Palolem, 3-4/12

Zimno. Zimno. Nałożę buty i polar, zimno, zimno, przytulę się do Kasi. Zimno brr. Jutro kupimy koce, bardzo ciepłe koce.

Palolem, 4/12

Jak dobrze, że już dzień i słońce świeci. Dziś cały dzień spędzimy na
Colva, 30/11

Zjadłem dzisiaj Indian breakfast. Paćka curry z ziemniakami, groszkiem i odrobiną kalafiora (kalafior jest tu dość popularny, no patrzcie, i wygląda jak w Polsce).

Jakoś nie opisałem całego dnia, powrócę do tego chyba później. Jeśli jestem już przy kulinariach, to muszę przyznać, że właśnie miałem niebo w… ustach (tak chyba ładniej brzmi). Specjał nazywa się papad, a jest to mix „prawnso”-warzywno-francuskochlebowy. Pod piwo, bardzo lekkie jak wszystkie chyba tutaj, bosko mi się komponuje.
Garden Cottages, Colva, 1/12

W nocy dopadł niestety Kasię pierwszy atak choroby indyjskiej. Może za dużo zjedliśmy wczoraj miejscowych specjałów, może to ten lód w drinku, może w końcu to po prostu nieuniknione. W planach mieliśmy dzisiaj zwiedzanie dużego cotygodniowego marketu w Anjunie, ale zrewidowaliśmy nasze plany. Zostaniemy tutaj jeszcze dwa dni i przygotujemy się do dalszej podróży. Zobaczyłem właśnie na mapie miasteczko „Aldona”. Mam nadzieję, że jakimś cudem tam jeszcze trafimy.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie

Opisując w skrócie dzień dzisiejszy wyliczyłbym siedzonka w basenie jak w barowym lokalu, mocno słone morze z przepięknie piaszczystą plażą, mega zakupy i Papad. Wypoczywamy troszkę w rytmie morskich fal, spotykamy fantastycznych ludzi, wszyscy są życzliwi i skorzy do rozmowy, zagadują nas non-stop, a my chyba coraz mniej się przed tym bronimy.
Zostałem dzisiaj modelem. Jak się okazuje, stanowimy z Kasią nie lada atrakcję. Upieram się, że to Kasia, a nie ja, no ale nieważne. Otóż miejscowi/przyjezdni Hindusi proszą nas co chwila o zrobienie sobie z nimi zdjęcia. Ostatnie do jakiego pozowaliśmy zagarnęło około dziesięciu miejscowych. My mówimy „No, no, thanks”, oni na to „Please, please”. No to pozujemy.

Kasia o dziwo bardzo szybko dzisiaj wydobrzała. Mam nadzieję, że namówię ją już jutro na zmianę diety z bananowo-wodnej na indyjsko-prosiaczkową. Danie, które chodzi mi po głowie, to pork vindalo, niestety nie potrafię jeszcze się zdecydować.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Colva, 2/12

Dzisiejszy dzień tak jak i wczorajszy płynie nam w bardzo rozleniwiającym tempie. Rano zjedliśmy śniadanie amerykańsko-continentalne, a południe spędziliśmy na basenie. Następnie udaliśmy się na plażę, jednak dotarcie tam nie było nam dane. To znaczy dotarliśmy, ale nie zawitaliśmy. Przyczyną tego były spodnie, a raczej dziura w nich. Poszliśmy więc na zakupy. Spodenki, czapka, otwarte spodnie, naszyjniki i kręg rekina, który właśnie wisi na mojej szyi wraz z innymi kośćmi i patolkami. Chcieliśmy dzisiaj również wejść do kafejki internetowej i skorzystać z netu, ale jak się spodziewanie okazało, nie było prądu. Prąd na Goa mianowicie jest i go nie ma.

