjonarnym, gdzieś w głębi lądu.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Powitała nas w Indiach dziwna pogoda - jest pochmurno, od czasu do czasu kropi lekki deszcz. Jednocześnie jest ciepło i słońce opala jak głupie - niby nie mocno, ale skóra piecze i tak.

Na śniadanie zjadłam płatki na kwaśnym mleku, które chyba miały zbyt dużą dawkę tutejszych bakterii - zrobiły mi z żołądka sajgon. Pospałam trochę w ciągu dnia, posiedziałam w łazience i huraaa! Udało się przezwyciężyć. Wieczorem zjadłam nawet Prawn Papad, lekko niepewnie, ale już nic się nie działo.
Maćkowi nic nie było, bo nie jadł kwaśnego mleka - wygląda więc na to, że takie śniadanie to idealny przepis na ekspresową wymianę flory bakteryjnej :)
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Chłopaki z plażowych knajpek tylko zacierają rączki, bo przecież odpoczną sobie po sezonie, kiedy to zdejmą bambusowe konstrukcje, schowają leżaki, zgarną całą kuchnie i nacieszą się wolnym. Mają kilka miesięcy wakacji – jeżdżą wtedy od wiochy do wiochy, spotykają się z ludźmi, palą jointy, oglądają TV i starają się najpierw nie paść od upału, a później nie dać się zmyć monsunowi :)
30/11/08 Colva / Margao

Niedziela to w Colvie wyjątkowy dzień. Zjeżdżają się na plażę tłumy hinduskich turystów. Pracują na co dzień w okolicznych sklepach, knajpach czy hotelach, a niedzielę mają wolną, wszak Goa to katolicki region. Odświętnie ubrani, przyjeżdżają tu na motorach, autobusami lub olbrzymimi taksówkami mogącymi pomieścić całe rodziny. Idą do kościoła, a potem na plażę - prawziwe tłumy. Przechadzają się, mężczyźni w spodniach jak z lat 70-tych i koszulach z kołnierzykiem, cykają zdjęcia, kąpią się (kobiety oczywiście w ubraniu), jeżdżą motorówkami, jedzą lody - normalne wakacje.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Byliśmy dziś w Margao. Wiele sklepów zamknięte, bo niedziela. Znaleźliśmy jednak targowisko, na którym miejscowi zaopatrywali się w świeże ryby, mięso (w przypadku kur itp. nawet bardzo świeże, bo jeszcze biegające, lub czekające na kupie ze związanymi nóżkami, żeby nie obiegły za daleko), warzywa, przyprawy itd.
Bardzo fajna przyprawa - tamarin, czy jakoś tak. Smakuje trochę jak bardzo kwaśne suszone jabłko, a wygląda jak wyschnięte łupinki jakiegoś mini kokoska. Dodaje się to albo jak u nas cytrynę - o wody z cukrem lub innych napojów, albo do potraw curry. Próbowaliśmy również cukru palmowego. Szczególnie fajny był cukier kokosowy, ciemny jak kawa i smakujący jak miód gryczany z kawowym aromatem.
Widzieliśmy kosze suszonych krewetek - dużych jak palec i małych jak paznokieć. Na razie z obawy o żołądki nie jedliśmy ich, ale na pewno to nadrobimy. Kupiliśmy natomiast kiełbaski - sprzedają je w długich sznurach, na sztuki. Są małe - niektóre mają postać kulki o 2 cm średnicy, inne są długie na około 5 cm. Bardzo pikantne, smażone na maśle są naprawdę świetne. Przyrządzili je nasi plażowi kucharze. Swoją drogą podglądamy ich trochę, ucząc się i czerpiąc pomysły. Chodzimy sobie po kuchni, patrząc jak przygotowuje się te wszystkie pyszności. W ruchach naszego kucharza widać taką wprawę, że mógłby swobodnie szpanować w każdym europejskim hotelu.
01/12/08 Colva
02/12/08 Colva-Margao-Panjim-Mapusa-Anjuna

Czas ruszyć rozleniwione kości – przenosimy się do Anjuny. Nie jest to jednak takie proste. Trzeba wsiąść w autobus do Margao, tam przesiąść się w pośpieszny (22 rupie) do Panjim, stamtąd dalej do Mapusy (8 rupii), skąd odjeżdża autobus do Vagator przez Anjunę. Autobusy, zakładając, że nie jadą przez góry, są idealnym środkiem transportu – tanie jak barszcz i w miarę wygodne, no i pozwalają dyskretnie podglądać tutejsze życie. W Anjunie handel kwitnie. Wielki market dopiero jutro, ale już dziś we wszechobecnych straganach, można się zaopatrzyć w przeróżne szmatki i pamiątki.

Północna część plaży leży wysoko na skałach, dalej na południe jest jednak niżej i można się kąpać biegając po piasku. Hotel obowiązkowo przy plaży i szybka kąpiel – kolejny wieczór rozpoczęty!
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
A jednak się dziś nie ruszamy. Pojedziemy jutro od razu do Anjuny. Kolejny dzień chill-outu w domowej atmosferze - czego chcieć więcej. Ciszę zakłóca policyjny (czy raczej wojskowy) helikopter, lata nad wybrzeżem i słychać go co kilka godzin. Cóż, przynajmniej nam tu nie przybiją żadni terroryści na motorówkach. Niesamowite jak bardzo Goa pozostało dzikie, mimo inwazji przeróżnych resortów, sklepów i restauracji. Wystarczy zejść z uklepanych ścieżek i jest się w innym świecie - tropikalnych ptaków z turkusowym brzuszkiem, węży i jaszczurek, które tu i tam zrzucają skórę. Cały krajobraz tętni życiem.
03/12/08 Anjuna

Come look my shop, give me a good price, morning time good luck, tak two I give you good price itd. Do znanych sprzed czterech lat nawoływań doszło „Come, see, I have something different”, co jest oczywiście nieprawdą. Anjuna market to studnia bez dna wszędzie praktycznie ta sama barachołka. Nie jest łatwo wyszukać coś wyjątkowego, ale jeśli ma się nieskończoną asertywność i cierpliwość, da radę. Targ rozpoczyna się z samego rana, około ósmej większość stoisk jest już gotowa na pierwszych klientów. Ciekawe, ilu osobom rano mówią, że są pierwszymi klientami i muszą kupić coś na szczęście.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Z ciekawszych rzeczy, dowiedzieliśmy się dzisiaj, że zawieszone na sznurek papryczki chilli i limonka to amulet przynoszący szczęście. Wiesza się je nad wejściem do sklepu, na autobusie, samochodzie, nad straganem.

Znów spotkaliśmy Andy'ego, samotnego podróżnika poznanego w Colvie. Świat jest mały :) Połaziliśmy razem po markecie. Sprzedawcy narzekali dziś na brak klientów. Rzeczywiście, mniej było dziś turystów, niż można by się spodziewać. Zdziwił nas jednak jeden fakt - ilu tu Ruskich! Co chwilę słyszeliśmy rosyjski, nawet sprzedawcy wołali do nas często po rosyjsku. Niektórzy całkiem dobrze mówią w tym języku - na tyle, żeby coś dobrze sprzedać, oczywiście.
Nie przypada mi do gustu Anjuna sama w sobie. Troche za dużo to lansu, ciężkich drug'ów i zagubionych poszukiwaczy innego świata na ziemi. No i tych Ruskich za dużo jak na mój gust, rozpanoszyli się i są naprawdę niemili dla miejscowych, na których patrzą z góry.

Była ulewa - nie sądziłam, że o tej porze roku zobaczymy oberwanie chmury i burzę. Super uczucie - ciepło i zimo zarazem.

