6/12/04 Palolem

Rano wybraliśmy się do Canacona Station - chcieliśmy zarezerwować wszystkie bilety na dłuższe trasy już do końca wyjazdu. Jasne. Na stacji okazało się, że bilety na inne pociągi niż jadące trasą Mumbai-Cochin trzeba kupować w Margao. Do Sawantwadi, gdzie chcieliśmy kupić karty Ganjifa, też nie dotarliśmy: pociąg jeździ tylko w piątki... Wróciliśmy więc do Palolem i przed nami kolejny dzień byczenia się na plaży.

2/12/04 Colva beach

Dziś troszkę zmieniliśmy rytm dnia: rano poszliśmy na śniadanie do Williama, asekuracyjnie jeszcze tym razem po europejsku (K) i amerykańsku (M). Potem popluskaliśmy się w basenie i ruszyliśmy na poszukiwanie spodni/wisiorka/kąpielówek. Spodni nie znalazłam, więc zdecydowałam się na szyte na miarę. Jako wzór zostawiłam moje białe z dziurą na pupie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie :) Maciek dostał wymarzone „spodnie samuraja”, i co ważniejsze, wisiorek z kręgosłupa rekina. Kupiliśmy koraliki i „ubraliśmy” w nie ość. Wyszło bosko. Z resztek mam bransoletkę.

Właśnie podjęłam kolejne wyzwanie, zdecydowałam się na tutejsze normalne jedzenie, już nie tosty. Z brzuszkiem bardzo dobrze, i chyba tak już zostanie :)

Dzwoniliśmy dzisiaj do domu, za ok. 3 minuty zapłaciliśmy po 60 Rs. Niewiele :) Chcieliśmy usiąść na godzinkę do Internetu. Ain’t that easy, odcięli prąd. Nie ma prądu, kiedy będzie - nie wiadomo :) Sweet.
1/12/04 Colva beach

„I feel like shit” pasuje idealnie do mojego obecnego stanu... Pół nocy spędziłam to nad wiadrem, to na kibelku. Z łóżka wybiegałam co parę minut... Straszna noc. Welcome to India :) Gdyby nie Maciuś, na pewno bym tu umarła.

Ale nie umarłam. Po całodniowej diecie wodno-bananowej całkiem nieźle żyję. Siedzę teraz w najładniejszej chyba restauracji, jaką widziałam. Wiklinowe fotele i leżaki z materacem, stoliki pod palmami na cudnym piaseczku, przed nami szumi morze, jest ciemno, jedyne
Do góry
30/11/04 Colva beach, Goa

Mieliśmy mały problem ze znalezieniem hotelu o 23:30. taksówkarz wysadził nas na skrzyżowanku i dalej szliśmy już sami, po jakichś wertepach, piasku i trawie. Wąziutkimi ścieżkami krążyliśmy w ciemności, aż znaleźliśmy Garden Cottages. Anglik siedzący na tarasie okazał się bardzo pomocny - poszedł z nami do właściciela (kilkuminutowy spacerek), ale okazało się, że ten już mocno chrapie. No i jesteśmy w kropce. Zajrzeliśmy do „Serjo” - tam też ciemno, na szczęście na tarasie pojawił się kolejny Angol i z uśmiechem powiedział: „A little bit silly time to arrive, isn’t it” :) No ale, jak sam stwierdził, lubi pomagać ludziom, więc i nam pomógł, kierując nas do kilku hoteli, które jego zdaniem mogły mieć wolne miejsca. Poszliśmy więc, oganiając się od lekko otępiałych psów. Okazało się, że wspomniany przez Angola William’s Hotel to prawdziwy luksus. Za 800 Rs mieliśmy przestronny pokój z wiatrakiem, podwójnym łóżkiem, własną łazienką i porządnym, choć chłodnym, prysznicem i papierem toaletowym. Zimny prysznic okazał się zbawczy dla naszych przegrzanych ciałek.