Wieczorem usiedliśmy z Kasią do omawiania planów na najbliższą przyszłość. Zmieniliśmy dotychczasowe plany totalnie i postanowiliśmy zamieszkać w chatkach na drzewie w Palolem. W chatkach na plaży :)

Palolem, 3/12
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
No i udało się, mamy chatkę, chatkę na plaży. Cudownie spartańskie warunki, dźwięk fal i sielankowa atmosfera. Jednak dzisiaj nie cały czas było tak sielankowo. Zaczęło się iście folklorowo, ponieważ wzięliśmy autobus z Colvy do środkowego centrum regionu, Margao. Autobus nie ma dokładnie ustalonego czasu odjazdu, więc posiedzieliśmy trochę i ruszyliśmy. Fakt, że autobus ruszył, to cud, jednak dźwięk silnika wyraźnie określił moc i możliwości wehikułu.
40 km/h max. Za to czterech ludzi go obsługujących. Jeden z tyłu, oznajmiający kierowcy o „stanie jazdy”. Jeden gwizdek: „klient na horyzoncie”, dwa gwizdki: „możemy jechać, wszyscy na pokładzie”. Drugi zbierający pieniądze, trzeci siedzący z przodu i pomagający -
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
doradzający w czasie wymijania się autobusu z innym autobusem. I kierowca. Do tego muzyka na full
regulatora i przystanki średnio co 27,5  sekundy. Sielanka skończyła się jednak na dworcu, kiedy dowiedzieliśmy się, że jesteśmy 47-mi na liście rezerwowej czekającej na miejsca w pociągu. Następnie nie chciano nam sprzedać uporczywie biletu i musieliśmy co chwilę czekać w kolejce, z której nas wypraszano. Kupiliśmy jednak, a miejscówki załatwimy przed odjazdem.

Czekanie godziny na spóźniony pociąg do Canacony było już czystą przyjemnością. A teraz? Siedzimy w barze w raju i nie zamierzam stracić ani minuty więcej. Czas na kontemplację…
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
byczeniu się na plaży i opalaniu, popijaniu zimnych napojów i chill-relaksowaniu się. Byliśmy na długim spacerze, graliśmy w frisbie, i czujemy bardzo piekące nas ramiona.
Palolem, 5/12

Naród indyjski wykształcił w sobie naturalną zdolność do zapełniania luk w rynku i potrzebach klientów. Ponad miliard ludzi musi jakoś zarobić na chleb. A może raczej ryż i kurczaka.

Dziś rano wybraliśmy się na „polowanie” na delfiny. Płynęliśmy łodzią regionalną, która napędzana była przez mały, ale silny motorek. Delfiny pojawiły się, ale bardzo ociężale. Najpierw dwa a po nich długi szum
morza i nic. Po 15 minutach poszczęściło się nam. Cała gromadka podpłynęła, ale nadal nie miała ochoty na psoty. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że delfiny „żyją skaczą” w całkiem innej porze, niż w tej, której my płynęliśmy. Mówię polowanie, ponieważ zwiedzanie polegało na wypatrywaniu delfinów w oddali, włączaniu silnika i gonieniu ich na dystans, z którego turyści-stare babcie by je widzieli. Polowanie, nic innego. Choć urocze :)

Powrócę do zawodów wykonywanych przez Hindusów, które dla mnie są dość nowe:

20 pracowników pociągu, roznoszących non-stop gorące jedzenie, orzeszki, kawę, herbatę, zimne napoje, opiekane w cieście banany, chipsy i inne. Niezliczone rzesze sprzedawców wsiadających do pociągu na stacji i sprzedających grzechotki, zabawki, napoje, łańcuchy do przypinania bagażu, patyczki do uszu, świeże i nieświeże owoce i dużo innych.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie

Kobieta roznosząca cudownie smaczne owoce cytrusowe, takie jak ananasy, papaje, mandarynki, kokosy, banany i limonki. Osobiście widziałem, jak obiecała ananasa i szło jej to bardzo a bardzo sprawnie. Rozłupywanie kokosa kamieniem to już istna poezja. Kobieta ta nosiła owoce na głowie w koszu. Był on tak ciężki, że klienci musieli jej pomagać w podnoszeniu go i umieszczaniu na głowie.