Kiedy nocą spaceruje się po plaży, widać niesamowite żyjątka morskie. Fale wyrzucają na brzeg coś, co świeci niebieskim światłem. Niektóre cosie świecą długo, niektóre po chwili przestają. Zebraliśmy kilka, żeby obejrzeć je z bliska pod lampą. Wyglądają jak ziarnka piasku, niczym się praktycznie nie różnią do tego stopnia, że przy świetle nie sposób powiedzieć, które z ziarenek nie jest wcale ziarenkiem. Przez chwilę myśleliśmy, że to jakieś kamienie czy skały, które tak rozdrobnione wypływają na brzeg. Planowaliśmy wręcz wysadzić nimi naszyjnik. Gdy jednak jedno z „ziarenek” zgniotłam lekko palcem, zaświeciło mocniej (tak, że było widać kolor w jasnym świetle żarówki) po czy rozmazało się po mojej ręce, zostawiając za sobą świecącą jeszcze przez chwilę niebieską smugę... Niestety stworki te są tak miniaturowe, że nie sposób było zobaczyć w nich coś więcej niż kształt ziarenka piasku.
04/12/08 Anjuna-Mapusa-Arambol

Wcześnie rano opuściliśmy Anjune z plecakami na plecach i wodą mineralna w garści. Przespacerowaliśmy się do przystanku, gdzie akurat zastaliśmy autobus oczekujący na odjazd do Mapusy. Za bilet zapłaciliśmy po osiem rupii. Oczywiście można pojechać taksówką za 200. Pytanie po co, skoro autobus jedzie niewiele dłużej, a podróż nim jest naprawdę niezłą frajdą.

W Mapusie nie udało się znaleźć hotelu – jeden za drogi, w drugim nie było miejsc. Zrewidowaliśmy zatem plany – idziemy na market i jeśli tam nie będzie jakiegoś hotelu, ruszamy do Arambolu mijając Aldonę (miasteczko leżące niedaleko stąd).

Na targu od wspaniałości uginały się półki i stoły. W alejce rybnej aż roiło się od przeróżnych owoców morza – cztery kraby wielkości dłoni za 250 rupii, kalmary za 50 rupii (cały kopiaty talerz), dwa młode rekinki za 100 rupii, talerz dużych krewetek za 100 rupii, a do tego masa przeróżnych ryb. Wszystko świeże, ba, żywe czasem. W alejce mięs kozy czekały chyba na zarżnięcie, wokół biegał drób. Mnóstwo przedziwnych warzyw i owoców, przyprawy pachnące tak intensywnie, że aż wierci w nosie. Doszliśmy w końcu do stoisk z wypalaną gliną i kupiliśmy kil,a lampek oliwnych za 1 rupię każda. Obok znaleźliśmy skórzane sandały. Niestety, jak się później okazało po paru krokach puścił szew i trzeba będzie naprawić.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Nie szukaliśmy już hotelu. Postanowiliśmy pojechać dziś do Arambolu. Kupiliśmy kila bułek, wodę i jakieś tutejsze hałwo-czekoladki (chyba z palmowego cukru) i ruszyliśmy, jedząc śniadanie w autobusie.

Arambol to całkiem ładna plaża. Morze jest tu długo bardzo płytkie, fal właściwie nie ma, ale woda jest super ciepła. Znaleźliśmy chatkę za 150 rupii. Ciut obskurnie, ale może być. Plaża, słońce. To jest to :)
5-7/12/08 Arambol

Jak to często na Goa bywa, zmieniliśmy plany i zostajemy na dłużej, dużo dłużej niż zamierzaliśmy. Drugiego dnia pobytu w chatkach mieszczących się na tyłach restauracji „Bhuj”, zrobiliśmy sobie piękny spacer na drugą stronę skał na północy plaży. Znaleźliśmy zaciszną plażyczkę z garścią chatek pnących się po klifie. Jest też jeziorko słodkiej wody, oddzielone plażą od morza. Daliśmy właścicielowi 100 rupii zaliczki za najpiękniejszą chatkę na świecie: na samej górze, z widokiem na morze i całą okolicę. I postanowiliśmy zostać. Panuje tu
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
niesamowita atmosfera relaksu, cicho tu i mało turystów. Owoców w bród, czego dusza zapragnie. W chatkach przemykają jaszczurki, są tu naprawdę spore. A ile tu pięknych ryb, ptaków i owadów, w głowie się nie mieści.

Znów jest z nami Andy. Spotykamy się co chwilę bez żadnego umawiania się czy planowania. Ot tak po prostu wychodzi. Mieszka gdzieś w głębi lądu i jutro też przeniesie się do „naszych” chatek.
Jedliśmy wczoraj niesamowity owoc - chikka, chikko czy jakoś tak, każdy wymawia to lekko inaczej. Wygląda toto z zewnątrz jak niewłochate kiwi. W środku jest brązowe i ma kilka dużych, czarnych, podłużnych pestek, gładkich i błyszczących trochę jak długaśne, pomalowane na czarno paznokcie ;) Smak rewelacja. Coś jak gruszka nasączona lekko miodem, bardzo intensywny miąższ o przedziwnej konsystencji. Pycha!

Pytałam dziś na głównej alejce Arambolu, ile kosztuje naprawa dreda: 300 rupii. Po drodze do domu zapytałam w innym miejscu: 30 rupii! Fantastyczne zjawisko, Indie :)
Zasypiać w chatce na klifie słysząc jedynie szum morza i świerszcze to niesamowite przeżycie. Ale obudzić się rano, otworzyć bambusowe drzwiczki i zobaczyć skaczące wysoko delfiny - to pobiło wszystko!

Po plaży i uliczkach handlowych przechadzają się tu Hindusi sprzedający bębenki - małe i większe, drewniane, z nacięciami układającymi się w etniczne wzorki. Za mniejsze 150, za większe chcą 400 rupii. Turyści kupują z rzadka jeden czy dwa, myślą sobie: „Małe pieniądze, a przywieziony z Indii drewniany
bębenek na półce to przywieziony z Indii drewniany bębenek na półce”. Problem w tym, że bębenek zwykle wcale nie jest drewniany, mimo że na pierwszy i drugi, a nawet trzeci rzut oka na drewniany naprawdę wygląda! Widzieliśmy dziś w alejce, jak robi się takie bębenki. Kilka niedokończonych leżało wokoło, a wśród nich siedział chłopak i owiniętym w szmatki ostrzem nacinał wzorki. Sam bęben okazał się zwykłą kartonową rurą, grubą na ok 0,7 cm i pomalowaną z wierzchu ciemnobrązową farbą. Wyryte wzorki miały jasny kolor idealnie imitujący drewno. Spod rylca leciały jednak nie drewniane, ale kartonowe wióry :)

Idąc dalej alejką natknęliśmy się na Hindusów wykonujących z kolorowego filcu przeróżne rzeczy - od kapci przez portfele i biżuterię po torby i gumki do włosów. Jeden z nich siedział ukryty za stertą filcu i robił naszywki. Było ich naprawdę mnóstwo, wszystkie okrągłe i podobne do siebie. Pytamy więc „A po co ich tyle?”. Okazało się, że chłopak realizuje duże zamówienie. Sam jeden miał miesiąc na wykonanie 10 tys. sztuk :) Czyli ponad 300 dziennie!
8/12/08 Arambol - Siolim - Panjim - Arambol