Rano zjedliśmy śniadanie w hotelowej restauracji, w niektórej siedziały same białe kiełbachy :) Nie wiem dlaczego moje śniadanie okazało się być gratis - zapłaciliśmy 40 Rs. Potem pluskaliśmy się w basenie, wypiliśmy piwko siedząc na podwodnych stołkach, kupiliśmy parę rzeczy w hotelowym sklepiku i poszliśmy sobie. Sprzedawca, któremu z chwilowego braku gotówki obiecaliśmy donieść 400 Rs, człapał parę metrów za nami. Wymieniliśmy 100 $, daliśmy mu to, co mu się należało, uścisnęliśmy sobie dłonie i każdy poszedł w swoją stronę. Ach, jaką bombastyczną torebeczkę kupiłam :)
Teraz siedzimy na tarasie w Garden Cottages, czekając na właściciela. Znów przywitał nas jakiś angielski stały bywalec i powiedział, żebyśmy się spokojnie rozgościli w pokoju, który wygląda na wolny, a jak pojawi się właściciel, to wszystko ustalimy. Siedzimy więc sobie już dłuższą chwilę, słuchając szumu palm, dziwnych skrzeków tutejszych ptaków, chłodzeni przez milutki wiaterek w cieniu ganku. Cisza, spokój, śliczny ogród, słoneczko, palmy - mistrzostwo świata...

Słyszę właśnie kościelne dzwony, podobno dużo tu katolików.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Naprzeciwko mnie Hindus suszy ryż. Nie wiedziałam, że to ryż... Wyłożył go na olbrzymią matę. Będzie tak leżał na słońcu przez 2-3 miesiące, zanim będzie dobry. Hindus ma tu gdzieś w okolicach pole: ryż zebrał parę dni temu, a teraz chodzi po nim szurając nogami, żeby dobrze wysechł. Nie mogę uwierzyć, że jestem tu, gdzie jestem i widzę takie cuda, które zwykle ogląda się na National Geographic :)))

Kupowanie pocztówek: rzecz zazwyczaj banalna, ale nie tu. W drodze na plażę zaczepił nas Shiva, pytając czy chcemy pocztówki za 17 Rs ze znaczkiem. Chcieliśmy, więc ruszyliśmy za nim. Świetnie mówił po polsku (jak na Hindusa). Po paru minutach marszu i zboczeniu z głównej drogi pytamy, gdzie jego sklep. Żaden sklep, okazało się... Zaprowadził nas do siebie do domu, zaprosił do środka (ku wyraźnej uciesze trójki dzieciaków), posadził na krzesłach i zaczął pokazywać pocztówki (bardzo ładne zresztą). Wybraliśmy trochę, Shiva i dzieciaki ponaklejali znaczki (dzieci miały wielką radochę), pożegnaliśmy się (grzecznie odmówiwszy herbatki) i Shiva odprowadził nas do głównej drogi. Zanim tam poszliśmy, zawołał nas jakiś tutejszy mafiozo:

- Siadajcie do nas, bo zawołam policję...

CDN***

Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Łamię wszystkie reguły. Właśnie wypiłam drinka z kruszonym lodem, niechcący... Mam nadzieję, że przeżyję :) Papad - kawałki krabów z warzywami i pysznym słodkawym gęstym sosikiem zapiekane w cieście, w kształcie czegoś pośredniego między chrustami a pasztecikami. Rewelacja!!!

*** Razem z Shivą skierowaliśmy się w stronę ganku, na którym
siedział „mafiozo”. Początkowo wydawało się, że ma coś do nas. Ale rozmowa zeszła na to, że Shiva robi biznes nie informując go o tym.

- He’s a wise man, I’m stupid here, yes? I just sit here and kill ants and he’s doing his own business! He’s a third class man, and he’s doing business! He’s clever, he speaks seven languages! And I just sit, right?

Potem groził Shivie, że wyrzuci go z domu, jeśli będzie sprowadzał tam obcokrajowców i sprzedawał im pocztówki. Shiva na to tylko:

- Ok, ok, ok, I’ll move out, ok, ok.

