Mumbai, 27/11/08

Dzieje się, oj dzieje. Zaczęliśmy z wielkim rozmachem. Atrakcje pierwszych dwóch dni mogłyby starczyć na dwutygodniową wycieczkę. Siedzimy sobie teraz z Kasią na plaży i czekamy na zamówione jedzenie. Jesteśmy mocno zmęczeni, nie mamy znalezionego hotelu, jednak moc fal i wiatru działa na nas kojąco.

Luton, 25/11, Heathrow, 26/11

Po przylocie do Luton postanowiliśmy zatrzymać się w jakimś tanim hoteliku. Wcześniej planowaliśmy nocowanie na lotnisku, jednak perspektywa ta nie przypadła nam do gustu. Hotel Ibis być może nie należy do najtańszych, jednak recepcjonista uległ naszym budżetowym naleganiom i opuścił nam cenę pokoju prawie o połowę. Nie wiedziałem, że w Anglii takie rzeczy są możliwe. Pokój z TV i łazienką dał nam schronienie na kolejne paręnaście godzin. Następnie przetrawersowaliśmy się na Heathrow, gdzie czekało nas uciążliwe czekanie na samolot. Dzięki niebiosom, że nie siedzimy tu od wczoraj!

Stop. Przygody czas zacząć. Check-in w terminalu 5 jest w pełni zautomatyzowany. Podchodzimy do budki, wstukujemy numer rezerwacji, maszyna nam dziękuje, drukuje bilet i informuje, że wszystkie miejsca w samolocie już rozdano i najlepiej udać się do obsługi klienta w sektorze A. Ruszamy zatem, psy nas ciągle obwąchują, policjanci się uśmiechają, a pani w okienku nas zaprasza. Co gorsza, potwierdza z uśmiechem na ustach, że to prawda – bilety rozdysponowane. Linie lotnicze British Airways sprzedają o 12 proc. więcej biletów, bo i tak część pasażerów nie przychodzi – oznajmiła miła pani. Super. To co dalej, pytam się. Zadzwonię, może się uda – odpowiada pani z tym samym uśmiechem na twarzy. Udało się. Wystarczy tylko poczekać pięć godzin na oddanie plecaka. Nie marudzimy, bierzemy miejsca. Psy policyjne obwąchały nasze torby, czas płynie, ale bardzo wolno. Kasia wpada na pomysł poszwendania się po terminalach. Lotnisko Heathrow jest istnym labiryntem. Pierwsze trzy terminale są połączone ze sobą tunelami. Do terminali 4 i 5 dojeżdża się kolejką. Najsłynniejszy terminal 5 jest wielkości Okęcia. Sławę swoją zdobył zaraz po otwarciu, kiedy to tysiące pasażerów doleciało do swoich destynacji, a ich bagaże nadal podążały w innych kierunkach. Wiele razy w Bristolu (pracowaliśmy tam na lotnisku) pytano nas, czy bagaże dolecą do właściwego lotniska. Szybka riposta z mojej strony - „Spokojnie, to nie terminal 5” - zawsze wywoływała falę uśmiechów u pasażerów.

Siedzi we mnie taka myśl. Jedziemy na 6 miesięcy w nieznane, ale tak upragnione. Gdzieś głęboko kiełkuje obawa, nie ma co zaprzeczać. Przedsięwzięcie to jest tak magiczne, jakoś monstrualnie nierealne, jednak szok nadejść miał dopiero za chwilę. Godzina do odlotu, siedzimy na krzesełkach i oglądamy rampę lotniska za oknem. A tu nagle BBC Breaking News – Mumbai w ogniu, giną ludzie, w Indiach znowu wrze. Tylko tym razem w miejscu, do którego mamy się udać. Jedziemy, nie ma o czym mówić. A może nie? Ale jak to nie, chwila, czas na zastanowienie. Zadzwonię do rodziców, jest tuż przed wiadomościami. Niech nie denerwują babci. Tata słusznie to podsumował: „Synu, rób co chcesz, jesteś dorosły, ja się nie wtrącam”.

Zatem jedziemy, z planem szybkiego ewakuowania się z miasta. Atrakcji na każdym kroku co niemiara, a to dopiero początek.

Mumbai, 27/11/08

Wizyta w Mumbaju w skrócie wygląda następująco: lotnisko, Kurla, Panvel (Navi Mumbai). Jednak znalezienie się w autobusie na Goa nie było takie łatwe i przyjemne. Na lotnisku blokady, oczekujące rodziny i znajomi poza lotniskiem. Żar tropików leje się z zewnątrz. Jesteśmy na miejscu, czujemy się dobrze, choć trochę nieswojo. Wiadomości o atakach ciągle siedzą nam na sercu.

Biletu na Goa nie dostaliśmy, bo chętnych do opuszczenia miasta jest ponad miarę. Jest miejsce na pociąg jutro o 11 rano. Bierzemy go bez wahania, postaramy się jakoś dotrzeć na pierwszą stację za Mumbajem na linii naszego pociągu. Przenocować tam i spokojnie jutro w nocy dotrzeć na Goa. Jak to łatwo i prosto brzmi. Nic trudnego. Wybieramy taksówkę. W końcu prepaid taxi oznacza, że płacisz z góry i dojeżdżasz do celu. Naszego przydzielonego taksówkarza znaleźliśmy wśród dziesiątek innych. Spojrzał na nasz bilet, furknął i gdzieś poszedł. Wrócił po paru minutach, odpalił Ambasadora i ruszył.

- Że ta biedna maszyna jeszcze jeździ – powiedziałem Kasi. Samochód warczał mocno. Po paru kilometrach kierowca zjechał na stację benzynową, zatankował gaz i stwierdził, że samochód dalej nie pojedzie. Otwiera drzwiczki i daje nam do zrozumienia, że to koniec jazdy. My siedzimy w samochodzie i stąd nigdzie iść nie chcemy. Kierowca zrozumiał nasz argument, że zapłaciliśmy za kurs z góry, odpalił bestię i ruszył. Wolno, ociężale. Po stu metrach zatrzymał się, przedstawił nas swojemu bratu i powiedział, że to on swoją taksówką nas odwiezie. Udało się.

Na dworcu Kurla cudzoziemiec pokazuje się bardzo rzadko. Dziś jednak przyświeca nam cel – wydostać się z miasta. Już na miejscu dowiedzieliśmy się, że walki w mieście nadal trwają. Południowy Mumbai jest zamknięty, żaden pojazd nie ma tam wstępu. Widać to po taksówkach i rikszach, których jest multum. Co rusz widać ich dziesiątki, nie przesadzam, może setki. Stoją wszędzie. Ktoś nas informuje, że w hotelu Taj Mahal wybuchła bomba. No więc uciec z miasta. Na dworcu Kurla, mimo iż zostaliśmy prywatnie przyjęci przez managera stacji, nie załatwiliśmy praktycznie nic. Znamy jedynie nazwę stacji na trasie linii Konkan. Niestety w żaden sposób nie możemy tam dojechać. Dogadujemy się więc z kierowcą taksówki, że zawiezie nas poza miasto do miejsca, skąd odchodzą autobusy na Goa co 15 minut. Mówi, że to tylko 25 km drogi. To niewiele. Okazuje się, że to 49 km, a że umówiliśmy się na licznik, cena okazała się dużo wyższa. Do tego, bardzo nie chce mi się o tym pisać, kierowca oszukuje nas na 1000 rupii. Daję mu 1600 rupii, w tym dwie 500, on to bierze i za chwilę mówi: „Wszystko OK, ale jeszcze 1000”. Przeszukaliśmy go. Obie strony dały sobie do zrozumienia, że to niemiłe, no ale cóż, kasy u niego nie znaleźliśmy. Dać się oszukać pierwszego dnia – amatorstwo. Było nie było, jesteśmy tu a nie w Mumbaju i to się liczy.

Panvel, 27/11/08

Autobusy owszem, jeżdżą stąd na Goa, jednak nie co kwadrans, ale co parę godzin. Poza tym miejsc w autobusach brak. Rozmawialiśmy z trzema tour-operatorami. Pierwszy chciał 800 rupii, rugi 500, ostatni 450 i to on jako jedyny znalazł miejsca w autobusie. Dwóm pierwszym się nie udało. Jest ciemno, a my na dalekich przedmieściach Bombaju, pośród rzeszy hindusów, spacerujemy w tę i we w tę. Rozglądamy się marnując czas. Jesteśmy atrakcją turystyczną, pokazują nas sobie palcami.

Autobus przyjeżdża, czujemy euforię. Jest miejsce tylko dla nas. Mamy miejsca w drugim rzędzie, przed nami telewizor, nie taki malutki jak u nas w autokarach, ale pełnowymiarowe 24 cale, płaski ekran i bollywoodzki film.

Kierowca ruszył jakby ktoś go gonił. Film leci na całego, wszyscy skupieni, dzieci nie przeszkadzają. W pewnym momencie część pierwsza filmu się skończyła. Nikt nie zareagował. Muszę tu dodać, że kierowcy siedzą w oddzielnym pomieszczeniu, oddzielonym od części dla pasażerów przyciemnionymi drzwiami. Wracając do filmu - część pierwsza się skończyła. Kierowca nie wrzucił nowego CD, więc płyta z pierwszą częścią odpaliła się na nowo. Hindusi z tylnych siedzeń pokrzyczeli sobie, a część pierwsza nadal trwała. W końcu wszyscy oglądaliśmy ją od początku już cicho i spokojnie.

Jedną z najgorszych i najniebezpieczniejszych rzeczy w Indiach jest jazda autobusem. Było to nieuniknione, że w końcu znajdziemy się w tej sytuacji. Zatem pytam, dlaczego pierwszego dnia? I dlaczego w górach? Dawka Aviomarinu podziałała trochę, szczególnie w momentach, gdy autobus podjeżdżał pod górę. Kierowca był cierpliwy, prowadził swoje cacko ku szczytowi wolno i równomiernie. Kiedy jednak dojeżdżaliśmy na sam szczyt, w kierowcy rodził się demon. Ciężarówka, autobus, czy cokolwiek innego, pędzące na wysokich obrotach w dół po serpentynach to zwiastun grozy. Na szczęście dojechaliśmy cali i szczęśliwi.
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Margao, 28/11/08

Bilet kolejowy na Goa to zmarnowane rupie. Nie przejmujemy się tym jednak – jest rano, jesteśmy w Margao i wszystko zaczyna się układać doskonale. Taksówkarz mówi, że nie ma autobusu do Colvy, że on nas podwiezie. My wiemy swoje, uśmiechamy się do niego i kierujemy się na autobus. Podróżując lokalnymi autobusami możemy dużo oszczędzić. Bilet kosztuje osiem rupii zamiast 100-150 za taksówkę. Poza tym jest to właśnie to, czego chcemy. Zero głupich miejsc, drogich suwenirów, motorówek i hoteli za tysiące rupii. Lokalnie – dobrze, europejsko – źle :)
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Colva, 28/11/08 – 01/12/08

Jest późne popołudnie. Siedzę właśnie w Papillon, barze nad morzem i spisuję te myśli. Jesteśmy tu już kilka dni i jest dobrze. Jest wręcz cudnie. Wszystkie stresy z nas już zeszły i cieszymy się okolicą. Kasia jak rak spaliła buzię, cały przód i tył, w ogóle cudnie się rumieni. Zapoznaliśmy się z gospodarzem lokalu i na razie stołujemy się tylko tutaj. Jest jak w rodzinie, gramy razem w bilard wieczorami, w kuchni uczą nas tandoori. My staramy się podpatrzeć, nauczyć wszystkiego, pytamy czy można, oni na to chętnie – tak, oczywiście. Trafiliśmy tu szczęśliwym trafem, więc aż za to kadzidełko zapalimy.
Po przyjeździe do Colvy udaliśmy się na plażę. Chcieliśmy coś zjeść i zobaczyć morze. Od razu kelner nas zagadnął i zaproponował bungalow. My na to, że po jedzeniu chętnie zobaczymy. No i właśnie tak trafiliśmy do Golden Rose Cottages. Z domku widać morze, jest cały czas tak cudnie ciepło. Nie ma prażącego słońca, bo zasłania je zachmurzone niebo. Kąpiel w morzu to niesamowite przeżycie, zabawa na falach, potem na plaży. Rzeczy możemy zostawić w restauracji, nikt ich nie weźmie. Dlatego dość beztrosko możemy spędzić pierwsze kilka dni na Goa. Robimy pierwsze drobne zakupy, nie spieszymy się jednak, bo mamy na to dużo czasu.