Co za dzień! Chcieliśmy wybrać się dziś do Panjim głównie po to, żeby wysłać paczkę pierdół do domu. A że jest dziś jakieś święto (coś z Niepokalanym Poczęciem o ile rozumiem) to tylko lepiej. Mieliśmy w kieszeniach drobniaki, czyli w sumie jakieś 20 rupii. Wzięliśmy kartę, żeby wyjąć pieniądze w bankomacie. Tyle że okazało się, że w Arambolu bankomatu nie ma. Najbliższy w Siolim, po drodze do Mapusy, która jest po drodze do Panjim – wszystko gra. Za 16 rupii dojeżdżamy więc do Siolim, dochodzimy do bankomatu – nie działa. Niedaleko jest drugi, ale ponoć też nie działa. Nie mamy kasy ani na dojazd do Mapusy, ani z powrotem do Arambolu. I nagle pojawia się jakaś europejka, która też chciała wyciągnąć kasę. Kiedy usłyszała, że nie mamy na autobus, dała nam 10 rupii.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Jesteśmy uratowani, myślimy sobie - i oto zjawiamy się w Mapusie, wyciągamy z bankomatu pieniądze, łapiemy autobus do Panjim, szybki spacer na pocztę... Ale zaraz! Trzeba opakować jakoś plecak. Niedaleko poczty znaleźliśmy krawca, który specjalizował się w przygotowywaniu paczek do wysyłki. Nie używa się tu kartonowych pudełek jak u nas. Krawiec mierzy przesyłkę i podaje wymiary pomocnicy, która wycina odpowiedni kawałek z białego płótna. Na zapleczu stoi maszyna, na której krawiec zszywa płótno po bokach na kształt poszewki na poduszkę. Naszywa też plastikowy, wodoszczelny worek, do którego wkłada się formularze pocztowe i zamyka. W międzyczasie inna pomocnica wkłada przesyłkę do plastikowego worka, żeby nie przemokła. Na koniec całość ląduje w „poszewce”, którą zaszywa się ręcznie grubą nicią. Na wierzchu markerem trzeba napisać adres i gotowe! Jeszcze tylko dwa formularze ksero dokumentów i...
Ale zaraz, my nie wzięliśmy ze sobą paszportów! Krawiec uspokaja - nie ma problemu, wystarczy karta kredytowa. OK, zatem płacimy 100 rupii i wracamy na pocztę, gdzie wizja pozbycia się ciężaru staje się coraz bliższa. Nadchodzi nasza kolej, uśmiechamy się do pani w okienku, a ona - cóż, wzięła paczkę i mówi „Paszport proszę”. No i tyle, bez paszportów się nie da. A paszporty leżą w
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
skrzynce w Arambolu. Hm :) Zanieśliśmy paczkę ze spuszczonymi oczami z powrotem do krawca, który na szczęście się zgodził przetrzymać ją parę dni na zapleczu.
No i musimy wrócić do Panjim. Trochę daleko - ponad 2 godziny samej jazdy autobusami, do tego dobre pół godziny drogi na przystanek. Za głupotę się płaci :)

Sporo się w Panjim buduje. W okolicy kina powstaje niezły gąszcz biurowców - już dziś działa ich tam całkiem sporo, a na potrzeby i białych, i niebieskich kołnierzyków powstało tu też sporo sklepów, cukierni, stoisk z pysznościami itd. Najlepsze są tu jednak widoki na budowę. Rusztowania wznosi się tu z bambusów i drewna, a krzywe są jak jasna cholera. Pojęcia nie mam, jak to możliwe, że budynki budowane w ten sposób mają równe ściany i trzymają pion i poziom :)
11/12/08 Arambol – Panjim – Arambol

Po dwóch dniach plażowania znów wyruszyliśmy na pocztową misję do Panjim. Tym razem już z pieniędzmi i paszportami. Wysłanie paczki (5.6 kg) kosztowało nas 1090 rupii pocztą morską. 45 dni i powinna dojść, o ile mało bystry pracownik dobrze ją wysłał :)

Zrobiliśmy sobie porządny spacer po Panjim. Ładnie tu, trochę śródziemnomorsko, choć oczywiście budynki są okrutnie zapuszczone, a na każdym kroku coraz to nowe rudery oklejają stare portugalskie wille i gmachy.

Jest pełnia księżyca i morze jest naprawdę rozhuśtane. W ciągu dnia woda cofa się daleko odsłaniając niewidoczne zazwyczaj skały i mocno ubity piasek. Wieczorem z kolei poziom morza tak się podnosi, że „zjada”
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
większą część plaży, a zwykłą trasą między skałami nie da się przejść. Korzystając z odpływu tutejsze dzieciaki biegają po odsłoniętych skałach i zbierają muszelki. Bo trzeba dodać, że Arambol jest plażą bezmuszelkową - jest ich bardzo mało i w większości bardzo połamane.

Przestali już nas notorycznie brać za Ruskich. Teraz pytają: „Israeli?” :) Oznacza to chyba, że nabraliśmy jako tako kolorów.

Aloo-Gobi to po prostu ziemniaki i kalafior w sosie. A brzmi to tak egzotycznie :) Podobnie Aloo-Jeera to nic więcej niż ziemniaki z kuminem w przyprawach. Bardzo smakowite. Trzeba niestety uważać na wszelkie jogurty, śmietany i maślanki. Są pyszne, jednak przestaje po nich pracować żołądek albo pracuje jakoś inaczej - dwa dni temu zjadłam warzywną raitę (warzywa w maślance, pycha!) i do dziś coś jest nie tak. Na szczęście warunki do zdychania mamy tu fantastyczne - rano budzi nas morze, wokół piękne plaże, cień palm, z knajpy leżącej gdzieś w dole sączy się muzyka. Siedzimy tu już tydzień - nie chce się wyjeżdżać :)

Na naszych oczach powstają obok naszej chatki dwie nowe. Niesamowite, w jaki sposób krzywe badyle, kawałki bambusa i palmowe liście mogą zamienić się w uroczą chatkę w zaledwie kilka dni. Z resztek budulca będzie dodatkowo toaleta, a co!
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
12/12/08 Arambol – Mandrem – Arambol

Większą część dnia spędziliśmy na spacerze plażą do sąsiedniego Mandrem. Morze cofnęło się bardzo i odsłoniło całe połacie mokrego, lekko ubitego piasku, po którym można przechadzać się godzinami. Co jakiś czas kąpiel, wizyta w bambusowej restauracji – bajka.

Najwspanialszy okazał się jednak koniec dnia. Przed spaniem chcieliśmy się przejść na króciutki spacer plażą w pełni księżyca – było bardzo jasno, morze powoli się podnosiło, a wokół grały świerszcze. Po drodze zaczepili nas nasi gospodarze: chłopak od paralotni, kelnerzy i kucharze siedzieli sobie na leżakach i popijali waniliową wódkę z Limcą (Limca to coś jak cytrynowa fanta). Cóż to był za wieczór – pełen poważnych rozmów i zwykłej paplaniny, wymiany myśli, śmiechu i hinduskich piosenek, które jedna po drugiej śpiewali nasi Hindusi w rytm perkusji zaimprowizowanej naprędce z butelki po wodzie mineralnej. Człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy wpadając do restauracji na chwilę, ale pracujący tu Hindusi to naprawdę szczęśliwi ludzie. Cieszy ich morze, ciepły wiatr, jasny księżyc, doceniają pracę którą mają, znają kilka języków. W domu w Himachal Pradesh jeżdżą na nartach i snowboardzie, grają na różnych instrumentach. Jeden z nich jest nawet mistrzem harmonii, na której Maciek chciał się nauczyć grać. W maju mamy obiecane darmowe lekcje. Niesamowite, jak przydaje nam się znajomość tych kilku zwrotów w hindi, jakie potrafimy powiedzieć. Każde zdanie wywołuje w miejscowych falę radości, cieszą się i uczą nas coraz to nowych rzeczy, raz po raz wybuchając śmiechem. Są przekonani, że wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami, a prawdziwą religią jest przyjaźń i dobre serce. Pytani o Boga wskazują na księżyc, morze, góry i uśmiechają się szeroko, celebrując koniec dnia pracy. Coś wspaniałego!
13/12/08 Arambol – Querrim – Mandrem – Arambol

Mimo chwilowego spadku formy psychicznej Maćka na myśl o jeździe skuterem, ruszyliśmy dziś na wyjątkową przejażdżkę. Za 200 rupii wynajęliśmy skuter, Maciuś szybko załapał, jak się go prowadzi i wiooo! Popyrkaliśmy w stronę Querrim, gdzie znajduje się podobno XVIII-wieczny fort. Wyboista trasa prowadziła w górę i w dół przez pola ryżowe i wioski. Co jakiś czas mijały nas ciężarówki, którym z racji rozmiarów trzeba było zjeżdżać z drogi. System trąbienia jest w Indiach początkowo absolutnie chaotyczny i niezrozumiały. Wystarczy jednak kilka chwil i nagle okazuje się jedynym logicznym rozwiązaniem. Trąbi się po to, by oznajmić innym swoją obecność, a więc przed zakrętami lub dojeżdżając do innych pojazdów czy pieszych. Co ważne, każdy pojazd trąbi inaczej, dzięki czemu wiadomo, co wyjedzie zaraz zza
zakrętu. Skutery śmiesznie bzyczą, motory mają nieco bardziej dostojny klakson. Samochody osobowe są dość głośne, zdecydowanie jednak ustępują trąbieniu ciężarówki. Nie mówiąc już o autobusie, który ryczy jak potwór. System okazuje się idealny na wąskie i kręte, a często także górzyste indyjskie drogi. Lusterka stają się zbędne. Ponieważ jeździ się tu dość wolno, a system trąbienia stosuje tu każdy (może z wyjątkiem niektórych turystów), mam wrażenie, że pozornie groźne trasy wcale nie są niebezpieczne. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś nie zatrąbi. Można go wtedy nie zauważyć.