Stanęło na tym, że ma więcej nikogo nie sprowadzać i poszliśmy. Po drodze Shiva powiedział, że facet był pijany. Wspomniał coś o tym, że nie płaci Shivie commissions - o co dokładnie chodziło, nie zrozumieliśmy, ale sytuacja była bardzo niemiła. Miły za to był Shiva. Na do widzenia podał nam dość osobliwy adres, w razie gdybyśmy chcieli napisać:

Shiva, Colva, Goa, India

W łazience w Garden Cottages Maciek widział jaszczurkę. Ja nie widziałam, ale jakoś posiadanie w pokoju jaszczurki mnie nie poruszyło. Mamy też komary, pająki (na szczęście takie chudo-nożne jak w blokach) i inne śliczności. I mrówki. Co z tego, skoro śpi się rewelacyjnie :)

Dojść do plaży nie jest łatwo. Mnóstwo naciągaczy: czapeczki, błyskotki, kadzidełka, sreberka, drzewo niby-sandałowe, czego dusza zapragnie. Do plaży (jakieś 400 m) szliśmy 45 min. Kupiliśmy czapki, bo słońce prażyło jak oszalałe. Kupiliśmy też ręczniko-chusto-sukienko-spódnicę, którą użyliśmy najpierw do siedzenia na plaży, a później zrobiłam sobie z niej spódnicę i wróciłam w niej do domu.

Na plaży troszkę popsuli nam humor wszechobecni naciągacze. Obiecałam pewnej dziesięcioletniej może Hindusce, że wrócę później obejrzeć jej biżuterię. Mała mistrzyni marketingu bezpośredniego: mam na imię tak i tak, jak ty się nazywasz, skąd jesteś, ładnie wyglądasz, you look good, you look white, come see my jewellery! Powiedziałam, że może później.

- Ok, later, don’t break your promise
- mała na to.

Pożegnalny uścisk dłoni No i rzeczywiście, wypatrzyła mnie gdy wracaliśmy. Podobno mają zakaz handlowania na plaży, policja ich goni. Ale pod palmą już wolno :) Kupiłam bransoletkę za 50 Rs. Asertywność zero :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
światło daje świeczka na stole i świecidełka na palmach i w samej restauracji. I’m In heaven! Właśnie przerwałam dietę bananową tostem z szynką i serem. Pycha, zamówiłam następnego :) Ale ze mnie paskudna europejska turystka, zamiast tutejszych pyszności wcinam tosty. Ale to się zmieni :)
Widzieliśmy dzisiaj na plaży krówki. Tak po prostu. A po drodze na plażę minęliśmy stadko guźdźco-prosiaczków, śliczne maleństwa z wieeelką maciorą pożywiały się właśnie na przydrożnym wysypisku śmieci.
Wracając do domu natknęliśmy się na plażowe kino. Setki ludzi siedząc bądź stojąc plecami do morza, oglądały na wielkim ekranie jakiś indyjski film. Zrozumieliśmy jedynie nieliczne wstawki po angielsku, ale i tak było miło. Niesamowity klimat :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie

Najbardziej zastanawiają mnie zamrażarki do lodów w takich warunkach. Jest prąd - nie ma - jest - nie ma :)

Widzieliśmy dziś miejscowy wf. Coś niesamowitego, u nas w całej szkole jest tyle dzieciaków, co tu w jednym roczniku na wf’ie. Do tego mają wf z krowami :)
3/12/04 Palolem, Goa

Dziś wyprowadzka z Colvy. Jechaliśmy najpierw mocno rozklekotanym autobusem, który 5 km jechał prawie pół godziny :) Potem dwie godziny walczyliśmy o bilet do Cochin na 6/7 grudnia. Mi nie udało się go kupić, znów Maciek okazał się mistrzem. Na 6 nie było szans nawet na waiting list. Kupiliśmy więc miejsce na waiting list na 7. Jeden dzień w Palolem gratis :)