W Indiach, jak na razie zauważyłem, niewiele się zmieniło od naszej ostatniej
wizyty cztery lata temu. Hindusi non stop starają się nas na coś naciągać, my znowu z uśmiechem na twarzy
odpowiadamy „Nie, dziękuję, nie potrzebuję” itd. Ten sam zestaw pytań: „Where are you from, what is your price, come look my shop”. Jednym słowem jesteśmy w domu, czas na relaks, odpoczynek i przygotowania do podróży na północ.
Znaleźliśmy z Kasią skórzane dzienniki, w których możemy zapisywać te oto myśli. Kasia siedzi i wszystko spisuje, ja mam jeszcze małe zaległości (siedzę w Anjunie u Tybetańczyków, jest wieczór, nie ma nikogo, więc ciągle namawiają nas na nowe zamówienia). Trochę się tych powrotów powoli robi,
ale znów powrócę do czegoś. Otóż Kasia biega po plaży, zrywa roślinki i je szkicuje. Co chwile do mnie zagaduje, pyta o coś. Jest dobrze, czujemy, że wypoczynek podany jest nam na tacy, ucieka wakacyjnym sosem i pachnie słoną wodą z morza. Być może to za sprawą Petera i jego motyla, czyli baru Papillon. Jest to miejsce zaskakujące. Atmosfera jest tu wyjątkowa. Nie moglibyśmy się spodziewać na początku naszej podróży, że znajdziemy takie miejsce. Bar wygląda jak większość tutejszych plażowych restauracji. Konstrukcja
na drewnianej podłodze, daszek chroniący od słońca, leżaki na plaży i uśmiechnięci kelnerzy Raj i Suresh. Jednak wyjątkowość to właściciele, bracia Peter i Marcel. Uśmiechnięci Goańczycy traktują gości jak rodzinę. Nas od razu skojarzyli jako domowników, bo mieszkaliśmy bardzo blisko restauracji. Jak się później okazało, właściciel bungalowu to kumpel Petera. Bilard w zestawie był cudowną atrakcją.

Kurczę, jestem od dzisiaj w Anjunie, a Colvę już wspominam jako przeszłość. To nieuniknione, że czasu nie cofnę, a te momenty pamiętać będę do końca życia. Aby każde kolejne miejsce było prowadzone jak Papillon, czyli the Paczi way ;)
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
Maharashtra
Anjuna, 2-3/12/08

Czas na to, żeby się zbierać z Colvy, to nieuniknione. Nie chce nam się ruszać z miejsca, gdzie szczęście, radość i relaks są serwowane w zestawie basic.

Jak przystało na rasowych podróżników, transport TAXI jeśli nie jest absolutnie konieczny to nie wchodzi w rachubę. Dlatego zamiast bezpośredniej podróży mamy trzy przesiadki. Autobus lokalny kosztuje ok 10 rupii. Taksówkarz wziąłby ok 200-300 rupii za tą trasę. Zatem najpierw do Margao, stamtąd ekspresowym autobusem do Panjim, dalej do Mapusy i ostatnim do Anjuny. Nigdzie nam się absolutnie nie spieszy. Słońce wyciska z nas pot, ale mimo wszystko jesteśmy szczęśliwi. Na szczęście chorobowa niestrawność Kasi okazała się tylko dwugodzinną niedogodnością. Mam nadzieję, że jak najdłużej tak wytrzymamy.

W Anjunie wysiedliśmy daleko od plaży. Myśleliśmy, że dobrze pamiętamy to miejsce, jednak przez jakiś czas szliśmy po prostu na czuja. W motelu, który znamy sprzed 4 lat, został jeden wolny pokój, ale właścicielka wyceniła go dzisiaj na 600 rupii. Zrobiliśmy z Kasią zgodnie „Hmm” i poszliśmy dalej. Hotel znaleźliśmy od ręki i za tą samą cenę mamy dwa dni. Pokój jest przy samej recepcji, więc bez wahania rzucamy rzeczy na łóżko i na plażę. Powracając jeszcze na chwilę do naszego hotelu: recepcjoniści ciągle uśmiechnięci oglądają TV wraz z rodziną i kuzynami. Obok nas mieszkają Anglicy, najwidoczniej po mocnej dawce heroiny lub czegoś podobnego. No i my, Kasia i ja.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Dość szybko dogadujemy się z obsługą Lobo, baru zapomnianego w Anjunie. Wszystkie miejsca dookoła mają klientów, a w Lobo świecą pustki. Nie wiem czemu - w końcu wszystko tu wygląda świetnie. Wieczór upływa nam powoli przy akompaniamencie łamiących się fal. Następnego dnia wielki market, więc nie przemęczamy się zbyt mocno.

Następnego dnia wstajemy o 7 i od razu ruszamy na market. Zostajemy w Anjunie cały dzień, więc mamy ochotę być na markecie z samego rana, kiedy wszyscy sprzedawcy rozkładają swój dobytek. Następnie gdy market kwitnie w ciągu dnia, i w końcu jak się zamyka pod wieczór. Jesteśmy bardzo złymi
klientami. Nie dość, że nie wiemy, na co mamy ochotę, to niczego praktycznie nie potrzebujemy, a co najgorsze, jak już coś znajdziemy, to cena musi nam odpowiadać. Sprzedawcy mają więc z nami niezłe przejścia.
Sprzedawcy z samego rana mówią, żeby kupić cokolwiek, bo przyniesie im to szczęście na cały dzień, wieczorem namawiają do kupna, żeby dzień się dobrze skończył. My to wszystko znamy i rozumiemy, w efekcie czego kupiliśmy kilka drobiazgów.

Market sam w sobie to cudowne miejsce. Tyle tu barw i dźwięków. Setki straganów mienią się kolorami, kadzidełka pachną, a turyści wydają kapuchę.
Tylko co się dzieje, gdy zaczyna padać? Popłoch, panika i szybkie pakowanie następują natychmiastowo. Dla nas to wesoły widok, dla Hindusów i Tybetańczyków to moknący majątek.

Wieczór kończymy w pustym Lobo. Jesteśmy jedynymi klientami i to w dodatku już stałymi. Jeden z kelnerów, skośnooki Surja, wprost nam za to dziękuje. Mamy czas z nim pogadać, cała obsługa restauracji już nie pracuje, więc siedzą sobie niedaleko nas. Niektórzy tańczą lub śpiewają, inni po prostu palą papierosy i odpoczywają.

Pisałem już o tym, że Kasia zamieniła się w małego biologa w Hindustanie. Dziś jej ofiarą padły małe żyjątka morskie, które w nocy świecą na niebiesko. Morze je wyrzuca na plażę, a one świecą. W pewnym momencie myśleliśmy, że to małe kamyczki. Lecz Kasia rozmazała palcem te mini kamyczki w niebieską papkę, więc uznaliśmy, że to jednak żyło. Przypuszczalnie - plankton.
Czas opuścić Anjunę, która w naszym domowym rankingu zasługuje na dwie silne gwiazdki (z pięciu). Mimo to jest to miejsce obowiązkowe dla każdego turysty na Goa, bo środowy targ to coś, czego nie można przegapić.

PS. Psy w Anjunie są mocno pobudzone. Zwykle na Goa leżą sobie spokojnie na plaży, tu jednak szczekają, gryzą się nawzajem i są generalnie nieprzyjemne.
4/12/08 Mapusa

Przez miejscowych miasto nazywane jest Mapsa. To 40-tysięczne miasteczko widać, że tętni życiem. Nie jest to żadne centrum turystyczne, dlatego nie udaje nam się znaleźć hotelu na dzisiejszą noc. Pokoje owszem, są, ale za zbyt wygórowaną cenę. Plan zatem rewidujemy i zamierzamy po obejrzeniu Mapusy udać się bezpośrednio do Arambolu.

Trafiamy na miejski targ. Nie jest on nastawiony na turystę, tylko na lokalnych klientów. Ceny są bardzo atrakcyjne, problem tylko w tym, że nie mamy kuchni. W konsekwencji większość produktów na targu jest nam niepotrzebna. Co z tego, że ceny krabów, krewetek i rekinów są śmiesznie niskie, jak nie mamy gdzie ich przyrządzić? Być może jak wrócimy do Colvy to pozwolimy sobie na coś takiego. W końcu u Petera w Papillonie kucharz zrobił dla nas kiełbaski goańskie, które wcześniej kupiliśmy na targu w Margao.

Staramy się z Kasią jak najszybciej przestawić na miejscową florę bakteryjną. Jemy lokalnie, ale nadal nie w pełni. Omijamy jak się da produkty mleczne typu jogurt czy śmietana. Mam nadzieję, że szybko się przestawimy i będziemy jak głupi próbować wszystkich miejscowych specjałów. Na targu w Mapusie kupujemy zatem dwa duże obwarzanki (twarde jak licho), trzy słodkie bułeczki (które nie są słodkie) i czekoladę na wagę (dwa rodzaje po dwa duże kawałki). Czekolada ta, czy raczej cukier czekoladopodobny, jest bardzo aromatyczna i intensywna. Mały gryz daje sensacyjne uczucie, które trwa bardzo długo. Zjedzona z bułkami i popita z wodą wydaje się idealnym śniadaniem. Pałaszujemy to w autobusie zmierzającym do Arambolu. Za śniadanie płacimy 20 rupii, za cały transport dzisiaj około 60.

Arambol, 4-5/12/08

Docieramy tu, rozglądamy się i nadal nie widzimy morza. Autobus zatrzymuje się w centrum miasteczka, wyrzuca przybyłych i ciągnie dalej. Jako że jesteśmy w Indiach, od razu podbiega do nas taksówkarz. Krzyczy „Taxi?!”, my na to uśmiech i „No, thanks”. Wiemy, że to niedaleko. Nie warto zatem marnować kasy na wożenie dupy. Plecaki na plecy i w drogę.

Obraliśmy kierunek najbardziej prawdopodobny. Po 10-minutowym spacerze docieramy do plaży. Ciepło jest jak cholera, a my spoceni z kilogramami na plecach. Siadamy w knajpie, z której kelner zamachnął do nas ręką. Zaoferowali nam pokój, dość obskurny, ale tani, bo 150 rupii. Zostaniemy, zobaczymy. Dookoła mordy jakieś takie chińsko-perskie, mówią w hindi, więc nadal jesteśmy w Indiach. Trzeba zawsze z wszystkimi gadać. Wtedy są przyjacielscy, zawsze pomogą, czujesz się znowu jak u siebie w domu.