Po raz pierwszy w życiu prowadziłam skuter. Fantastyczna sprawa! Piękne widoki, dziury, krowy i Maciek gibający się z tyłu - bezcenne! Za wszystko inne zapłacisz kartą MC.

Pyr pyr pyr, dojechaliśmy do promu, którym przedostaliśmy się na drugą stronę dość szerokiej rzeki. Stąd już tylko kilometr do fortu, który niestety okazał się bardzo przereklamowany. Małe to to i nieciekawe, mieści się tu okrutnie drogi hotel i restauracja (noc od 2 do 7 tys. rupii, herbata w restauracji 16p rupii). Widok z góry uroczy, ale uciekliśmy stamtąd szybko, żeby dalej popierdzieć się motorkiem. Zawitaliśmy na plażę do świątyni Ajoby, a także na czyjeś prywatne podwórko, gdzie dopadła nas gromada dzieciaków. Zamiast wracać, przejechaliśmy Arambol i udaliśmy się dalej do Mandrem, które wczoraj oglądaliśmy z plaży. Zatrzymaliśmy się w centrum po jakieś słodkości i owoce i pojechaliśmy do odkrytej wczoraj przetwórni krabów i krewetek.
Dawno już nieczynna niszczeje sobie spokojnie górując nad plażą. Mam dziwne wrażenie, że osobnik, który kręcił się w okolicy, myślał o zakupie posiadłości - niebieskooki obcokrajowiec z panienką przechadzał się  tu i tam z poważną miną i drapiąc się po głowie oglądał mury. Zrobiliśmy sobie piknik na jednym z okien, spojrzał więc na nas z ukosa rzucając niezrozumiałe słowa w stronę Hindusa z łopatą, który biegał za nim krok w krok.

Wysmagani wiatrem wróciliśmy w końcu do Arambolu. Odzyskaliśmy paszport (oddany w zastaw osobnikowi wynajmującemu skutery) i plażą ruszyliśmy do naszych chatek. Wskoczyliśmy do jeziora, żeby się opłukać i zgodnie stwierdziliśmy, że trzeba to powtórzyć - myślimy nawet, żeby wynająć skuter jutro w Mapusie.
14/12/08 Arambol

Plany planami, a życie życiem. Nie ruszyliśmy się dziś do Mapusy. Jest niedziela, wszystko poza jedzeniem pozamykane – pojedziemy jutro :) Dziś zaś opalamy nieco ryjki na plaży.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Arambol jest ciekawym miejscem nie tylko ze względu na niemal prywatną plażę, chatki z bambusa i słodkie jeziorko. Można też zażyć tu kąpieli błotnej. Kilka minut spacerem wokół jeziora znajduje się źródełko, a tuż za nim ukryte w skałach złoża białej glinki. Jedną z kilku dużych, jasnożółtych skał trzeba pocierać kamieniem polewając ją lekko wodą. Powstałą papkę nakłada się na ciało. Gdy wyschnie, zamienia się w delikatny talk, a większe kawałki odpadają przy pocieraniu. Gdy grudki odpadną, człowiek wygląda, jakby wytarzał się w
mące. Po jakimś czasie nadchodzi czas na kąpiel - morskie fale idealnie zmywają glinkę, choć białe ślady zostają jeszcze po drugim kąpaniu. A skóra - delikatna jak marzenie!
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Mieliśmy dziś w okolicy spory pożar. Zza niedalekiej góry wydobywał się naprawdę intensywny dym. Nasi gospodarze nie martwili się. Zapewniali nas, że do naszych chatek ogień nie dojdzie, na górce za nami nie ma bowiem drzew. Hm, jest za to mnóstwo suchej trawy i krzaków :) Na szczęście po godzinie dym znikł, a chwilowa panika zaowocowała porządkiem w pokoju i spakowanymi plecakami.
A oto trasa prowadząca z głównej plaży Arambolu do naszych chatek przy Sweet Lake.
15/12/08 Arambol – Aldona – Arambol

Dziś kolejna wyprawa skuterem. Tym razem jedziemy do Aldony, żeby zobaczyć jak wygląda miasteczko noszące imię Maćka mamy. Mamy do pokonania niewielki dystans ok. 20 km. Do Mapusy zaprowadziły nas wąskie i kręte lokalne dróżki, bo zboczyliśmy z ekspresowej trasy. Tu i tam palą się na podwórkach palmowe liście i kupki śmieci, ludzie chowają się w cieniu, pracują w warsztatach, noszą dzieci na rękach lub po prostu siedzą w kucki.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Mieliśmy zamiar ominąć Mapusę i do Aldony dojechać jakoś bokiem, nie udało się jednak. Wylądowaliśmy w samym środku miasta na biednym małym skuterku, nieprzyzwyczajeni do lewostronnej jazdy. Wokół w każdą stronę coś jedzie, wszyscy trąbią.
turystów. Pokręciliśmy się trochę i ruszyliśmy w stronę Arambolu. Nagle słyszymy syreny. Po chwili zza zakrętu wyjechał policyjny jeep, z którego wychyliło się dwóch policjantów. Machając rękami krzyknęli do nas „Zatrzymać się!”. Słyszeliśmy od Andy'ego, że czasem trzeba tu dać w łapę jeżdżąc skuterem - kilkaset rupii. Czepiają się podobno takich rzeczy jak brak kasku na trasie ekspresowej, mimo iż prawie nikt z miejscowych kasku nie używa, lub brak indyjskiego prawa jazdy, mimo że nie jest ono konieczne do prowadzenia w Indiach pojazdów. Zatrzymaliśmy się więc, ale policjanci pojechali dalej. Za chwilę jadą drudzy, a za nimi limuzyny. Czyli spokojnie, to tylko konwój :) 

Wpadliśmy wieczorem na pomysł. Niedługo market w Anjunie - dlaczego nie spróbować swych sił jako sprzedawcy? Zainwestować 200 rupii w coś, czego nikt na markecie nie ma i zrobić eksperyment. Czy zwróci
16/12/08 Arambol – Mapusa – Anjuna

Z samego rana wspięliśmy się na górę za naszą chatką, by po raz ostatni popatrzeć na skaczące delfiny. Pokąpaliśmy się w błotku i po dziesięciu dniach arambolskich uciech opuściliśmy naszą chatkę. Andy także już wyjechał prosto do Palolem. Jeśli nie zasiedzimy się po drodze, powinniśmy dotrzeć do Palolem na kilka dni przed jego wyjazdem do Anglii. Jest więc szansa, że jakoś się jeszcze spotkamy :)
17/12/08 Anjuna