Innym środowiskiem zarabiającym na turystach są w Indiach młodzi ludzie. Wycieczki wodne, masaże, „bycie przyjacielem”, to nieliczne z tych, których jest wiele.

Kończąc tą interpauzę powracam myślami do drugiej części naszej wycieczki, jaką była trzygodzinna wizyta na motylej wyspie.
Butterfly Island

Owocna w nudystów i Izraelczyków. Bardzo przyjazne i ustronne miejsce, wpływające jak artefakt z gry komputerowej na szczęście i morale razem. Po powrocie resztę dnia poświęciliśmy kontemplacji morza i degustowaniu miejscowych naleśników i potraw, których głównym składnikiem były prawns. Pychotka.
Palolem, 6/12

Mikołajki!!! :) Tylko że mandarynek nie dostaliśmy (tylko jedną), a na słodycze nie mieliśmy ochoty, bo za ciepło było. Jak stwierdziliśmy z Kasią, ludzie przyjeżdżający do Palolem potrafią cieszyć się swoimi hobby, nawet najdziwniejszymi. Przespacerowaliśmy się na południową stronę plaży i oglądaliśmy ludzi. Większość spędzała czas dość standardowo, albo siedząc w barze i popijając drinki, albo przebywając na plaży. Byli jednak tacy, co grali w krykieta, machali zsynchronizowanie sznurkami trzymanymi w ręce i tacy, co ćwiczyli żonglowanie butelkami jak przystało na barmanów z amerykańskiego filmu. Byli również tacy, co mimo obładowania sprzętem i ciągłego przepływu spacerowiczów, próbowali uchwycić idealne zdjęcie. Miejsce dla tych, co nieudolnie i ku uciesze widowni bez rezultatów próbowali się zahipnotyzować, też się znalazło.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Mikołajki minęły nam całkiem inaczej, niż to sobie zaplanowaliśmy. Chcieliśmy się wybrać do małego miasteczka Sawantwadi, gdzie chcieliśmy kupić karty do gry, ręcznie malowane przez czterech mistrzów w pobliskim pałacu. Nie dojechaliśmy jednak, bo pociąg do tej mieściny jeździ raz na tydzień i nie w dzień, w którym to my chcieliśmy się wybrać. Na dworcu w Canaconie przywitała nas zamknięta kasa i głucha cisza. Tak więc wróciliśmy grzecznie do Palolem i zmarnotrawiliśmy cudnie cały dzień. Baaardzo, bardzo długi dzień. Swoją drogą cudnie było słuchać rozmowy Anglika z Hiszpanem, których rozmowa nie mogła się kleić, bo Hiszpan po angielsku ni-jak. Ani mru mru. Przyjemną rozmowę odbyliśmy ze
Margao, 7/12

Niestety nasza przygoda z Goa kończy się nieubłaganie. Powrócimy tutaj jednak i to w wielkim stylu :) Przed nami jednak batalia o bilety, które chcemy kupić hurtem, raz a dobrze. Wcześniej rozplanowaliśmy sobie całą podróż i teraz wiemy dobrze, czego chcemy.
szkockim old-dj’em, którego na Goa zatrzymała całkiem okropnie wyglądająca roztrzaskana noga. Mimo iż dj’a konikiem było techno, zgadaliśmy się i umówiliśmy na wymianę płyt. Jak to sam on określił, „CD są takie tanie, że nie ma problemu, przyślę wam parę.” :)

Pierwszą potyczką, z początku wydającą się najłatwiejszą, jest ustalanie numerów i dokładnego czasu odjazdów pociągów. Indie bowiem są bardzo sformalizowanym krajem. Wymiana obcych walut, kupno biletu
może kupić jeden bilet, jakimś cudem umknął uwadze kasjerów. Najpierw ja wziąłem bilety na dwa połączenia, Kasia trzy pozostałe. Byliśmy szczęśliwie zszokowani.
Do góry
Kerala
Maharashtra
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
kolejowego, wynajęcie pokoju wymagają wypełnienia odpowiednich formularzy. Zobaczymy, czy tak samo będzie, jak wybierzemy się do kina :)

Do pierwszego zadania stanęła Kasia. Kasa z napisem „Enquiry” okazała się ogromną przeszkodą. Kolejka poruszała się bardzo powoli, kiedy jednak Kasia dostała się, ruch zamarł. Jak nic 40 minut. Wyszukanie pojedynczego połączenia zajmuje sporo czasu na dworcu w Margao, wyszukanie sześciu okazało się zabójcze. Zdobyliśmy jednak te „namiary” i przeszliśmy do punktu kulminacyjnego naszej bitwy. Kupna biletów. Mógłbym opisywać długo kolejkę, jaka była do kasy piątej, tej obsługującej również turystów z zagranicy. Reszta kas bowiem jest tylko dla miejscowych. Jednak nie będę, ponieważ zdarzył się cud. Nasze białe twarze znów nas uratowały i weszliśmy bez kolejki. Drobny fakt, iż jedna osoba może kupić jeden bilet, pominęliśmy. Najpierw ja wziąłem 2 połączenia, uratowały i weszliśmy bez kolejki. Drobny fakt, iż jedna osoba
Jak później się okazało, nasz fuks przysporzył nam może nie kłopotów, ale zmartwienia. Bo co można robić na stacji przez siedem godzin :) Otóż jeść, grać w karty, czekać, czytać gazetę i nudzić się potwornie. Na dodatek w restauracji dworcowej nikt nie mówił płynnie po angielsku, co bardzo utrudniło  nam jedzeniową nawigację. Do tego miejscowy Internet chodził gorzej niż TP S.A, a wilgoć lokalu zwabiła taką chmarę komarów, że wytrzymaliśmy tam 7 minut. Fakt, że pociąg  spóźnił się ponad godzinę, przyjęliśmy już tylko z ulgą. W końcu Kerala stała dla nas otworem. Kulinarny bilans z Goa: jadłem spaghetti z kalmarami :)
Do góry
Nie ma to jak wyboista droga i muzyka na sto dwa. Oto co rozbrzmiewa z głośników w indyjskim autobusie.
Goa, 29-30/11

Do naszego raju dojechaliśmy już bardzo późno. Za 170 Rupii taksówkarz wyrzucił nas w dzikim świecie palm i ciemnych ścieżek. Pełni nadziei, jak i obaw, ruszyliśmy w głąb nieznanego. W jedną stronę i z powrotem, drugą i to samo trzecią i chyba nie muszę pisać, co dalej. W końcu dotarliśmy do Garden Cottage. Niestety, zamiast właściciela spotkaliśmy Manchesterczyka, który ku naszemu szczęściu ubrał buty i powiedział:
– Zaprowadzę was, ale właściciel może już spać.
Spał.

Podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej, bo w Colvie pensjonatów wbród. Napotkaliśmy innego Angola, choć okazał się na tyle przyjacielski i uczynny, że
nazwę go Anglikiem. Ku naszej rozpaczy właściciele innych pensjonatów również spali. Trzydziestostopniowe upały i świeże bryzy morskie wpływają bardzo dobrze
na sen, więc nie mieliśmy za złe właścicielom ich leniwej postawy. Po namowie Anglika basenem. Wypas. O 00:30 właściciel z żalem stwierdził, że jest zbyt, a może ciut za późno na kąpiel, więc ochoczo udaliśmy się do pokoju na zasłużony odpoczynek.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
 
Indie - dzienniki podróży