Z Margao dojechaliśmy do Canacona Station spóźnionym prawie godzinę pociągiem. Po drodze przejeżdżaliśmy przez kilka tuneli: do
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
ścian niecały metr, a siedzieli tam ludzie. Niektórzy po ciemku, niektórzy palili małe ogniska w zagłębieniach skalnych. Krzyczeli głośno, gdy przejeżdżaliśmy...
Canacona Station okazała się dużo mniej cywilizowana, niż się spodziewaliśmy. Przy stacji były zaledwie dwie riksze. Za 50 Rs dojechaliśmy do Palolem (chyba najbardziej malowniczą trasą, jaką można sobie wyobrazić; mijały nas święte krowy, Hinduski z koszami na głowach, a wszystko opatulone dywanem palm kokosowych - raj na ziemi). Plażą ruszyliśmy w poszukiwaniu Cosy Nook, ale nie dotarliśmy tam. Zaczepił nas ktoś mówiąc, że ma chatki za 300 Rs. Wzięliśmy. Domek na bambusowych rusztowaniach, przykryty strzechą, bez szyb, ale z żarówką, wiatrakiem i sejfem. Śliczności, coś niesamowitego!

Właśnie zjedliśmy obiad (ryż i kurczak w sosie ananasowym (K) i czosnkowym (M)), pycha. Podziwiam krajobraz. Prześliczna zatoczka, otulona gąszczem palm i skałek, piękna plaża i niezapomniany zachód słońca. Do tego świetna muzyka. Czego chcieć więcej? Siedzimy sobie na wielkich poduchach, sączymy piwko i colę, i rozpływamy się ze szczęścia. Nie wiedziałam, że są na świecie tak piękne miejsca. Wniosek: Colva chowa się przy Palolem :)
Do góry

5/12/04 Palolem

Wstaliśmy rano i po szybkim śniadaniu ruszyliśmy łódką zobaczyć delfiny. Widzieliśmy ich całkiem sporo, tyle że daleko i nie chciały wysoko skakać, ale wynurzały się co jakiś czas i było je całkiem dobrze widać. Potem przypłynęliśmy na Butterfly Island. Maluśka plaża niemalże prywatna - oprócz nas jeszcze trzy osoby. Cisza,
spokój, dzikie miejsce, ogromne motyle i opalanie na golaska. Czego tu chcieć więcej :) A, i mandarynki. Od
4/12/04 Palolem

Wniosek ten sam. Cały dzień byczenia się w cudownej scenerii. Graliśmy w frisbie i spiekliśmy się jak raczki :) Kupiliśmy dwa kocyki, bo w nocy było bardzo zimno. Około 21 w Laughing Buddzie zaczęła się house-impreza. Takiej dyskoteki jeszcze nie widziałam: parkiet na drewnianych rusztowaniach, dookoła siedziska przy palących się ogniskach, i ogólnie loungowo-chilloutowa atmosfera. Młócka trwała do rana, zasnęliśmy więc w rytmie umca-umca-umca-sasa :)
pary Izraelczyków w strojach Adama i Ewy dostaliśmy po jednej. Tak nam zasmakowały, że po powrocie do Palolem kupiliśmy cały worek :) Sprzedała nam je ta sama Hinduska, od której wcześniej kupiłam wielkiego ananasa. Kobieta ta całymi dniami spaceruje z ogromnym koszem na głowie, pełnym przeróżnych owoców. Umówiliśmy się, że jutro weźmiemy papaję. Resztę dnia spędziliśmy siedząc w Laughing Buddzie, zajadając naleśniki z bananem i czekoladą (K) oraz prawnsy w najróżniejszych postaciach (M) i grając w karty. Nauczyłam się grać w garibaldkę. Jakiś Anglik wędrujący po świecie w poszukiwaniu lepszego życia nauczył nas grać w shit-head, ale nie była to gra zbyt wysokich lotów, więc wróciliśmy do garibaldki.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Wieczorem w Buddzie pojawiło się kilku Św. Mikołajów z gromadką dzieci ślicznie fałszujących kolędy. I oczywiście zbierających na tacę pieniądze :) Ciekawe, że nie są dziś ani mikołajki, ani święta, więc nie wiem, skąd to kolędowanie. Może będą tak chodzić co noc do Bożego Narodzenia :)