Wstaliśmy o 7 rano. Spakowaliśmy rzeczy (w tym wyżebrany w knajpie karton po Budweiserze) i plażą ruszyliśmy w stronę targowiska. Z miejscem nie było tak łatwo, jak myśleliśmy. Prawie wszędzie ktoś już się rozkładał a przytulnych zakamarków do przycupnięcia nie znaleźliśmy. Pytając o miejsce dowiedzieliśmy się od jednego z Tybetańczyków, że w tej sprawie trzeba kontaktować się z kimś z pobliskiej restauracji. Pan Xavier czy Carlos czy jakoś tak okazał się bardzo miły i wskazał nam kawałek pustej ziemi naprzeciw restauracji. Nie chciał żadnych pieniędzy – zapytał tylko, co sprzedajemy i poinformował nas, że trzeba będzie zapłacić podatek, ok. 20 rupii. Z bananem na twarzach siedliśmy więc na naszym kawałku klepiska i rozłożyliśmy stoisko. Metr na półtora – jakoś się pomieściliśmy. Wokół nas głównie Tybetańczycy. Miejsce było zacienione, blisko knajpy i plaży – fantastycznie. Obok nas siedli brazylijsko-szwedzcy hipiso-rastamani, którzy wytwarzali z amazońskich nasion i korali biżuterię. Podpatrywaliśmy trochę, jak z rzemyków, sznurków i miedzianego drutu powstają kolczyki, bransoletki i inne cudeńka za średnio 800 rupii. Nieźli sąsiedzi, tym bardziej że nasz towar kosztował... 20 rupii za sztukę :) Nie sprzedaliśmy wiele – zeszło nam jakieś 10 lampek. A najlepsze jest to, że
Upchnęliśmy wszystko w mały plecak i ruszyliśmy do Anjuny. Zorientowaliśmy się wstępnie, jak wygląda sprawa miejsca na targowisku. Niektórzy mówili, że trzeba zapłacić urzędnikowi 200 rupii, niektórzy twierdzili, że 500. Hmm - czy aby nasz biznes będzie szedł aż tak dobrze, że koszty się zwrócą? Uśmiechamy się tylko - nie ważne czy wyjdziemy na plus, ważna jest dobra zabawa.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Z dworca autobusowego na rynek w Mapusie są dwa kroki, ale z plecakami dość trudno przepychać się przez wąskie alejki. Na szczęście stoiska z gliną nie są daleko. Kupiliśmy 170 lampek zwykłych, 15 małych i 4 duże, w sumie za 185 rupii. Do tego 4 m knota i butelkę oleju kokosowego. Wyszło nieco ponad 200 rupii.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
się, a może towar zejdzie jak świeże bułeczki? Postanowiliśmy wyjechać jutro z Arambolu i przez market w Mapusie uderzyć do Anjuny. Towar jaki mamy na myśli może być zarówno strzałem w dziesiątkę, jak i kompletnym niewypałem. Będziemy sprzedawać gliniane lampki oliwne :)
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
gdy zaczęło się ściemniać i płomień naszych lampek mógł być w końcu widoczny, skończył nam się olej :) 200 rupii, które zarobiliśmy, wydaliśmy od razu na targu innym nieco okiem patrząc na sprzedawców. Nie jest łatwo wcisnąć towar turyście, nawet jeśli nikt inny takiego nie ma. Tym trudniej, jeśli wszyscy wokół sprzedają w gruncie rzeczy to samo. Tybetańczyk z naprzeciwka nie sprzedał dziś ani jednego pierścionka, bransoletki - nic. Sprzedawca obok sprzedał jedną parę tybetańskich kapci. Nie najgorzej poszło brazylijskiemu dredziarzowi, który sprzedał kilka naszyjników za ponad 500 rupii każdy.
Łatwiej po takim dniu jak ten zrozumieć nawoływania Hindusów - come look my shop, I give you good price! Klient zatrzymany w pół kroku to skarb, który gdy już wejdzie do sklepu, trzeba wydoić jak się da. Tym bardziej, że turystów nie ma wielu, a ci z Indii nie kupują pamiątek. Nie jest łatwo. Chociaż jeśli pomyśleć, jakie muszą tu być przebitki cenowe, to powinno wystarczyć kilku klientów by handel w Anjunie był dla sklepikarzy opłacalny. Towar musi kosztować grosze w porównaniu z końcową ceną, czego przykładem może być taka oto scenka. Pytamy o cenę czerwonego karnatakańskiego plecaka. Słyszymy 450 rupii. Taki sam kupiliśmy wczoraj za 180 rupii. Mówimy - nie nie, szukamy innego odcienia. I cena spada do 200. Mówimy - nie nie, dziękujemy, już mamy, nie chcemy. Sprzedawca biegnie za nami. Wymachując plecakiem krzyczy 100 rupii! 100 rupii! Gdy następnego dnia przeszliśmy obok podobnego stoiska już nie w Arambolu, tylko w Mapusie, sprzedawczyni pobiegła za nami wykrzykując - 50 rupii! 50 rupii! Ile naprawdę kosztuje taki plecak? Nie sposób powiedzieć.
Bilans dnia - bardzo pozytywnie spędzony czas, choć jest jedno ale. Zostaliśmy z plecakiem glinianych lampek :) 5 oddaliśmy Fernandowi i jego szwedzkiej koleżance, dostając w zamian kolczyk z okiem Shivy, czyli pawim piórem. Kolejne 5 daliśmy Surji w knajpie Lobo's. Jeszcze kilka zostawiliśmy przed domem. Jak nie będzie co z nimi zrobić, to rozpiszemy konkurs na najlepiej rozbitą lampkę :)
Następnego dnia planowaliśmy podróż do Colvy i dalej do Palolem. Nie chciało nam się jednak pakować - zbyt przyjemne były łóżka w barze Lobo's. Zostaliśmy zatem, przez większą część dnia sącząc leniwie lassi i słuchając kupionych rano płyt. Szukaliśmy też Polaków, których poznaliśmy poprzedniego dnia - Agnieszki i Kuby. Kuba złożył się okrutnie, gdy wczoraj po kilku Mojitos przyszedł do nas na kolejnego. Nie znaleźliśmy ich ani rano, ani po południu, ani wieczorem w żadnym z barów. Chyba nie mieli ochoty na spacery w słońcu i uciekli w ramiona klimatyzacji :)
19/12/08 Anjuna – Mapusa – Panjim – Margao – Colva – Agonda

Autobus za 8 rupii zawiózł nas do Mapusy, gdzie chcieliśmy wyjąć pieniądze z bankomatu. Próbowaliśmy w dwóch miejscach – nie zadziałało. Kolejne 8 rupii i znaleźliśmy się w Panjim, gdzie kupiliśmy bułki, papad i banany. Zjedliśmy je w autobusie ekspresowym do Margao, skąd do Colvy już niedaleko. Bankomat w Colvie znów powiedział nam „NIE”, zaczęliśmy się już porządnie denerwować. Sprawdziliśmy stan konta w necie – wszystko gra. Może więc mają problem na linii? Spróbujemy jutro.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Poszliśmy od razu do Golden Rose Cottages. Okazało się jednak, że nie ma ani właściciela, ani wolnych pokoi. Poszliśmy do bungalowów obok - pokoi brak. Siedliśmy więc u Petera w Papillonie, pogadaliśmy chwilę, zagraliśmy w bilarda i rozwiązanie przyszło samo. Peter i Joe, którzy wybierali się za chwilę do Agondy, mają w jeepie jeszcze dwa miejsca - spokojnie się więc zabierzemy. Dlaczego nie zostać chwilę w Agondzie? Ruszyliśmy radośnie z Colvy wielkim białym jeepem z kierowcą. Zabrał się także Argentyńczyk-pierdoła, który zgubił się w Margao i któremu Joe zaproponowała coś w stylu kontrolowanego zwiedzania z przewodnikiem
żadnych pieniędzy. Tak oto znaleźliśmy się na wspaniałej, szerokiej jak się rano okazało i spokojnej plaży. Niewielu tu turystów. Niewiele też restauracji i straganów z barachołką. Domek nasz wychodzi prosto na plażę, daleko w prawo i w lewo nie ma nic. Do wody mamy spod drzwi jakieś 20 m. W nocy można tu leżeć na plaży w kompletnej ciszy - nie ma nikogo! Tylko psy i kraby. I olbrzymie spadające gwiazdy :)
20/12/08 Agonda – Palolem – Agonda

Wzięliśmy dziś skuter i po niezwykle malowniczych trasach popyrkaliśmy do Palolem. Zawiedliśmy się trochę. Obraz sprzed 4 lat (zobacz) nie do końca zgadzał się z rzeczywistością. W miejsce chatek z bambusa powstały murowane, a po Laughing Buddzie został placek gołej ziemi. Obok powstaje nowy Laughing Buddha, wersja 2.0: cegła, dykta i fikuśne okna. Ohyda w czystej postaci. Odnaleźliśmy kilka osób – Snoop ma teraz własną restaurację bliżej wejścia na plażę, obciął włosy i nosi przeciwsłoneczne okularki (zobacz Snoopa sprzed czterech lat). Koleś od motorów nadal wypożycza motory, choć dorobił się chyba – wynajmuje chatki obok Laughing Buddhy 2.0. Jeden z kelnerów Rock-it'a nadal jest kelnerem, inny pomagierem przy chatkach. A chatki to już nie to. Wszędzie teraz napisy A/C! Klimatyzacja!  Łazienka w chatce! Domek z tarasem na dachu 2800 rupii. Domek bez - 2000. Wszystko maksymalnie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
poupychane, ściśnięte. Z nieco oklapniętymi uszami ruszyliśmy na drugą, mniej fajną kiedyś stronę plaży. I proszę, po kilku chwilach znaleźliśmy miejsce o nazwie Hi Tide. Chatki takie jak powinny być - z drabinką i bez ścian. Cena rozsądna, 350 rupii. Zapłaciliśmy za rezerwację i wbijemy się tu za dwa dni. Na razie bowiem chcemy jeszcze chwilę pobyć w Agondzie i porozmyślać o tym, co jest chyba nieuniknione w przypadku goańskich plaż - o rozwoju, który na zawsze zmienia te miejsca. Wystarczyły cztery lata, żeby na Palolem napadła komercja do spółki z rzeszą turystów i rosyjską mafią.
Wyjeżdżaliśmy już z Palolem, gdy w tłumie wypatrzyłam Andy'ego. A więc jednak jest jeszcze w Palolem! Zasiedzieliśmy się do wieczora pluskając się co chwilę między skałami i grzejąc w słońcu. Chatka Andy'ego leży na samej północy plaży, na odludziu, które całkiem ładnie zagospodarowano. Swoją drogą górki na południu także zarosły chatkami, które sięgają teraz aż do sąsiedniej plaży. Pod wieczór pożegnaliśmy się na dobre z Andy'm i wróciliśmy do Agondy.

Nadal nie udało nam się wyjąć pieniędzy - zadziałał za to czytnik kart w kantorze. Czyli jest OK :)
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
przy okazji wyjazdu w interesach. W ramach zwiedzania zatrzymaliśmy się po drodze przy uroczo położonym kościółku, stamtąd zaś ruszyliśmy do fortu Cabo da Rama. Nie było dużo czasu, postanowiliśmy więc przyjechać tu któregoś dnia na skuterku. Było już ciemno, gdy dotarliśmy do Agondy. Peter spotkał kogo chciał, pogadał, w międzyczasie dogadaliśmy bamboo-chatki z właścicielem knajpy. Joe nie chciała za podwózkę
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
22/12/08 Agonda, Chaudi, Palolem

W drodze do Palolem, gdzie czekała na nas zarezerwowana wcześniej chatka, wstąpiliśmy do Chaudi do bankomatu. Wczoraj wieczorem rozmawialiśmy z bankiem w Anglii i okazało się, że na moją kartę nałożone zostały blokady. Gdy zaczęliśmy wyciągać pieniądze w Indiach, bank zaniepokoił się, że ktoś ukradł nam kartę – stąd blokada. Wystarczyło na szczęście zadzwonić i potwierdzić pobyt w Indiach i karta odblokowana. Najedliśmy się trochę strachu, tym bardziej, że chwilę po rozmowie karta nadal nie działała. Tym razem była to jednak wina terminala w salonie wymiany walut, który najwyraźniej nie obsługiwał kart naszego typu. Nie ważne – ważne, ze zadziałał bankomat i Chaudi opuściliśmy z 15 tys. rupii w kieszeni – żeby mieć zapas :)
21/12/08 Agonda

Gdy z samego rana jedzie się skuterem, bywa naprawdę chłodno. Zmarzliśmy więc trochę. Na śniadanie zatrzymaliśmy się w małej knajpce, gdzie za 50 rupii zjedliśmy talerz genialnych goańskich kiełbasek, pogryzając bułka tak dobrą jak w domu. Rodzina i goście właściciela zachwycali się niemowlakiem, który chyba został właśnie ochrzczony. Przyjechał z mamą, siostrą i ojcem na skuterku obwinięty w biały kocyk. Posiedzieliśmy chwilę i popyrkaliśmy do fortu. Zeszliśmy go tam i z powrotem, po czym postanowiliśmy zjechać z trasy i trochę się zgubić.

Trafiliśmy w ten sposób na wspaniałe miejsce. Prowadzi do niego chyba najbardziej wyboista droga, jaką
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
w życiu widziałam - miejscami nie dało jej się odróżnić od kamiennych pól wokół. Skuter zostawiliśmy w cieniu nielicznych krzaków na krawędzi klifu, po czym zeszliśmy po skałach daleko w dół. A tam - piękna półkolista plażą, całkiem spora, a oprócz palm i opuszczonej knajpy, nie ma na niej nic. Gdzieś daleko po drugiej stronie są jakieś dwie osoby, poza którymi nie widać żywej duszy. Piękna kąpiel. Gdy wspięliśmy się z powrotem na klif, spotkaliśmy sklepikarza rozkładającego towar na swoim wozie. Nie mam pojęcia, komu tu cokolwiek sprzedaje na tym odludziu.
Kolejnego dnia wybraliśmy się z tym samym rybakiem na poranne rybobranie. Nie było łatwo wstać o 3 w nocy, nawet po półrocznej praktyce w Anglii. Choć oczywiście dużo przyjemniej obudzić się w środku nocy dla zabawy niż do pracy. Było dość chłodno, ubraliśmy więc bluzy i poczłapaliśmy na drugi koniec plaży.
W Palolem bardzo łatwo zasiedzieć się na plaży i spędzić całe dnie na słodkim nic-nierobieniu. Równie dobrze można jednak znaleźć tu sporo atrakcji. Jednego dnia wybraliśmy się z miejscowym rybakiem na połów krabów. O godzinie 7 rano wsiedliśmy do drewnianej łodzi i wypłynęliśmy na rzekę, która
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
wpływa tu do morza. Gdy nadejdą monsuny, woda tu podobno szaleje i nie da się pływać. Jak na razie jednak woda jest płytka i absolutnie spokojna. Wokół nas poranna mgiełka i świergot ptaków, od czasu do czasu przeleci w
pobliżu niebiesko-czerwony Kingfisher, znów nie dając się złapać na zdjęciu. Kormorany rozprostowują skrzydła i ciężko startują do lotu, ciągnąc kuper po wodzie. Przedziwny, szary i jakiś taki nieforemny ptak o dziwnej nazwie Kren skrada się stąpając po skałach - poluje na ryby. Od czasu do czasu zarzucamy sieci - takie jak na żywczyki, tyle że na
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
kurczaka. Potem robimy kółko i zbieramy sieci - Maciek złapał nawet kilka krabów (małych, więc nasz przewodnik będzie miał materiał chyba tylko na zupę), mi jedyny większy uciekł przez dziurę w sieci. Złapaliśmy też małą krewetkę.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
sztywnej obręczy. Do drutu pośrodku sieci przywiązana jest przynęta - owinięte w siatkę sardynki lub resztki
Maciek pomógł zwodować łódkę i nałapawszy trochę sardynek na przynętę wypłynęliśmy w morze. Nie wiem, czy wszędzie tak jest czy tylko tutaj, ale morze świeci się w ciemnościach. Wystarczy, by woda napotkała opór - zanurzoną rękę, wiosło czy nawet żyłkę, i zaczyna świecić dziesiątkami maleńkich, zielonych kropeczek. Nie wypłynęliśmy daleko - kręciliśmy się raczej wokół skał. Wystarczyło jednak, żeby poczuć się dość nieswojo - sami w trójkę na ciemnym, nocnym morzu. Do świtu złapaliśmy raptem dwie ryby - jedna na tyle duża, że robiła wieczorem za wigilijnego karpia.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Swoją drogą wigilia wyszła nam nadspodziewanie dobrze. Na 20 umówiliśmy się z poznanymi niedawno Polakami w Big Banana's. Manu przygotował specjalnie dla nas tybetańskie pierogi (momo) z warzywami i krewetkami, nasza ryba została pięknie upieczona w piecu tandoori i podana z frytkami i masą różnych sosów. Nasi współbiesiadnicy także zamówili rybę a do tego mieli przywieziony z Polski barszcz Knorra - było więc naprawdę wigilijnie. Tym bardziej, że Manu naprawdę się postarał i wszystko zostało wyjątkowo pięknie
podane. Po kolacji wymieniliśmy się drobnymi prezentami, a że całość zaczęliśmy od opłatka i skończyliśmy pasterką, to można to nazwać prawdziwymi Świętami. Bez rodzinki co prawda, bez kolęd, śniegu i choinki, ale i tak było miło.

Pasterka to na Goa dość niezwykła sprawa. Przede wszystkim zaczyna się ok. 23 czymś na kształt wczasowego dancingu. Ludzie ubrani jak na wesele bawią się przez jakiś czas do rytmów wygrywanych przez portugalsko brzmiącą kapelę, po czym powoli zajmują miejsca wewnątrz i na zewnątrz kościoła. Msza wygląda podobnie jak u nas, choć kolędy brzmią jakoś śródziemnomorsko. Kobiety mają na sobie błyszczące świeżością sukienki i saree, szpilki i wymyślne fryzury, dzieci ubrane są w najlepsze wyjściowe ciuszki, a mężczyźni, jak jeden mąż, przyszli w garniturach. Po mszy wszyscy - ławka po ławce - zmierzają do stojącej przy ołtarzu szopki, po czym wychodzą bocznymi drzwiami. Ksiądz ściska każdemu dłoń, a na zewnątrz - niespodzianka! Tłum ludzi zamiast wracać do domu bawił się w najlepsze przy wesołych piosenkach granych
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
przez kapelę. Każdy dostał herbatę i piernika, były też inne ciasta. Starsze panie podrygiwały sobie w rytm ogłuszającej muzyki, dzieciaki biegały wokoło, a panny wypatrywały przyszłych mężów. Z trudem udało nam się przecisnąć do ulicy, gdzie było nieco mniej ludzi i dało się na moment skupić myśli - riksza! Po chwili rozbawiony w najlepsze tłum został za nami, strzeżony przez uzbrojonych po zęby wojskowych i policję. Rząd nadal obawia się ataków terrorystycznych, dlatego imprezy takie jak ta toczą się pod baczną obserwacją mundurowych.
Fragment goańskiej kolędy
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
30/12/08 Colva, Margao
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Pytaliśmy w kilku miejscach jak jechać i każdy mówił inaczej. W końcu znaleźliśmy trasę i po chwili piliśmy już zimną Limcę w barze na obrzeżach Aldony. Ładne to miasteczko, spokojne, praktycznie nie ma tu
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
W ostatnich dniach grudnia indyjska prasa rozpisywała się o potencjalnym zagrożeniu terrorystycznym na Goa. Rząd kilka razy zmieniał swój stosunek do nadchodzących świątecznych i sylwestrowych imprez masowych - najpierw ich zakazał, potem cofnął zakaz po to tylko, by po paru dniach go przywrócić. Bardzo ciekawym przypadkiem był duży i kontrowersyjny event muzyczny Sunburn (coś jak Open'er), którego odbycie się zawisło na włosku po atakach w Mumbaju, a organizatorzy musieli stawić czoła przedziwnym zmianom nastroju indyjskich władz.

Te i inne artykuły z indyjskiej prasy możesz przejrzeć tutaj (link do Picasa Web)
kremowych saree i z kwiatami we włosach witały gości i wskazywały wolne miejsca. Długo czekaliśmy, aż zamkną się drzwi - w końcu jednak zgasły światła. Przez pierwsze półtorej godziny nauczyciele tańca, różni guru i przedstawiciele szkoły przemawiali mniej lub bardziej zrozumiale, odbierali bukiety kwiatów i statuetki, a także z uśmiechem znosili uniżone gesty pięciorga uczniów. Cztery dziewczynki i chłopak, a także fotograf i operator kamery, również mieli swoje dwie minuty przy mikrofonie. W końcu krzesła VIPów zniknęły ze sceny, zapłonęła rytualna lampka oliwna i nadszedł czas na taniec.
pravesham kończący podstawowy kurs Bharatanatyam i oznaczający początek profesjonalnej kariery scenicznej. Nie wszyscy byli jednakowo dobrzy, ale maleńka Barkha Naik tańczyła naprawdę przepięknie. Jej ruchy i mimika twarzy były tak perfekcyjne, jak gdyby tańczyła na scenie od wielu, wielu lat. Choć to ona właśnie przykuwała moją uwagę, to trzeba oddać honor całemu zespołowi, który do spółki z muzykami dał wspaniały pokaz.
Występ skończył się ok 21, uciekł nam więc ostatni autobus do Colvy. Złapaliśmy rikszę - po chwili jednak zatrzymaliśmy się na poboczu, a kierowca wydał pomruk niezadowolenia i schyliwszy się na moment wygrzebał spod podłogi metalowy pręt. Pomachał nim chwilę i wskazując na ułamaną końcówkę stwierdził krótko: „Hamulec”. Na pytanie o ręczny odpowiedział, że już od dawna również nie działa. Cóż, myślimy, złapiemy inną rikszę. Okazało się jednak, że na drodze wylotowej z Margao wszystkie jadą już pełne. Czekaliśmy kilka minut, ale nie nadjechała żadna wolna. Kierowca zaproponował więc nieśmiało, że może jednak pojedziemy z nim, będzie jechał powoli. Cóż - ciemno, góry, wokół kierowcy-kamikaze, co to takiego, po co nam hamulce :) Jechaliśmy rzeczywiście wolno. Kierowca obrał dłuższą trasę po bardziej
płaskim terenie, a skrzyżowania były magicznie puste. Dojechaliśmy więc bezpiecznie, a na ukojenie skołatanych nerwów chlapnęliśmy sobie u Petera trochę procentów.
Sylwester przeszedł nam tym razem bez większego echa. Po kilku dniach wahania i sprzecznych informacji rząd zakazał jednak plażowych imprez. Zagrożenie atakiem terrorystycznym uznano za zbyt poważne. Zamiast głośnej muzyki i tłumu turystów na goańskich plażach zawitali tym samym panowie policjanci i huk helikopterów. Nie oznacza to rzecz jasna, że było absolutnie cicho, ciemno i smutno. Bynajmniej - świetnie bawiliśmy się u Petera do 5 rano. Poszliśmy spać ostatni, a cała plaża była nasza :)
02/01/09 Palolem

Wróciliśmy na kilka dni do Palolem – do szczeniaków w Big Banana's, do Mannu i jego pysznych lassi. Mieszkaliśmy nawet w tej samej chatce, co ostatnio. Znów jedliśmy u przedsiębiorczej i nieco apodyktycznej Goanki, która na przydrożnym straganie gotuje pyszne domowe jedzenie. Mąż i syn, obaj pod pantoflem, uśmiechali się tylko proponując to rikszę, to skuter, to pranie.
Po kilku dniach leniuchowania przyszedł czas na odrobinę kultury. W niedawno wybudowanym centrum kulturalnym w Margao odbywał się dziś występ dziecięcej grupy tanecznej Bharatanatyam. Gdy przeczytaliśmy zapowiedź w lokalnej gazecie, mieliśmy wrażenie, że będzie to pokaz małego kalibru - ot tańczące dzieciaki na zaimprowizowanej scenie, czyli radocha głównie dla rodziców. Okazało się jednak, że trafiliśmy na przedstawienie z najwyższej półki. Sala teatralna pękała w szwach. Przy wejściu dziewczynki w pięknych
Bohaterowie wieczoru mieli po kilkanaście lat i zdali niedawno bardzo ważny egzamin Ranga-
Bilet na pociąg mający wywieźć nas z Goa kupiliśmy na 7 stycznia. Do tego czasu chcieliśmy zawitać do Pondy i tamtejszych plantacji przypraw. Zamiast jechać w ciemno do miasta pobieżnie tylko opisanego w przewodniku, postanowiliśmy jednak wrócić kolejny raz do Petera. Gdy wyjechaliśmy ostatnim razem z Colvy, pożegnaliśmy się już na dobre. Z wymianą maili, pamiątkowymi zdjęciami itd. Dlatego gdy Marcel wypatrzył nas z daleka idących plażą do Papillon, wybuchł śmiechem i nie przestał śmiać się z naszej konsekwencji przez kolejne kilka dni.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
06/01/09 Colva, Ponda, Betalbatim

Z samego rana przedarliśmy się przez chmury dymu unoszącego się ze spalanych śmieci i wsiedliśmy w lux-jeepa, który dowiózł nas na podwórko dość bucowatego wynajmowacza skuterów. Zapłaciliśmy z góry zarówno za skuter, jak i za znajdującą się w baku benzynę – burknięte w naszym kierunku „give me the money now” nie pozostawiało nam wyboru. W drodze do Pondy zmarzliśmy okrutnie. Była 8 rano i mogliśmy przewidzieć, że lekkie spodnie i koszulki to ciut za mało. Telepiąc się z zimna wlaliśmy w siebie herbatę i zjedliśmy ciepłą kanapkę z kurczakiem w przydrożnej piekarnio-jadłodajni, dzięki czemu ogrzaliśmy się
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
przynajmniej od środka. Błądziliśmy chwilę po Pondzie, ale generalnie trafiliśmy na plantację zaskakująco łatwo. Mając w pamięci półdzikie plantacje przypraw w Kumily (zobacz), przeżyliśmy mały szok, gdy ni z tego ni z owego zza drzew wyłoniła się olbrzymia restauracja. Zaatakowano nas z każdej strony: jedna Hinduska sypała na nas płatki kwiatów, druga założyła nam na szyje girlandy jaśminu, kolejna zrobiła nam czerwone kropki na czole. Jednocześnie tuż obok ubrane odświętnie dziewczyny zaczęły nagle tańczyć wokół jakiegoś słupa, wyśpiewując wniebogłosy.
Nieco otumanieni potuptaliśmy grzecznie tam, gdzie nam kazano i usiedliśmy w patio przy restauracji mogącej chyba pomieścić kilka autokarów ludzi. Nagle na stole znalazła się herbata z trawy cytrynowej i orzeszki, a także wydruki chwalące zalety olejków na potencję, pryszcze, trawienie itd. Nic nie zamawialiśmy a mimo to ktoś przyniósł nam sześć bułek i kilka sosów z warzywami gratis. Skubnęliśmy z grzeczności, nadal pełni po kanapce z kurczakiem i opłaciwszy przewodnika (a dokładniej przewodniczkę) udaliśmy się w głąb zarośli. Spokojnym krokiem mijaliśmy goździki, imbir, pieprz i inne przyprawy, słuchając
wyuczonego na pamięć komentarza pani przewodnik. Co jakiś czas deptaliśmy po małych pomarańczowych owocach z daleka przypominające mandarynki. To orzechy betelu, które suszy się, mieli i wykorzystuje do wywoływania lekkiego rauszu. Prawie każdy Hindus, a także wiele Hindusek, żuje specjalnie spreparowany betel w liściu lub bez - betelowy proszek można kupić w saszetkach, ale wiele osób nosi przy sobie własny przyrząd do kruszenia orzechów. Do proszku dodaje się jakichś tajemniczych płynów i papek, po czym żuje się go i pluje krwią np.: przez okna autobusów. W małych ilościach jest to podobno zdrowe - dezynfekuje i odświeża. W nadmiarze wywołuje jednak raka jamy ustnej - nie wiem jak się to dzieje, że nie jest to problem narodowy, skoro obserwując ludzi można swobodnie stwierdzić, że większość z nich albo coś żuje, albo właśnie wyżuła i ma teraz czerwonobrązowe zęby. W każdym razie orzechy betelu rosną w uroczych kępkach wysoko na palmach i wyglądają bardzo niewinnie.

Równie niewinnie wyglądają zabójczo ostre mini-papryczki chilli. Mierzą około centymetra, są ślicznie czerwone i wyglądają na maleńkie pączki kwiatów. Są jednak około 3 tys. razy ostrzejsze niż zwykłe chilli, które przecież także do łagodnych nie należą. Gdy wiedziona ciekawością zerwałam jedną, przełamałam na pół i leciutko dotknęłam językiem, zdrętwiał mi na kilkanaście minut.

Dowiedzieliśmy się też ciekawych rzeczy o prawie wszechobecnym bananowcu. Otóż drzewo to (lub jak kto woli palma), owocuje tylko jeden raz w swym krótkim życiu. To zaskakujące, biorąc pod uwagę jego rozmiar. Banany pojawiają się, gdy drzewo ma około 11 miesięcy. Gdy dojrzeją, zrywa się je, a drzewo przeznacza albo na opał (ma lekką, włóknistą i miękką konstrukcję), albo na papier, albo przetwarza się je jeszcze w inny sposób. Liście zaś służą jako talerze - można je kupić na targu.
Na farmie przypraw (Sahakari Spice Farm) pracuje ponad sto osób i dwa słonie. Za około 500 rupii można przejechać się na pięćdziesięciolatku, a być może także na młodszym, kilkunastoletnim słoniu i zostać oblanym wodą z trąby.

Z wciąż obolałym językiem siadłam za Maćkiem na skuter i uciekając z drogi autobusom i ciężarówkom popyrkaliśmy z powrotem do Colvy.
Tego dnia po południu wybraliśmy się również do położonego kilka kilometrów na północ od Colvy Batalbatim. To bardzo ładna, cicha wioska, oddzielona od plaży pięknymi palmowymi zagajnikami, pagórkami i sosnowym mini-laskiem. Praktycznie nie ma tu ludzi, w głębi lądu stoją duże, bogate hotele, których goście najwyraźniej bardziej cenią sobie błękit basenów niż uroki tak wyjątkowego na Goa odludzia. Nie można tego powiedzieć o przybyłych tu na motorkach hinduskich parach, które w zaciszu sosen przytulają się i całują z dala od oceniającego wzroku konserwatywnych sąsiadów. Piękne miejsce, aż trudno uwierzyć, że leży tak blisko tłocznej Colvy.
07/01/09 Colva-Margao-Nasik

Po raz kolejny żegnamy Colvę – tym razem na długo, bo wrócimy tu dopiero w kwietniu. Pociąg do Nasika odjeżdża dopiero o 20, uznaliśmy więc, że mamy mnóstwo czasu na wysłanie drugiej już paczki. Ostatnia kąpiel, ostatnie pyszności w Papillon i około 15 wyjechaliśmy z Colvy. Znalezienie krawca zajęło nam sporo czasu, w końcu jednak dotarliśmy z pięknie zapakowaną paczką na pocztę. Poinformowano nas jednak, że musimy przyjść jutro, bo dziś okienko od paczek już dawno zamknięte, a i cała poczta właśnie się zamyka. Jakoś nie mamy szczęścia do paczek... Na szczęście w pociągu sypialnym jest sporo miejsca, nie przeszkadzała wiec zbytnio upchnięta w rogu pryczy.
Maharashtra
Indie 2.0 - Goa I