Siedzimy zatem w knajpie, czekamy na zamówione jedzenie, a tu znikąd Andy. Nie pisałem jeszcze o nim, więc zrobię kilka małych dygresji. Andy'ego spotkaliśmy w Colvie, mieszkał koło nas w bungalowie. Zgadaliśmy się z nim dobrze. Po Colvie spotkaliśmy się w Anjunie na markecie, a dziś znowu on, idący w czerwonych gatkach po plaży. Andy jest nauczycielem języka angielskiego z Plymouth. Więcej jeździ po świecie niż pracuje, no ale cóż, ma na to kasę. Arambol bardzo mu się podoba, więc chyba się tu przeprowadzi (z Colvy).
Życie plażowe to leniwa rzecz bo w sumie niewiele robimy. Kąpiemy się, chodzimy w tę i we w tę, śmiejemy się non stop. I tak dni mijają. Drugiego dnia w Arambolu wybraliśmy się na wycieczkę wzdłuż brzegu. Znaleźliśmy miejsce kosmiczne. Wygląda, że znaleźliśmy drugie Palolem. Na dodatek jedyne chatki, jakie się tu znajdują, należą do gościa, który ma jeszcze jedną wolną, na samej górze, VIP-room za rozsądną cenę. Nie ma mowy, trzeba plany zrewidować. Zostajemy w Arambolu jeszcze przez chwilę.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Arambol, 6-16/12/08

Przeprowadzka w to miejsce to najlepsza rzecz, jaka mogła nas spotkać. Wstajemy, gdy słońce dopiero co wschodzi. Od samego rana wita nas szum fal, widzimy jak morze żyje. Siadamy na malutkim tarasiku naszej chatki z bambusa, dopijamy wodę lub sok z poprzedniego dnia. Aż chce się zacząć dzień, coś zrobić. Czujemy w sobie siłę. Zazwyczaj jednak moc ta ucieka po południu. Słońce praży nas na skwarki, my szukamy cienia lub ukojenia w wodzie. Zwyczajnie po słonej kąpieli od razu chce się wypluskać w słodkiej wodzie. Wziąć zimny prysznic to cudowne uczucie. Jednak tu, na plaży VIP, jest jeszcze lepiej niż gdziekolwiek indziej. Jakieś
30 m od morza znajduje się jeziorko. Słodka woda wpływa do niego z niewidocznych strumyków górskich. Woda jest czysta, pełna różnorakich ryb. Kasia wyczyściła okulary wodne znalezione w restauracyjnym magazynie, więc możemy nurkować. Zabawa na całego, a w dodatku kąpiel to ucieczka od żaru. Zwyczajnie jak słońce chyli się ku zachodowi, wybieramy się na spacer. Czasem do miasta, czasem po plaży czy pod górę. Bierzemy zazwyczaj butelkę wody, sandały na nogi i do przodu. Od czasu jak przyjechaliśmy na Goa nie noszę koszulki. Ramiona mam ładnie spalone, głowę, ryja i całą resztę też.
Wieczór to czas na partię wybijanki lub backgamona, lekką kolację i zasypianie przy akompaniamencie fal.
W naszej okolicy słychać wyraźnie dźwięk łamiących się fal. Zwyczajnie turyści mieszkający w „głównym” Arambolu słyszą tylko ciągły szum morza bijącego stale o kamienie. Dzięki temu, że na wprost naszych chatek mamy plażę, fale mogą dotrzeć nierozbite do samego końca i ostatecznie się przełamać. Niektóre naprawdę głośno sobie poczynają.

Tak więc wygląda dzień przebimbany na plaży. Czasem w rytm dnia wkrada się niespodzianka. Niespodzianki mają różne formy. Czasem to po prostu zmiana planów, czasem wyjazd w nieznane miejsce, czasem brak pieniędzy krzyżujący plany. Bawi nas to, bo czujemy, że wszystko da się dogadać, a podstawowa nawet znajomość hindi to duży atut. Było tak...
Wybraliśmy się z Kasią do Panjim z karnatakańskim plecakiem pełnych rzeczy do wysłania do domu. Mamy ze sobą 24 rupie i kartę bankomatową. Dokumenty, funty i cała reszta została w sejfie w naszych chatkach. Pierwsza dla nas niespodzianka to że w Arambolu nie ma bankomatów. Myślimy: trzeba ściągnąć trochę pieniędzy z karty w jakimś Western Union czy gdzieś. Okazuje się, że prowizja jest wysoka i bez dokumentów typu paszport nie wypłacą nam pieniędzy. Super :) W bankomatach wyciągniemy pieniądze bez prowizji, bez problemów, bez dokumentów. Najbliższy bankomat w Siolim. Na bilet nam starczy, a po paszport nie wracamy. Grozi to totalną katastrofą i marnowaniem czasu :) Z 24 rupii wydajemy 16 na autobus, wysiadamy na wprost bankomatu w Siolim, a uśmiech na naszych twarzach pojawia się od razu. Idziemy, a tu - bankomat nieczynny. Drugi i ostatni w mieście też nieczynny. Zawsze możemy wziąć taksówkę. Zabierze nas do Mapusy, tam wyciągniemy pieniądze i od razu wsiądziemy w autobus do Panjim (tak, komunikacja na Goa jest urocza, ale trwa długo). Jednak pomysł taksi na razie nam się nie podoba. Do bankomatu podjeżdża Brytyjka, którą informujemy, że bankomat nieczynny. Jak z uśmiechem na twarzy opowiedzieliśmy jej o naszych małych perypetiach, to kobieta wyciągnęła z kieszeni 50 rupii. Ja na to, że w takim razie to niech da nam 10 rupii. Z naszymi 4 rupiami wystarczy to na dojazd do Mapusy. Tak się też stało, a w Mapusie bankomat wypluł grzecznie pieniądze. W autobus i dalej w drogę.

W Panjim znajdujemy pocztę bez problemu. Wcześniej słyszeliśmy, że paczki wysyła się tu zaszyte w materiał. Wiemy zatem o co pytać. Na poczcie pani pokazuje nam drogę do krawca. Ten informuje nas, że musi zrobić kopię paszportu i wizy. No to pięknie, może warto było się jednak cofnąć w Arambolu po dokumenty. Teraz jest za późno (jechaliśmy tu ponad 3 godziny) i trzeba będzie przyjechać tu znowu. Krawiec mówi: macie jakąś kartę płatniczą? Robi kopię i mówi, że to powinno wystarczyć. Nie podoba mi się zostawianie na poczcie danych o mojej karcie, no ale cóż - robimy ksero (zamazując trzy cyferki z tyłu). Krawiec obejrzał nasz plecak, trzy razy wyliczył wymiary, odciął kawałek jasnego płótna i odszedł z tym do pokoju w głębi pracowni. Zasiadł dostojnie do maszyny, odpalił ją i do pracy. Najpierw doszył do materiału plastikową małą torebkę, w którą potem włożył nasze podanie, deklarację celną oraz kopię karty kredytowej. Następnie złożył materiał na pół, obszył dwie zewnętrzne strony paczki, i voila! Gotowe. Do niej na sztywno wcisnął plecak, wszedł na szczęście
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
cały. Ostatni element to zaszycie ręcznie paczki z góry. Zrobiła to już jedna z dwóch asystentek bossa. My zapłaciliśmy 100 rupii i z nadzieją w sercu udaliśmy się z powrotem na pocztę. Odczekaliśmy swoje w kolejce. W końcu pani mówi do nas z okienka: „Paczka dokąd? OK. Brakuje tylko kopii dokumentu ze zdjęciem”. I to koniec, nic nie da się załatwić. Taka paczka wróci z Mumbaju z powrotem do Panjim. Gangesu kijem nie zawrócę, a biurokracja indyjska to bardzo silna rzeka.
Paczka wciąż jest w naszych rękach, sprawy nie układają się po naszej myśli a nastroje nie są wesołe. Cóż, trzeba coś wymyślić, bo z plecakiem pełnym rzeczy do wysłania ciężko swobodnie zwiedzać miasto. Wróciliśmy więc do krawca. Udało nam się go przekonać, żeby przetrzymał paczkę w swoim zakładzie. Dodatkowo poinformował nas, że nie mamy, jak na bieżąco sobie zaplanowaliśmy, przyjeżdżać do Panjim jutro, bo poczta będzie zamknięta. Pani na poczcie nas o tym jakoś nie poinformowała gdy sugerowała, byśmy wrócili z paczką innego dnia. Jutro będzie święto, więc tylko byśmy zmarnowali czas przyjeżdżając tu. Super, z nową energią chce nam się zobaczyć miasto.

Kierujemy się na główny plac Panjim, koło którego jest największy kościół. Dziś święto Matki Niepokalanej, o którym trąbili w gazecie, oczekujemy tu zatem wielkiej fiesty. Albo
jesteśmy spóźnieni, albo Goańczycy dziś świętować nie zamierzają, bo w kościele całkiem pełno, ale jakby nie nadzwyczajnie pełno. Wszyscy odświętnie ubrani jak w naszych kościołach. Kasia z dyktafonem i uśmiechem na twarzy nagrywa całą ceremonię. Ludzie posłusznie słuchają potężnego kościelnego, który rozkazuje im głośno, gdzie mają stać, którą stroną podchodzić do komunii itd. Czasem mówi on głośniej od samego księdza, który przecież nadaje przez mikrofon.

Kupiłem przed kościołem świeczki od jednego pana. Myślałem, że w kościele znajdę
miejsce, gdzie będę mógł je zapalić. A tu zdziwienie - nie ma takiego miejsca. Zwyczajnie pomyślałbym, że mnie nabrał sprzedając świeczki niepotrzebnie. No ale przecież widziałem miejscowych, którzy też je kupowali. Rozwiązanie zagadki znalazło się w momencie, gdy przedostałem się przed ołtarz maryjny. Wokół statuetki Matki Boskiej leżało pełno kwiatów i świeczek. Świeczek nieodpalonych. Podejrzewam, że księża wykorzystują je w codziennym życiu.

W kościele spotkaliśmy Polaków. Ojciec z synem przyjechali do Delhi w interesach, a w międzyczasie znaleźli chwilę na wycieczkę na Goa. Za dwa lub trzy dni znów muszą ruszać na północ. My zostajemy :) Chodzimy po
Panjim poznaliśmy nieco kilka dni temu, dlatego tym razem udajemy się do centrum bez pytania prawie jak miejscowi. Chcemy znaleźć jakąś księgarnię i w końcu zacząć kupować wiedzę. Okazuje się ona jednak bardzo droga i nie do końca taka, jakiej szukamy. Oprócz tego kręcimy się z Kasią trochę po mieście, odwiedzamy targ, próbujemy coraz śmielej lokalnych specjałów. Również dość spontanicznie wpadamy na pomysł kina - w końcu Panjim to stolica Goa, więc jak miałoby tu nie być kina. Są dwa i w żadnym nie znajdujemy nic fajnego do obejrzenia.

Nauczka z wycieczki do Panjim jest taka: miej przy sobie zawsze dokumenty i bądź przygotowany na wypełnianie formularzy. Indie to biurokratyczna studnia bez dna a wypełnianie formularza nawet o pokój nie zawsze jest łatwe. Czasem formalizacja ta jest bardzo zabawna, bo jak w końcu zareagować na kwitek w toalecie publicznej, wyrwany z wielkiego zeszytu i opiewający na astronomiczną sumę 1 rupii.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Zakochaliśmy się w jeździe skuterem. Sam pomysł zasugerował nam Andy, a jak się później okazało – bardzo dobrze. Przed pierwszym razem miałem pietra. Z motorami miałem do czynienia jak z mercedesami, czyli znikomo. Kilka prób, jakie miałem w życiu, nie robi ze mnie kierowcy dwuśladowców. W dodatku w ruchu lewostronnym w Indiach. Do tego wszystkiego na dzień przed jazdą poszliśmy z Kasią na spacer do Mandrem. Tam spotkaliśmy Hindusa, który miał Vespę. Od razu zaproponował jazdę próbną. Nie poszło najlepiej, a mój nastrój ciągle podupadał. Wieczorem tego dnia Andy zapewnił nas, że skutery to automatyczny rower. Biegi jak w Vespie to rzadkość. Miał rację, oj miał. Śmigamy skuterem z Kasią na zmianę. Dzięki skuterowi możemy poznać okolicę o wiele dokładniej. Nie będę narzekał an autobusy, bo lubię je bardzo. Jednak w autobusie pasażer albo stoi albo siedzi, widoczność jest ograniczona, wyboje, ludzie dookoła i wyznaczona trasa – to nie sprzyja pełnemu zwiedzaniu. Na dodatek każdy kierowca chce pokonać trasę jak najszybciej.
Natomiast na skuterku to inna bajka. 30 km/h na liczniku, litr czy dwa benzyny w baku, wiatr dookoła i my, śmiejące się dwa ludki, które zwalniają maszynę przy mosteczkach, polankach i innych ładnych miejscach. Zawsze można zawrócić, zboczyć z trasy. Zatrzymujemy się czasem w miejscach, do których żaden chyba białoskóry nie dociera. Dzieciaki od razu się zlatują, starszyzna czasem się pojawi. Zajeżdżamy do świątyń i świątynek. Czujemy się po prostu wolni.
Pierwsza wycieczka to trasa Arambol - Querim. Ruszam dość niepewnie, ale po paruset metrach czuję, że uda się okiełznać tą całkiem komfortową bestię. Jedziemy powoli, przed miejscami, w których Hindusi normalnie zatrąbiliby, trąbimy. Uśmiech nie znika nam z twarzy. Z plaży w Querim udajemy się do fortu leżącego na samym północnym krańcu Goa. Teraz w forcie mieści się ekskluzywny hotel. Byłem za potrzebą, w restauracji pan oznajmił mi jednak, że toaleta jest jedynie dla gości. Ja na to z uśmiechem „No problem, coś zamówię”. Pan widać, że doświadczony - od razu podaje menu, którym zbija mnie z nóg. Najtańsza opcja to herbata z mlekiem. Zwykły chay za jedyne 160 rupii. Na nasze to jakieś 10-12 zł. Na miejscowe to 80 proc. ceny wynajęcia skutera na cały dzień. Uśmiecham się zatem znowu i mówię „Do widzenia”. Wsiadamy na skuter - być może uda nam się zdążyć na ten sam prom, którym tu przybiliśmy. Udało się i szczęśliwie było na nim miejsce już tylko dla naszego skuterka. Samochód będzie musiał poczekać godzinę na kolejny prom. Następnie wypiliśmy herbatę u pana w małym sklepiku po drugiej stronie rzeki, płacąc osiem rupii za dwie szklaneczki, i ruszyliśmy w trasę do domu. Wiemy, że skuter to środek transportu w sam raz dla nas. Kasia śmiga tak wspaniale, że przestaję się obawiać o jej prawko. Wiatr wieje, młodzież się śmieje.
Kolejną wycieczkę skuterem zrobiliśmy sobie pod koniec pobytu w Arambolu. Chcieliśmy dojechać do wioski Aldona, z wiadomych względów po prostu musieliśmy tam pojechać (przyp. red.: Aldona to imię Maćka mamy). Nie udało nam się to dwa tygodnie temu ani w tym tygodniu, dziś ostatnia szansa. Dodam, że cztery lata temu też się nie udało. Dotarcie do Aldony wymaga od nas przejechania przez centrum Mapusy. Udało się, ale było naprawdę wesoło. Nie czuję się do końca pewnie w niektórych sytuacjach. Przyzwyczajenia kierowcy z Polski robią swoje. Dodatkowo w Indiach sprawa się komplikuje – tutaj każdy kierowca stara się dopasować do sytuacji często zapominając o podstawowych prawach rządzących ruchem drogowym. Jazda po chodniku czy pod prąd między samochodami śmigającymi z wszystkich stron to niecodzienność u nas. Tu natomiast to
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
starych dzielnicach portugalskich. Wszystko, jak to w Indiach, zaniedbane i niewyremontowane, ale nadal magicznie śliczne. Dzień mija, a my wracamy do Arambolu. Jutrzejszy dzień musimy przebąkać, bo w święto wszystko dookoła będzie pozamykane.

Okazuje się, że marnowanie czasu i nic nie robienie przychodzi nam tutaj dość łatwo. Dlatego do Panjim trafiamy z powrotem dopiero po dwóch dniach. Paczka jest nadal u krawca, więc jesteśmy szczęśliwi. Tym razem przyjeżdżamy tu przygotowani. Owszem, trafiamy na bardzo twardogłowego pana w pocztowym okienku, ale w końcu udaje nam się ją zostawić na poczcie. Koszt przesyłki 5,5 kg to 1000 rupii (ok. 70 zł), a czas dostawy to 45 dni.
W Arambolu jest nam aż za dobrze. Andy często powtarza „It's too good”. Widzimy, jak trzech budowniczych konstruuje dwie dodatkowe chatki. Cały proces zajmuje im około 4 dni. Nowi lokatorzy aż nie mogą się doczekać - Niemiec bierze domek na następne 3 miesiące. Życie się toczy w trybie naturalnym - wstajemy jak się obudzimy, zwykle ok. 8-9. Jemy, kiedy jesteśmy naprawdę głodni, śniadania często na mieście lokalne specjały, potem późny obiad i/lub kolacja. Bierzemy zwykle jedno danie, którym w pełni się smacznie najadamy. Spać idziemy jak już oczy nam się kleją.
Widzimy, jak morze żyje. Nie mówię o delfinach, które rano skaczą nam niemalże pod oknem, ale o falach, wodzie, ciągłym ruchu morza. Przy pełni księżyca wody były na poziomie, który nas zaskoczył. Wieczorami woda owszem, jest wysoko, ale nie tak, jak podczas pełni. Ledwo dostaliśmy się z głównej plaży Arambolu do naszego domku. Czasem woda jest tak daleko, że mam wrażenie, że morze uciekło, odpłynęło gdzieś. Mówię tu o różnicach kilkudziesięciu metrów.

Błogie chwile szczęścia zakłóca nam jeden fakt - Rosjanie. Jest ich po prostu mnóstwo, są prawie wszędzie. Nie sama ich obecność mnie denerwuje, ale to, że Hindusi biorą i nas za Rosjan. Zagadują nas: „Pasmatri!”, „Zdrastwuj”, myśląc, że zachęcą nas tym do odwiedzenia sklepu. Jest wręcz odwrotnie - po parędziesięciu razach jak to słyszę nie mogę się powstrzymać i rzeczowo odpowiadam że my nie Ruskie. Klient stracony bo nie kupię u kogoś, razgawarywającego do mnie. Arambol do tego stopnia jest zalany przez naszych sąsiadów, że nazywa się go małą Moskwą. Jak później się dowiedzieliśmy, ok. 70 proc. ziemi koło Arambolu i 67 proc. koło Querrim jest wykupione przez Rozjan. Taktyka kupna jest taka: Rusek bierze walizkę rupii, idzie do właściciela ziemi i pokazuje mu pieniądze. Taka żywa gotówka to bardzo kusząca perspektywa dla lokalnych, którzy nie widzieli naraz więcej niż kilka tysięcy rupii. Wykup ten powoduje wiele zatargów z miejscowymi. Słyszeliśmy o przypadku, gdzie rosyjski właściciel restauracji na plaży w Palolem odmówił obsłużenia lokalnych klientów. Ich reakcja była podobno natychmiastowa. Zebrali grupę parunastu kolegów i rozbili bar w drobny mak. Skończę temat pozytywną nutą: im bardziej robimy się opaleni, i jak zbyt głośno nie mówimy po polsku, to miejscowi zaczynają nas brać za Żydów. Hihi :) Co za awans!
kultura jazdy. Staram się dostosować, co daje dużo frajdy. Jednak jest to wszystko niespodziewane i nowe.

Aldona to miejsce urocze. Dużo tu wielkich willi i tak jak na całym Goa jest tu bardzo egzotycznie. W Aldonie sporo jest policji, a my nie chcemy wodzić ich na pokuszenie. Wiemy, że za przeproszeniem lubią brać w łapę i naciągać europejskich turystów.
W samej drodze powrotnej podczas jazdy po serpentynach słyszymy syreny. Lusterka w skuterze działają jak im się żywnie podoba, więc pytam Kasię, czy może się obejrzeć. Mamy ten trik już dobrze opanowany. Ona na to „Policja za nami na sygnale”. Moje nogi trochę się zatrzęsły - zwalniam, bo w końcu może za nami jadą. Jeep przejeżdża koło nas, a Hindus macha, żebyśmy się zatrzymali. No to pięknie, ale kabanos w niesmacznym sosie z zepsutych gumijagód. Zatrzymuję się, ale oni jadą dalej. Za nimi kolejny jeep i motory policyjne z limuzyną VIP. Na tylnym siedzeniu siedzi Sikh a my cali szczęśliwi - po prostu trafiliśmy na ministra czy kogoś tam. Jak przejechali, powoli ruszyłem.

Jazda skuterem naprawdę dostarcza wyjątkowych okazji do poznania prawdziwego Goa. Dziś na śniadanie zatrzymaliśmy się w lokalnym sklepiku, który okazał się również małą domową restauracyjką. Nie jedliśmy jeszcze śniadania (zwykle jemy godzinę - dwie po wstaniu z łóżka), więc dlaczego nie. W brzuchach pusto a pani szczerze się do nas uśmiecha. Wzięliśmy papad, samosę (takie dwukrotnie większe, trójkątne pierogi smażone na oleju), dwa jajka sadzone i bułkę. Za wszystko zapłaciliśmy grosze a smakowało cudownie. Najedzeni zawsze chętnie ruszamy na podbój nowego.
Bajka Andy'ego:
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
W Arambolu 2.0 pozostajemy ostatecznie 10 dni. W tym czasie zdążyliśmy dobrze już poznać chłopaków pracujących w okolicznej restauracji. Jednego wieczora nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Nie mieliśmy wiele energii, a zarazem nie chciało nam się jeszcze iść spać. Postanowiliśmy ruszyć się na leżaki na plażę. O tej porze, kiedy jest już całkiem ciemno, plaża należy praktycznie wyłącznie do nas. Turyści tu nie balują, a psy nie mają zwyczaju zbytnio się naprzykrzać. Dlatego wzięliśmy butelkę wody z sokiem mango i udaliśmy się na plażę. Na dwóch leżakach siedzieli lokalni Hindusi i od razu nas zagadnęli. My z braku planów nie opieraliśmy się wcale i dosiedliśmy się do grona. Towarzystwo wesołe, bo opróżniona butelka wódki leżała na piasku, a druga była właśnie rozpracowywana. Poczęstowali, skorzystaliśmy i się
rozkręciło. Po parunastu minutach Kasia zanuciła piosenkę w hindi. Podziałało to na chłopaków jak dawka adrenaliny. „Wy mówicie w hindi??”. My na to „Staramy się uczyć”. I się zaczęło. Dwóch chłopaków z marszu zaczęło śpiewać stare standardy, jeden z nich grał na butelce po wodzie jak na bębnach. Wesoło się zrobiło - Yogi zaczął nas przytulać i deklarować przyjaźń. Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych spontanicznych rzeczy, jaka nas na razie spotkała w Indiach. Yogi z kolegą siedzą cały sezon w Arambolu i zarabiają na skokach na paralotni z turystami. Mimo iż zachęcał nas sporymi rabatami, nie udało nam się z nim pofrunąć.

Pod sam koniec pobytu odkrywamy atrakcje z kategorii kosmetycznej. Otóż w strumyku doprowadzającym wody do słodkiego jeziorka można wziąć „kąpiel” w białej glince. Raczymy się tym dwukrotnie i muszę przyznać, że moja skóra uśmiecha się do mnie z wdzięcznością. Wyglądamy jak byśmy byli gotowi do sesji zdjęciowej dla Zombie-Playboya. Niewiele osób wie o tych glinkach, dlatego jak wracamy na plażę cali biali ludzie robią wielkie oczy i nie potrafią powstrzymać się od śmiechu. My śmiejemy się non stop :)

Przed samym już wyjazdem wpadam na kosmiczny plan. A Kasia o dziwo zamiast go storpedować podchwytuje temat i sama zaczyna dopracowywać szczegóły. Plan jest prosty: kupimy gliniane lampki oliwne w Mapusie, 1 rupia za sztukę, i postaramy się je sprzedać za 20 rupii za sztukę na markecie w Anjunie. Dobrze się składa że za dwa dni środa, więc na wszystko starczy nam czasu. Przedsięwzięcie, jeśli nawet się nie opłaci, da nam z pewnością nowe doświadczenie. Jeśli uda nam się zarobić, to wydamy kasę tego samego dnia na markecie. Powinniśmy dostać nagrodę za wspieranie lokalnego handlu na Goa :) W końcu lampki kupią turyści a zarobione pieniądze oddamy szczęśliwym Hindusom.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Anjuna, 16-19/12/08

Mocno się zasiedzieliśmy tu w Arambolu. Zamiast zostać na kilka dni przesiedzieliśmy tu blisko dwa tygodnie. Dodatkowo tutaj podjęliśmy decyzję, żeby zostać dłużej na Goa – aż do nowego roku. We wstępnych planach mieliśmy sylwestra spędzić gdzieś w Gujaracie. C'est la vie!

W Mapusie kupujemy astronomiczną liczbę 150 lampek oliwnych, paręnaście
Niestety tendencja do kupowania małych ilości utrzymała się do końca dnia. Udało nam się namówić kilku klientów, nikt jednak jakoś nie chciał brać hurtem. Z tym może trochę przesadzam, ale miałem nadzieję, że niektórzy wezmą z pięć, może 10 lampek naraz. Bilans handlowy dnia jest dla nas korzystny. Pokryliśmy koszty i mamy cały plecak produktów. Postaramy się to jakoś zutylizować w dalszej części podróży.

Doświadczenie samo w sobie jest wyjątkowe. Mogliśmy poczuć się jak miejscowi. Nikt nas dzisiaj do niczego nie namawiał. Młodzi chłopcy chodzący z mapami Goa lub bębenkami wyjątkowo uśmiechali się i nie tracili swojego czasu na nagabywanie nas. Wniosek jednak najważniejszy to to, że sprzedać cokolwiek to nie lada wyczyn. Widzieliśmy przez cały dzień, jak Tybetańczycy (siedzieliśmy w ich sektorze) z trudem wręcz wciskali klientom swoje produkty. Chłopak koło nas sprzedał dwie lub trzy pary skarpetek, z drugiej strony poszła para kapci. Dwóch Kaszmirczyków z naprzeciwka nie miało dzisiaj ani jednego zainteresowanego klienta. Nawet nie kupca - po prostu kogoś, kto przystanąłby i pooglądał ich towar.

My z Kasią zainteresowaliśmy lampkami sporo osób, jednak chęci zakupowe wykazali nieliczni. Pod koniec dnia oddaliśmy naszym znajomym kilka lampek w zamian za co Fernando sprezentował Kasi kolczyk z piórem pawia. Sama jego wartość to wartość wszystkich naszych lampek razem wziętych :)

Po markecie wypiliśmy z naszymi znajomymi piwo, pośmialiśmy się trochę i życzyliśmy sobie najlepszego. Oni poszli w prawą stronę plaży, a my w lewą, w kierunku pary Polaków, których spotkaliśmy dziś na targu. Agnieszka i Kuba przyjechali na Goa na dwa tygodnie i tak im się tu podoba, że już planują kolejną, tym razem dłuższą wyprawę do Indii. Kuba w nadmiarze emocji przesadził z drinkami i złożył się potulnie jak bobasek. Mieliśmy nadzieję zobaczyć go kolejnego dnia na plaży, ale nie udało się. Prawdopodobnie spędził ten dzień w łóżku pod kojącym wiatrem z hotelowego wiatraka.

Nie planowaliśmy zostawać w Anjunie na kolejny dzień, no ale cóż, tak wyszło. A leniuchowanie na plaży dało nam wytchnienie po wczorajszych podbojach marketu i emocjach temu towarzyszących.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
malutkich i kilka większych. Zapakowaliśmy tym cały plecak podręczny. Do kompletu dokupiliśmy knoty bawełniane, a Kasia w końcu dostała małego ludka - amulet odstraszający zły wzrok / uroki innych ludzi. Chyba jeszcze o tym nie wspomniałem, ale Kasia wzięła sobie za punkt honoru skompletowanie różnorakich amuletów przynoszących według lokalnych szczęście. Inny amulet to papryczki chilli i limonka nadziane na nitkę i zawieszane gdzie popadnie. Mały z Kasi wkrętowiec.

W Anjunie nie dostajemy pokoju w hotelu, który pamiętamy z poprzedniego razu. 20 m dalej wynajmujemy mały bungalowik za rozsądną cenę.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Chłopaki z Lobo'sa są mocno zaskoczeni, bo wcześniej deklarowaliśmy, że do Anjuny zawitamy dopiero w maju przyszłego roku. To dowód na to, jak łatwo zmieniać plany na Goa.

17 grudnia budzimy się dość rano - to nasz wielki dzień. Przyznam, że czuję się trochę jak prezd egzaminem, ciśnie mnie coś w brzuchu, jeść się nie chce, nerwy trochę ograniczają ruchy. Nawet jeśli nie sprzedamy ani jednej lampki, i tak nie będziemy bardzo stratni. Na wszystko wydaliśmy coś około 200 rupii, co równe jest
dobremu obiadowi. Po prostu nie chcę, żeby pierwsze kroki komercyjne w Indiach okazały się totalnym fiaskiem. Jak mawiają, first things first. Musimy znaleźć kawałek ziemi, żeby się rozłożyć. Wcześniejszego dnia dogadałem z właścicielem Lobo's, że jak nic nie znajdziemy to możemy przyjść do niego. Ponoć ma dwa punkty gastronomiczne na targu i z chęcią nam pomoże. Na szczęście Kasia zagadnęła odpowiednią osobę na bazarze. Ta skierowała Kasię do innej osoby, która wskazała nam miejsce do rozstawienia stoiska z lampkami. W razie jakichkolwiek kłopotów mamy śmiało go o wszystkim informować. Robi się coraz lepiej, szczególnie że mamy wręcz honorowe miejsce niedaleko głównej restauracji, prawie na trasie wejściowej z plaży na market. Nasze stoisko to zaimprowizowana ekspozycja z kartonu po Budweiserze przysypanego z dołu piaskiem. Jako że potrzeba nam dosłownie 2 mkw, koło nas pozostaje niewykorzystana przestrzeń. Filozofia bazaru jest taka, że ziemia podzielona jest na sektory. Zwykle sprzedawcy mają bardzo dużo produktów, czasem wręcz nie mieszczą się w miejscu dla nich przeznaczonym. My zajmujemy 1 sektora. Rozłożenie stoiska zajmuje nam niecałe 10 minut. Marketowi wyjadacze patrzą na nas ze zdziwieniem. My jesteśmy uzbrojeni w broń, którą często wykorzystujemy - szczery uśmiech. A licho, co tam, nie wolno nam spędzić dnia sprzedając unikalny produkt? Bo lampek oliwnych nie dostanie turysta na żadnym plażowym bazarze na Goa. 20 rupii za lampkę ma być naszym hitem marketingowym.

Po kwadransie przychodzi do nas dziewczyna i pyta, czy miejsce koło nas zajęte. My kierujemy ją do pana, który nam je wcześniej przydzielił, i zapewniamy, że nie powinno być problemu. Nie ma - dziewczyna ze Szwecji ze swym chłopakiem z Brazylii (Sylvia i Fernando) rozkładają swoje rękodzieła. Muszę przyznać, że ich wyroby są naprawdę ładne. Może ceny zbyt wygórowane jak na naszą kieszeń, niemniej jednak nie tak wielkie dla bogatych turystów szukających czegoś innego niż biżuteria a'la srebro a'la jakość.
Colva, 19/12/08

Czujemy się powoli jak rasowi turyści. Nie korzystamy z riksz i taksówek, praktycznie wszędzie przemieszczamy się pieszo lub lokalnymi środkami transportu. Dlatego przejazd z Anjuny do Colvy zajmuje nam kilka godzin. Przesiadki mamy w Mapusie, Panjim i Margao. Za całą podróż płacimy kilkadziesiąt rupii zamiast 800 jakich życzą sobie taksówkarze.

Niestety pojawił się problem. Bankomat nie chce ze mną współpracować. Korzystamy wyłącznie z Kasi karty, ponieważ do mojej nadal nie mamy nowego
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
pinu. Boję się (teoria spiskowa), że cwani operatorzy banków zauważyli, że mężczyzna (ja) wyciąga kasę z karty kobiety (Kasi). Po nieudanej próbie w Mapusie dwa bankomaty w Colvie również nie chcą wyrzucać naszych pieniędzy. Mamy nadzieję, że to chwilowy problem z siecią bankomatową, może z HSBC w Anglii, odpowiedzi brak, pytań w głowie wiele, pieniędzy w portfelu coraz mniej.

Docieramy jednak do Colvy i zamierzamy pozytywnie spędzić tutaj czas bez zbędnego martwienia się. Miejsc w pensjonatach koło restauracji Petera jednak brakuje i mimo znajomości z właścicielem lokalu nic nie da się dzisiaj załatwić. Prawo czarnej serii daje o sobie znać.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Na szczęście pojawia się światełko w tunelu. Peter oznajmia, że jedzie dziś późnym popołudniem do Agondy i może bez problemu nas tam zabrać. Dodaje, że zamierza zahaczyć o fort w Cabo da Ramie oraz kościółek na pobliskim wzgórzu. My na to cali szczęśliwi odpowiadamy - taak! Spontaniczne zwiedzanie i transport do Agondy spadają na nas jak Święty
Agonda, 19-21/12/08

Docieramy tu już późnym wieczorem. Restauracja, w której się zatrzymujemy, ma również domki na plaży. Decydujemy się wziąć jeden. Dosłownie w ciemno. Jednak wybór jest tak fantastyczny, że zamiast tranzytowego pobytu w tym miejscu, zostajemy tu na nieplanowane trzy dni. Domek ma konstrukcję z płyty pilśniowej. Oddalony jest o 3-4 m od plaży. Wokoło nie ma praktycznie nic, jesteśmy my, plaża, no i gwiazdy nad nami.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Na szczęście udaje nam się wyciągnąć pieniądze w lokalnym punkcie wymiany walut. Nie chcemy płacić dużej prowizji, więc wyciągamy niecałe 3 tys. rupii. Dobrze, że karta działa i nie musimy wymieniać funtów, których zostało nam już niewiele.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Kiedy już na dobre się zadomowiliśmy, przyszedł czas na handel. Na początku zagadywanie ludzi przychodziło nam z niejakim problemem. W drugiej części dnia się rozkręciliśmy i z większą śmiałością zaczęliśmy namawiać klientów. Na pierwsze efekty nie musieliśmy długo czekać. Jak się okazało, pierwszymi naszymi klientami była para Luksemburczyków. Pogadali z nami i wzięli dwie lampki. Pierwsze koty za płoty.
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
O poranku następnego dnia decydujemy się wynająć skuter na dwa dni. Chcemy dziś pojechać do Palolem, może uda nam się spotkać Andy'ego, który urzęduje tam już od kilku dni.

Palolem wspominamy jako najlepsze, najbardziej relaksujące, wręcz bezbłędne miejsce w Indiach. Niestety cztery lata potrafią wszystko poprzewracać do góry nogami. Zamiast spokojnej plaży, widzimy miejsce wręcz przeludnione. Lokalni ciągle
inaczej. Jest drogie, nieprzytulne i w jakichś jaskrawych kolorach. W dodatku imprezownia, którą wręcz kochaliśmy, zniknęła i została zastąpiona niedokończonym czymś, co raczej odraża, a nie zachęca. Widzimy znajome twarze, mimo to nie potrafimy się uśmiechnąć. Niezrażenie ruszamy w poszukiwaniu miejsca przyjaznego dla duszy i dla portfela. Udaje nam się zarezerwować domek po przeciwnej stronie plaży. Wydaje nam się, że to właśnie w tym miejscu przywrócimy blask i chwałę Palolem Beach.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
narzekają na brak turystów w tym sezonie, no ale chyba nie w Palolem. Plaża jest pełna, w pensjonatach brak wolnych pokoi, restauracje w porównaniu z innymi miejscami przeludnione. Nie to jednak nas uderza najbardziej. Palolem jest inne niż kiedyś. Zamiast chatek bambusowych widać pełno domków z drewna, część z nich wygląda tak luksusowo, że aż nie pytamy czy mają wolne miejsca. Korzystając z okazji, że już tu jesteśmy, chcemy sobie zarezerwować domek. W pierwszej kolejności kierujemy się do Laughing Buddhy, miejsca w którym spędziliśmy ponad tydzień ostatnim razem. Ku naszej zgrozie miejsce wygląda totalnie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Myśleliśmy, że nie spotkamy już Andy'ego. Jechałem już skuterem z parkingu po Kasię, kiedy to widzę, że stoi ona i gawędzi z naszym angielskim znajomym. Powrót do Agondy przedłuża się zatem o kilka godzin.

Wieczorem w Agondzie czeka nas jedno niemiłe zaskoczenie. Nasza karta bankomatowa została jednak zablokowana. Mimo iż konsultant zapewnia mnie, że w ciągu pięciu minut ją odblokują, konsekwentnie nie chce ona działać. Dzięki niebiosom, że połączenia z telefonami stacjonarnymi są relatywnie tanie, bo inaczej zapłacilibyśmy za rozmowy z Anglią majątek. Dziś nie mamy wyboru, wymiana waluty jest konieczna. Na szczęście nasze ponure nastroje koi samo miejsce, w którym jesteśmy. Agonda wydaje się plażą stworzoną do relaksu i radości. Mało tu ludzi, miejscowi nie są natrętni, plażą jest długa i szeroka. W dodatku domek usytuowany jest na samej prawie plaży, co daje nam małe poczucie wyjątkowości. Drugi duży pozytyw to mały sklepo-komis z książkami. Jak dotąd nie udaje nam się znaleźć nic ciekawego. Sprzedawcy jeśli już mają książki to zwykle spod znaku Johna Grishama lub Dienielle Steel. Tu natomiast dostajemy porcję wiedzy o Indiach jakiej szukaliśmy. Najciekawszą pozycją są drobne komiksy przedstawiające krótkie historie postaci z kultury indyjskiej. Brak miejsca w plecakach ogranicza nasze żądze zakupowe.
zahaczyliśmy oraz na przecudną plażę koło Cabo da Ramy. Nie ma na niej ludzi ani restauracji, Kasi biega topless, jest przecudnie :) Droga dojazdowa tutaj to całkiem inna historia. Z drogi lokalnej trzeba odbić na szeroki pomarańczowy pas ni to ziemi, ni to skały. Wygląda to tak, jakby wiatr wywiał ziemię i pozostawił skałę. Podskakujemy więc dzielnie skuterem i dziwimy się, że tędy da się jechać.
Następnego dnia ruszamy o poranku na kolejną wycieczkę skuterem. Tym razem na północ do fortu, p który z Peterem
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
z workiem prezentów. Okazuje się, że jedziemy tam wielkim jeepem znajomego Petera. Skład wycieczki to kierowca, Peter, Joe, my oraz chłopak z Argentyny, który przez całą drogę ani razu nie otworzył ust. Najprawdopodobniej nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Może się boi, a może po prostu nie umie. Nie wiem. Fort odwiedzamy i szybko z niego wyjeżdżamy. A szkoda, trzeba będzie tu podjechać skuterem i zaliczyć solidniejsze zwiedzanie.
Palolem, 22-25/12/08

Po przyjeździe wybraliśmy się z Kasią na spacer na lewą stronę plaży. Pamiętamy, jak cztery lata temu domki dopiero co powstawały w tej skalistej części Palolem. Teraz już z oddali widzimy, że życie toczy się tutaj w normalnym tempie i wszystko pokryło się lekkim brudkiem i krzakami.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Wycieczka jest cudownie rozśpiewana. Ptaki latają dookoła i przekrzykują się nawzajem. Tu kormoran czujnie siedzi, by po chwili wyprężyć się i zaprezentować swoje skrzydła (Kasia czujnie trzyma aparat w ręce). Tu Kingfisher przelatuje aż migocząc niebieskim blaskiem. Płyniemy dalej, a przed nami stado St. Pepperów, małych ptaszków o szaro-białym ubarwieniu. Nasz rybak okazał się bardzo pomocny. Pokazał nam również lokalne wróble, wrony, kreny, zielone ptaki, których nazwy nie pamiętam, oraz wiele innych. Od czau do czasu podpływaliśmy do brzegu i zarzucaliśmy krabowe sieci. Ich konstrukcja jest banalnie prosta. Siatka zamieszona na okrągłej obręczy, nad nią wygięty drut, do którego przymocowana jest linka, oraz przynęta pośrodku. Za przynętę robią resztki ryb, kalmarów i innych żyjątek, zawinięte w siatkę i dyndające kilkanaście cm nad główną siatką. Bilans z 25 zarzuconych sieci to 7 małych krabów plus jedna mała przezroczysta krewetka. Kasia wyciągnęłaby sporego kraba, ale los chciał, że siatka była dziurawa więc krabol uciekł, niedobry.
No właśnie - trzy słowa o Polakach. Ania, Marcin oraz Łukasz przyjechali na wykład tego ostatniego do Delhi. Korzystając z okazji przedłużyli wyjazd o dwa tygodnie i są właśnie w trakcie nacieszania się Indiami. Najmocniej niezadowolenie wyraża Marcin, który jak twierdzi zmęczył się już tym wyjazdem jak żadnym innym. Wszyscy są z Wolsztyna i okazuje się, że nasi rodzice znali się w liceum.
Następnego dnia budzimy się z budzikiem przy uchu. Jest zimno, ciemno, aż spod koca nie chce się wychodzić. Po kilku drzemkach wstajemy i ruszamy w drogę. Robi się już jaśniej w miarę jak zbliżamy się do rybaka, z którym mamy wybrać się na przejażdżkę łodzią po rzece. Zamierzamy spędzić następne dwie godziny na wodzie, z odrobiną prowiantu i aparatem w ręce. Nasz flisak nazywa
jegonajstarszy syn. Wszędzie widzimy, jak z ojca na syna dziedziczony jest zawód wykonywany od stuleci przez przodków rodziny. Dzień Amana wygląda pracowicie. Wstaje w nocy i wypływa na morze, łowiąc ryby na żyłkę. W dzień nagania ludzi na wycieczkę, którą właśnie się cieszymy. Wieczorem je kolację i od czasu do czasu pogania pracownika naprawiającego jego sieci. W czasie monsunów wyjeżdża na dwa miesiące do Bombaju, gdzie sam naprawia wielkie sieci dla jakiejś dużej firmy.
się Aman.  Ma dwie łodzie - jedną z nich pływa
Tak rozpoczęty dzień to przepis na prawdziwe szczęście. Umówiliśmy się z rybakiem, że jutro w nocy wybierzemy się z nim na ryby. Jutro wigilia i kto wie, może złowimy coś na stół.

Dziś znowu bierzemy skuter. Ta atrakcja po prostu przyciąga nas, macha do nas niewidzialną rączką. Cena rozsądna, 200 rupii, za to możliwości zwiedzania potęgują się. Koło Palolem drogi są mocno zatłoczone. Natężenie ruchu jak w mieście - sam dojazd na stację benzynową dostarcza wiele atrakcji. Do jedynego centrum cywilizacji wokół Palolem dostajemy się drogą ekspresową. Do Canacony docieramy dość szybko, bo dzięki opatrzności ruch w tą stronę
jest mały. Biegamy po miasteczku bez większego celu. Zawsze szukamy książek, ale jak już pisałem, z tym na Goa nie jest łatwo. Z Canacony ewakuujemy się boczną drogą. Miejscowi twierdzą, że to bardzo daleka droga, nam jednak nie wadzi to ani odrobinę. Benzynę i czas mamy, nastroje dopisują, czego chcieć więcej?

Docieramy niespodziewanie na plażę w Patnem. Mało tu ludzi i jakoś trąci nam to miejsce niepotrzebną ekskluzywnością. W centrum wioski znajduje się ogromny hotel lub centrum konferencyjne. Pełno Hindusów w uniformach ochrony, jakoś to nie dla nas. Zawracamy i znajdujemy boczną drogę prowadzącą do plaży. Jest
Agondę wspominać będziemy jako Palolem sprzed dwudziestu lat. Miejmy nadzieję, że dzikość plaży i mało rozwinięta infrastruktura turystyczna pozostanie niezmieniona jeszcze przez długie lata.
Wszystko wygląda dość luksusowo, dlatego nie zatrzymujemy się w żadnej restauracji. O zgrozo, jedna z nich należy do jakiegoś rosyjskiego bosa. Widzimy klientelę i szerokim łukiem omijamy to miejsce.

Niedaleko naszej chatki znajdujemy bardzo przyjazną restaurację. Kelner Mannu zagaduje nas na plaży i od razu stwierdza, że u niego wszystko jest możliwe. Dobrze się składa, bo właśnie idziemy wzdłuż plaży i pytamy restauratorów, czy mogli by włączyć naszą nową płytę CD. Jak dotąd słyszymy tylko „No CD player” lub „Sorry, no” itd. Jak się później okazuje, restauracja Big Banana's przypada nam bardzo do gustu i spędzamy tu większą część restauracyjnego czasu w Palolem.
tu sporo miejsca i najwyraźniej plaża jest jeszcze dzika. W porównaniu z Palolem wydaje się, że wręcz nie ma tu ludzi. Z powodu braku cienia nie gościmy jednak tutaj długo. Nie należę w końcu do kategorii osób uwielbiających prażące słońce. Poza tym skuter to taka frajda, że nie potrafimy dłużej zasiedzieć się w jednym miejscu.

Wieczorem zamiast pójść grzecznie wcześnie spać, szlajam się trochę po plaży. Zacieśniam więzi z pracownikami Big Banana's, nie ma już nikogo w
restauracji więc siedzimy wszyscy przy jednym stole i opowiadamy śmieszne historie. Kasia śpi sobie grzecznie, bo złapała ją znowu flora bakteryjna. Na szczęście właśnie sen jest najlepszym lekarstwem na tę dolegliwość.

O 3.30 następnego dnia budzi nas budzik. Ile to razy ostatnio wstawaliśmy o tej porze w Anglii. W przeciwieństwie jednak do automatycznego wstawania z przymusu, dziś budzimy się owszem, zaspani, ale z uśmiechem na twarzy. Bluzy, polary, ciepłe ciuchy na siebie i w drogę.

Plaża o dziwo nie śpi. Od czasu do czasu widać ludzi siedzących przy piwku i śmiejących się w najlepsze. Nam jednak nie zabawa w głowach - w końcu dopiero co się obudziliśmy. Idziemy łowić ryby z rybakiem Amanem. Spotykamy go na plaży. Okazuje się, że tylko nasza trójka wybiera się na połów. Rybak nałapał jeszcze przy nas małe rybki na przynętę i jesteśmy gotowi do drogi. Za sprzęt wystarczy nam żyłka z haczykiem przymocowana do kawałka kartonu lub drewienka. Jest dość ciemno i staramy się złapać rybę na czuja. Rybak mówi: „Jak będzie się ruszało, to zacinaj!”.

Siedzimy zatem na łodzi i ciągniemy raz po raz za żyłkę. Nie mamy w końcu nic innego do roboty. Od czasu do czasu przymykam oczy i odpływam w otchłań nieświadomości czy półsnu. Jest to niesamowite ukojenie wszystkich zmysłów. Do tego woda mieni się w tak fantastyczny sposób. Widzimy, jak żyłka w wodzie poruszana trochę barwi całą okolicę na zielono, trochę srebrno. Chyba to plankton, bo w końcu grzybów halucynogennych nie zjedliśmy na śniadanie.

Ryb natomiast nie ma. Rybak od czasu do czasu zmienia miejsce, jednak nie przynosi to wielkich rezultatów. Podobno w dobry dzień ryby biorą co minutę. Dzisiaj jednak boją się zbliżającej się wigilii i za chiny nie chcą brać. I tu nagle Kasia jakby z niczego wyciąga żyłkę, a na haczyku duży rockfish. Honor uratowany, a nastroje coraz lepsze. Robi się coraz widniej i cieplej, a rybę mamy w siatce. Cudo. Nie udaje nam się jednak złowić nic więcej, więc Polacy, których spotkaliśmy wczoraj będą musieli jakąś sobie kupić.

Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Spędzamy razem wigilię, którą zorganizowaliśmy sobie po królewsku. Ryba jest na stole, pierogi (momo) w dwóch wariantach (z krewetkami i warzywami), barszcz czerwony od Winiary (Kasia się myli, że od Knorra), który przywieźli nasi znajomi, oraz coś niecodziennego na wigilijnym stole - frytki. Najedliśmy się po pachy, miło pogadaliśmy, wieczór uważam za udany. Nawet tradycji stało się zadość i wymieniliśmy się prezentami. Jedyne ale do wieczoru to głośna muzyka lejąca się z wszystkich restauracji dookoła. Cóż, nie wszystko zależy od nas.

Ostatni dzień pobytu to totalne nic nierobienie, leniuchowanie i cieszenie się chwilą.

W Palolem znajdujemy miejsce absolutnie unikalne: lokalną restauracyjkę Pani Kup Coś Jeszcze. Miejsce mieści się przy małej drodze. Właścicielka ma wóz, na której stoi kuchnia. Na samym początku usłyszeliśmy od niej „Spróbujcie taniej kuchni, kuchni domowej”. Powtarzała to wiele razy. Ale dlaczego to miejsce jest wyjątkowe? Ponieważ kuchnia jej rzeczywiście była domowa, smaczna i tania. Zazwyczaj nie wydawaliśmy tu więcej niż 100 rupii na dwie osoby. Lecz tylko dlatego, że od razu pytaliśmy o cenę. Polacy po naszej namowie odwiedzili panią i za obiad zapłacili ponad 500. Zamiast wziąć podstawowe, smaczne thali lub samosy, zażyczyli sobie świnię i inne specjały za co pani skrzętnie skasowała ich na okrągłą sumkę. Potwierdziło to tylko negatywną opinię Marcina o Indiach. Pani Kup Coś Jeszcze była naprawdę wyjątkowa. Marketing bezpośredni i techniki sprzedażowe miała dobrze opanowane. Kiedy zamawialiśmy jedną samosę, dawała nam dwie. Jak chcieliśmy małą herbatę, pytała czemu nie dużą albo dwie duże. Za każdym razem mówiła „Wróćcie do mnie na smaczne jedzenie, nie zapomnijcie o mnie”. Tylko nasza asertywność trzymała pieniądze w naszej kieszeni.

Zapomniałbym o ważnej rzeczy. Po raz pierwszy w życiu byłem na pasterce! Wybraliśmy się rikszą do kościoła w Canaconie. A tu bal, impreza, piękne kreacje, aż nie wiem jak to opisać. My ubrani skromnie - ja w krótkich spodenkach, a naokoło dziewczyny jak ze studniówki, panie w odświętnych saree, panowie w garniakach i do tego wszechobecna muzyka disco. Msza miała przebieg jak u nas (chyba, bo nie mówię ani w Hindi ani w Konkani), za to po mszy wychodzimy z kościoła a tu poczęstunek, herbatka i kapela grająca do kotleta. Mamy wrażenie, że spora część ludzi czekała właśnie na tą część ceremonii. My jednak zmęczeni wakacyjnym odpoczywaniem
(naprawdę można się w ten sposób zmęczyć) udaliśmy się do domu.

Te kilka dni w Palolem minęło jak z bicza strzelił. Jedziemy do Colvy, lecz wrócimy tu po sylwestrze. Odwiedzimy jeszcze raz Manu i jego rozkoszne dwa szczeniaki.
Colva, 26/12/08 - 02/01/09
Zapomniałem napisać, że już karta bankomatowa nam działa, więc mamy na wszystko pieniądze. Ale to piękne. Jedyny większy wypad to wycieczka do Margao na targ wyrobów z północnych Indii. Totalnie, ale totalnie nic nas tu nie zaciekawiło oprócz momentu kulminacyjnego wieczoru, czyli występu piątki dzieciaków w lokalnym teatrze. Popis jaki dały te parunastoletnie osoby był naprawdę zadziwiający. Kasia do tego była zachwycona tym tanecznym występem, więc ja również jestem zadowolony.
O sylwestrze mogę dodać to, że posiedzieliśmy dłużej, bo do piątej i wypiliśmy więcej trunków alkoholowych. Praktycznie każdy dzień to sylwester, bo impreza u Petera trwa od rana do wieczora. W Polsce będzie mi bardzo brakowało tego miejsca. Już pisząc o tym spływa mi ślinka na myśl o jedzenie, jakie tu serwują i muzyce, która o każdej porze dnia pasuje jak ulał.
Powrót do Papillon to bezapelacyjnie piękny moment. Wszyscy się uśmiechają na nasz widok, bez zastanowienia zamawiamy jedno roti i coś do picia. Czas na labę biz. Lub tris już.

Ciężko opisać ten tydzień, ponieważ praktycznie nie robimy nic poza siedzeniem na plaży, graniem w bilarda, czytaniem, jedzeniem, kapaniem się i okazyjnym spacerem na miasto.
Palolem 03-04/01/09

Powracamy tu, bo nie nacieszyliśmy się jeszcze tym miejscem. Lassi nie ma sobie równych nigdzie indziej, nawet u Petera, a szczeniaki są po prostu tak rozkoszne, że chciałoby się je spakować do plecaka i zabrać ze sobą.

Staramy się nacieszyć plażą jak najbardziej się da. Kupiliśmy już bilet na pociąg poza Goa i powoli czujemy tykający zegar odliczający godziny do odjazdu. Powoli zbiera mi się na podsumowania. Zacznę o tych kulinarnych. Pod ty względem Goa jest miejscem bez najmniejszych wątpliwości szczególnym. Jakoś jedzenia
jest fantastyczna. Zwykłe placki a'la ciapata smakują tu świetnie, a do tego dostępne jest na Goa praktycznie wszystko co dobre z całych Indii. Można zjeść kuchnię goańską, indyjską, kontynentalną, chińską, tandoori, tybetańską, włoską, tajską, żydowską itd. Na Goa zjeżdżają się do pracy w sezonie całe Indie, stąd też ta mnogość i różnorodność opcji. Nie wiem z czego to wynika, ale w goańskim raju wszystko zawsze jest doprawione i ma wyjątkowy smak. Poza rajem jedzenie bywa jednosmakowe, ostre, czasem płaskie i wręcz niesmaczne. Do tego Goa oferuje zawsze to, co ma najlepsze: owoce morze, krewetki można jeść we wszelkich kombinacjach. Na ostro, z pieca, gotowane, w sałatkach, koktajlach, a nawet w drinkach. Do tego kalmary, ryby siakie i owakie.
Powracając jednak na ziemię, czas nas goni. Mamy jeszcze dwa dni, a chcemy wybrać się do Pondy. Miasto to leży w głąb lądu i ma nam do zaoferowania wycieczkę po plantacji przypraw. Nasz przewodnik Lonely Planet nie zachęca nas do nocowania w tym miejscu, zatem decydujemy się udać do Colvy, a stamtąd skuterem na całodniową wycieczkę do Pondy.
Bankiet po pasterce
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Jedliśmy w Arambolu świetną pizzę z owocami morza. Zawsze również smakuje wybornie ryż w różnych wariantach (zwykle nie jestem fanem ryżu). Smażone małe sardynki od Pani Kup Coś Jeszcze nadal siedzą mi w głowie. Słodycze z lokalnych cukierni są całkiem inne niż u nas. Do tego stopnia, że aż ciężko je opisać. W smaku zwykle są jakby z czystego bloku cukrowego, zwykle formowane w małe kulki lub kosteczki. A na koniec najśmieszniejsze: frytki. Bomba. Zawsze zrobione z krojonego ziemniaka, smażone na głębokim oleju, smak ich przenosi mnie w dzieciństwo do Trzcianki i widzę oczami wyobraźni ciocię Lucynę niosącą nową porcję, która bardzo szybko znika z talerza. Frytki miały zamknąć temat, ale zapomniałem o owocach i warzywach. Nie przesadzę jak napiszę, że zawsze wyglądają świeżo. Dosłownie jakby każdego ranka były zrywane. Oprócz znanych nam opcji, znaleźć można na bazarach smakowitości, których nazwy ale przeznaczenia nie znamy. Jedliśmy na przykład Cziko - aromatyczne i słodkie coś co trochę przypomina kiwi lub włochatego ziemniaka. Wielkie dla mnie zaskoczenie to świeże figi, które kupujemy za bezcen, a w smaku są niesamowite, orzeźwiające, słodko-kwaśne, super. Marchewka ma często kolor prawie buraka, a dragon fruit niestety nie spróbowaliśmy. Duże dla nas zaskoczenie to popularność ziemniaków, królują one praktycznie we wszystkich nadzieniach.
Ale od ogółów do szczegółów. Największym chyba odkryciem są dla nas goańskie kiełbaski. Są one bardzo ostre w smaku i bez oszukiwania powiem tłustawe. Może nie samo mięso, ale w każdej kiełbasce są kawałki tłuszczu. Zwykle odrzuciłbym je na bok talerze, tutaj jednak jem je ze smakiem, że aż uszy mi się trzęsą. Inna rzecz to samosa. Jest to duży chrupki pieróg z nadzieniem z ziemniaków i innych warzyw, mocno przyprawiony. Super.
gałęzi, następnie drzewo-palmę ścina się i przetwarza na budulec, papier itd. Poza tym od dzisiaj inaczej będę patrzył na goździki. Te małe cosie są tak upierdliwe w zbieraniu, że mam wielki szacunek dla osób, które to robią. Pani mówi, że część z nich można zdjąć z krzaka, całą jednak resztę trzeba skrzętnie powybierać z ziemi.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się koło jeziorka, albo raczej rozlewiska rzeki, gdzie o dziwo nie było żadnych Hindusów. Zwykle ciężko znaleźć takie miejsce. Posiedzieliśmy chwilę i zza krzaków wyszła pani.
Colva, 5-7/01/09

Na nasz widok ekipa Papillon tylko się uśmiecha. To w końcu czwarty raz jak tu przyjeżdżamy. Wszyscy zaczynają już sobie z tego żartować, no ale co tam. „It's too good”, jak by powiedział Andy.

Do Pondy docieramy bez problemu. Uświadamiamy sobie jednak, że jazda o poranku to bardzo zimny sport. Zmarznięci do szpiku kości zaczynamy zwiedzanie plantacji. Pani, która nas oprowadza, wkuła tekst na pamięć i rzuca swoimi trafaretami na prawo i lewo. My za nią podążamy, przytakujemy i rozglądamy się dookoła. Najwyraźniej interes się kręci, bo plantacja zatrudnia ponad 100 osób i widać, że roboty jest co niemiara. Wcześniej myślałem, że turystyka to główne źródło dochodów tego miejsca, lecz się myliłem. Zwiedzamy dwa hektary plantacji z ok. 80, jakie należą do właściciela. Bardzo widowiskowym punktem
programu jest zagroda dla słoni. Za dodatkową opłatą można się na nich przejechać lub wziąć z nimi prysznic. Na razie pasujemy, ale w przyszłości z pewnością się na coś takiego skusimy.

Niestety po drodze tutaj zatrzymaliśmy się i zjedliśmy śniadanie. Nie mamy zatem miejsca na poczęstunek wliczony w cenę biletu. Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy, o których Kasia z pewnością już dzielnie napisała. Dla mnie najważniejszym chyba zaskoczeniem jest chyba to, że bananowiec kwitnie tylko raz i tylko na jednej
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Uśmiechnęła się i powiedziała „Crabs”. Przeszła koło nas i zaczęła wyciągać niewidzialne wcześniej sieci. Mówi, że ma ich całkiem sporo i codziennie je sprawdza. Musiało to wyglądać dość śmiesznie, bo zamiast zostawić ją w spokoju zostawiliśmy rzeczy tam, gdzie siedzieliśmy i poczłapaliśmy za nią z uśmiechami na twarzy. Uwielbiamy podglądać autochtonów.

Ostatni wieczór spędzamy u Petera. Ach jak ciężko będzie stąd wyjechać.
Margao, 7/01/09

Goa to miejsce bardzo magnetyczne, ale zarazem ogromnie niebezpieczne dla podróżnika. Słyszeliśmy już opowieści o ludziach przyjeżdżających do Indii z myślą o zwiedzaniu, którzy owszem, zwiedzali, ale tylko Goa. Z nami jest w pewnym sensie podobnie. Mieliśmy zostać tu kilka tygodni, a tu patrz – minęło już półtora miesiąca. Jesteśmy jeszcze u Petera, dopijamy herbatkę i czas już w drogę. Oprócz plecaków mamy ze sobą paczkę, którą zamierzamy wysłać przed wyjazdem z Margao.

Na targu Kasia zaczepia naprawiaczy butów i prosi o serwis jej sandałów. Jakoś nikt nie kwapi się do tego – chyba nie wiedzą jak. W końcu jeden mówi: „Zrobię tu dziurki i będzie OK”. Tak amatorskiej roboty nie widziałem chyba nigdy w życiu. Nie przesadzam, ale sam lepiej naprawiłbym te sandały. Za to pan w pełni z siebie zadowolony wyciąga rękę i prosi o zapłatę. Daliśmy mu 10 rupii, bo posiedział nad tym dwie minuty. Na więcej nie zasłużył. Cóż, sandały wyślemy w kolejnej paczce. Teraz czas na pocztę.
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Indie, podróże, wyprawa, dziennik podróży, zdjęcia z Indii, Goa
Myśleliśmy, że krawca znajdziemy niedaleko poczty. Okazuje się jednak, że musimy się cofnąć na market. Pierwszy krawiec chce za usługę 300 rupii. Wiemy, że w okolicy będą inni i z pewnością zapłacimy mniej. Po kilku próbach znajdujemy dziadka, który żąda 100 rupii.

Jednak z paczkami jak dotąd w Indiach nie idzie nam gładko. I tym razem nie udaje nam się wysłać jej w dniu, w którym to zaplanowaliśmy. Dzisiaj przeszkadza nam w tym godzina zamknięcia okienka dla paczek. Jesteśmy
spóźnieni ok. półtorej godziny. Cóż, wyślemy ją gdzie indziej, w tym momencie nie ma co się denerwować. Przed nami w końcu pierwsza podróż pociągiem. Stare dobre wspomnienia powracają, aż uśmiech pojawia nam się  na buziach.



Pociąg Margao-Nasik, 7-8/01/09

Wyruszamy o czasie. Pociąg wygląda jak nowy. Postanowiłem poświęcić podróże pociągiem na refleksje, na przemyślenia. Maciek, tylko nie filozuj, pisz o Indiach, o konkretach.
Zacznę od Goańczyków, którzy ustawieni w szeregu z wszystkimi Hindusami stoją trochę z boku. Mam wrażenie, że sami czują się inni - często o Hindusach mówią nie jako o swych rodakach, ale jak o innym narodzie. Z pewnością w dużej mierze spowodowane jest to odmiennością samego Goa od całych Indii. Przypomnę, że wpływ Portugalii na Goa ma ogromne znaczenie w rozumieniu tego jednego z najmniejszych stanów w Indiach. Dopiero w 1961 roku wojska indyjskie wkroczyły na Goa - było to blisko 15 lat po odzyskaniu przez resztę Indii niepodległości. Do tego czasu Portugalia
faktycznie kontrolowała ten region. Nie działo się to jednak wbrew woli miejscowej ludności. Do dziś Goańczycy czują duży sentyment do byłego kolonizatora. Portugalia nawet rozdaje swoje paszporty Goańczykom, którzy potrafią udokumentować pochodzenie swoich rodziców, no i oczywiście jeśli sobie tego życzą. Duża część Goańczyków jest wyznania katolickiego. Czasem uśmiech sam się pojawia na twarzy, gdy słyszymy, jak Peter czy Marcel mówią o Hindusach i ich bożkach. Wszędzie dookoła widać krzyże i kościoły katolickie, praktycznie w każdym autobusie wisi obrazek Jezusa Chrystusa. Przy czym nie traktuje się tu go jak u nas - w sposób niedostępny, jako istotę z kościoła i obrazka. Tutaj Jezus występuje jako Night Rider, Jesus the Driver, ma wiele oblicz i często bardzo ludzkich, a nie tylko boskich - w Arambolu np. widzieliśmy pralnię z wielkim szyldem głoszącym „Jesus loves your loundry!”.

Poza tym Goa to najbardziej „europejski” ze stanów w Indiach. Piszę o tym jako o czymś pozytywnym. Elementy czysto indyjskie (religijność, filozofia życia, shanti time) łączą się z elementami nam bliskimi (małżeństwa z miłości, brak posagów i problemów z tym związanych).

Na Goa można przyjechać, poczuć się jak w świecie egzotycznym i orientalnym, ale nadal zrozumiałym, nie odstraszającym. Podróżując dalej w głąb Indii czujemy się czasem obco, nie rozumiemy jeszcze wielu rzeczy, a z pewnością niektórych w ogóle nie zrozumiemy.

Patrząc na to wszystko z innej strony, Goa jest istnym kotłem kulturowym. Co roku całe Indie zjeżdżają się, by pracować tu w sezonie, który zazwyczaj trwa od października do początku maja. Rajasthanki rozpoznajemy od razu. Podobnie jest z ludźmi z północy, którzy mają zdecydowanie skośne rysy. Ciężej jednak bywa z rozpoznaniem ludzi z Kerali, Karnataki, Maharashtry czy pozostałych stanów. Rodowitych Goańczyków, których jest ok. półtora mln., czasem ciężko na Goa spotkać. Najlepszą metodą na ich rozpoznanie jest pytanie o goan sausages. Jeśli osoba rozdziawia gębę i nie wie o co chodzi, to znaczy, że jest obca. Miejscowi od razu wiedzą, o co pytamy.

Inna rzecz, mniej goańska, bardziej ogólna. Hindusi wręcz uwielbiają zbiorowość. Siedząc w Colvie często nie potrafiliśmy zrozumieć, czemu zamiast rozejść się Hindusi gromadzili się w jednym miejscu przy wejściu na plażę. Przecież nie z lenistwa - wystarczyło w końcu przespacerować się 100 m w którąkolwiek stronę plaży, by znaleźć dużo miejsca. Rodziny siedzą zwykle w jednym miejscu, wręcz na jednym kocu. Na dworcach ludzie siedzą koło siebie w grupach, mimo iż często się nie znają i ze sobą nie rozmawiają. A siedzą sobie prawie na głowach. Naprawdę widać, jak Hindusów ciągnie do siebie. Nas nadmiar ludzi czasem męczy, szukamy wręcz miejsca, gdzie moglibyśmy pobyć sami.

Dochodzę powoli do najdziwniejszego. Hindusi bardzo silnie okazują sobie czułość. Dzieci nie krępują się, by nas dotykać, często widzimy syna z ojcem obejmujących się itd. Jednak punkt kulminacyjny tej historyjki dopiero nadchodzi - praktycznie co dzień widujemy Hindusów (mężczyzn, chłopaków) trzymających się za ręce. Czasem spacerują, czasem stoją razem. Jednak widok złączonych dłoni, czasem splecionych kilku palców i delikatnego kizi-mizi, jest dla nas często dziwny nie do zniesienia. Nie ma w tym wszystkim niezdrowej erotyki, chyba. Po prostu tak bardzo jesteśmy do tego nieprzyzwyczajeni, że za każdym razem gdy to widzimy jakieś zgorszenie, zdziwienie czy niesmak wkrada się do głowy.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Sprawdź, co ciekawego można przeczytać w goańskich gazetach (link do Picasa Web)
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Indie 2.0 - Goa I