Posiedzieliśmy chwilkę z miejscowymi na podwórku. Dowiedzieliśmy się, że całą taką „wioskę”, w której mieszkamy, buduje się miesiąc. Chatki stoją od października przez ok. pół roku, a na porę monsunową są demontowane. Restauracje (te bliżej plaży) także.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Umówiliśmy się z właścicielem, że w drodze powrotnej zatrzymamy się u niego na jeden, dwa dni. Trafiliśmy na naprawdę rewelacyjne miejsce :)

Poznaliśmy już dobrze północną część plaży, postanowiliśmy więc zajrzeć na południową. Po skałach i kamieniach wspięliśmy się na górkę, z której jak na dłoni widać było całe Palolem i zachód słońca jak z pocztówki. Domki tu, burżujskie i odizolowane od reszty, ale w naprawdę ślicznym miejscu, kosztują ok. 1200 - 1500 Rs, a nie 300, jak nasz. Ale i tak bym się nie zamieniła :)
Wracając natknęliśmy się na kolejne plażowe kino. Film ten sam, który widzieliśmy w Colvie. Urzekły nas napisy reklamowe pojawiające się na ekranie w trakcie filmu:

Kingfisher, available here at 20 Rs.


Widzieliśmy też dwie całkiem niezłe reklamy Pepsi. Za to z filmu znów niewiele zrozumieliśmy :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Retrospekcja IV
Byliśmy u miejscowego lekarzo-szamana. Dookoła siebie miał mnóstwo słoików wypełnionych czymś bliżej nieokreślonym. Jedną ręką mierzył nam puls, drugą zgniatając mały palec, i bardzo mądrze prawił:
- Sometimes you eat more, sometimes less. Sometimes you like sweet, sometimes salted. Your blood
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
pressure is ok, but calcium in your blood is low... - tu podał jakiś procent, chyba 85% czegoś w czymś), itd., itp. Że możemy mieć problemy z kręgosłupem, że nie mamy białych oczu tylko żółte i pijemy za dużo piwa, więc mamy problemy z wątrobą. I potrzebujemy koniecznie paru rewelacyjnych specyfików :) Podziękowaliśmy grzecznie i poszliśmy. Przed wyjściem powąchaliśmy jakiś płyn: piekło tak strasznie, że myślałam, że oczy mi wypadną :)
7/12/04 Palolem-Margao-Cochin

Dziś ostatnie śniadanie w Palolem. Zebraliśmy się, poszliśmy do agencji turystycznej odebrać bilet powrotny do Bombaju, i rikszą opuściliśmy boskie plaże. Po drodze widzieliśmy śmieciarkę: kilku Hindusów zbierało ustawione przy drodze wiklinowe kosze ze śmieciami, opróżniali je i zrzucali z góry puste. Ten, który widziałam, trafił z ciężarówki akurat w przechodzącego ulicą psa :)

Jedziemy do Margao walczyć o bilety. Pociąg pełny po brzegi i znów krzyczące tunele.

Dzień zwieńczony sukcesem - w ciągu godziny załatwiliśmy wszystkie bilety. Tylko jeden będziemy musieli dokupić, ale to drobiazg :) Potem czekaliśmy, bagatela, siedem godzin na pociąg, do którego nie wiedzieliśmy, czy będziemy mogli wsiąść. Ale udało się, dostaliśmy miejscówki jako przed- i przed-przedostatni na waiting liście. Dwie osoby więcej i bylibyśmy z powrotem w Colvie. Szczęście nam dopisuje :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Na Goa napisaliśmy ponad 40 kartek. Wrzuciliśmy je do skrzynki pocztowej na dworcu w Margao. Do dziś nie doszły.
Do góry
Kerala
Maharashtra
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży