27/12/04 Londa-Palolem, Goa

Rano wysiedliśmy w Londzie - co za dziura! Na „dworcu” autobusowym chciałam kupić gazetę, żeby poczytać o wczorajszym trzęsieniu ziemi i tsunami (przez całą noc dostawaliśmy przestraszone smsy z Polski), ale nie było nic po angielsku. Autobus do Margao przyjechał tak pełny, że ciężko było do niego wejść. Trzy godziny spędzone w takim ścisku lekko nas przerażały, więc wzięliśmy taksówkę. 1400 Rs do Margao, zamiast niecałych stu autobusem, 1700 do Palolem, trochę dużo, ale bardzo chcieliśmy już tam być, więc przeboleliśmy cenę :) Kierowca chyba dwa dni wcześniej dostał prawo jazdy, ale jakoś dojechaliśmy (140 km w 4 godziny...).

Palolem jednak okazało się inne, niż się spodziewaliśmy. Nikt się nie kąpał, nikt się nie bawił. Plaża została całkowicie zmyta przez morze, którego poziom wczoraj podniósł się na tyle, że zmiótł najbardziej wysunięte restauracje. Nikt nie wie, co się stało - mówią, że nagle woda podniosła się i zalała wszystko, ale dlaczego? O to pytali nas, może my wiemy. Laughing Budda zamknięte, w podłodze dziury, a wszystkie stoliki i fotele
Do góry
29/12/04 Palolem

Buddha powoli staje na nogi. Przy wejściu pojawiła się tablica, że jutro już otwarte od 7 rano :) Siedząc w Laughing Buddzie (tej prawdziwej; jak się dowiedzieliśmy, restauracja wychodząca na plażę to Rock-it Cafe, nie Laughing Buddha) zaprzyjaźniliśmy się z właścicielem. Siedział z nami dosyć długo i opowiadał m.in. o tym, że miejscowi wieśniacy palą tytoń z... papryczki chili. Hardcore!
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
przeniesione na tyły zabudowań. Wszyscy podłamani - zmyło im również kuchnię, akurat przed sylwestrem, i nie wiedzą, czy zdążą się do tego czasu pozbierać. Zamiast radosnej, świątecznej atmosfery i muzyki z Laughing Buddy, przywitało nas sprzątanie i suszenie materaców. Troszkę czego innego się spodziewaliśmy, ale trudno, może szybko na nowo rozwiną skrzydła. Morze jest bardzo zamulone, aż brązowe od piachu - pewnie dlatego (z wyjątkiem paru desperatów) nikt się nie pluska. Dzień minął nam zatem niezbyt radośnie, graliśmy sobie w garibaldkę w jednym z niewielu miejsc, w których grała muzyka. Powrót do Palolem okazał się więc lekkim rozczarowaniem.
28/12/04 Palolem

Plaża powraca do życia - restauracje się odbudowują, choć piasek ciągle mokry. próbowaliśmy się pokąpać grając w frisbie, ale weszliśmy tylko po kolana, bo woda wciąż zamulona. Zjeżdżają się ludzie - chatka obok nas kosztuje dzisiaj już 1200 Rs! Co nie przeszkodziło Mistrzowi Maćkowi stargować naszej ceny do 500 Rs :) Kolejna szóstka z negocjacji :)
Pobiliśmy rekord w frisbie - 30 rzutów. Zrobiliśmy też spore zakupy: narzuta, poszewka na poduszkę, kolejne cudne pudełeczko, szafran, popielniczka, torba dla Oli :) Siedzimy dziś na tyłach Laughing Buddy - restauracja ma być czynna jutro lub pojutrze. Na razie naprawiają tam podłogę, bo została mocno zniszczona. W gazecie lokalnej znaleźliśmy zdjęcie właśnie Laughing Buddy, naszej ulubionej restauracji, koło której zresztą mieszkamy. Dziwne uczucie...

Kupiliśmy dzisiaj mosiężną miseczkę. Pocierana drewnianym kołkiem wydaje niesamowity dźwięk :) Znaleźliśmy też kolejnego mistrza rękodzieła. Na obrzeżach Palolem, w jednym ze sklepów, pewien Hindus siedział przy maszynie i robił naszywki. Wyglądało to tak, jakby malował nicią po materiale. Wyszukałam czarną koszulkę, na której wyszył mi niesamowicie kolorowy obrazek :) Za 200 Rs... :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Dziś w Laughing Buddzie impreza - ok. 21:30 zaczęli schodzić się ludzie, po godzinie nie było już gdzie usiąść. Znaleźliśmy miejsce przy ognisku i wpadliśmy na genialny pomysł: w sylwestra kupimy ziemniaki i wrzucimy je w popiół :) Stęskniliśmy się za ziemniaczkami :)

Widzieliśmy dziś wyciąganie sieci rybackich z morza. Zebrała się cała wioska, sieci ciągnęło jakieś 10 osób, ale połowy nie były obfite. Jeden niepełny koszyk.
3/01/05 Palolem

Ukradli mi buty. Nie wiem co za idiota zabrał nam spod chatki stare używane sandały, ale gdybym się dowiedziała, to źle by skończył.  Ukochane Gelande-sandałki, które zdeptały spory kawałek południowych Indii, zniknęły. Porozpaczałam godzinę, ale to niewiele pomogło :) Kupię w Wawie takie same, a póki co, musiałam tu kupić jakieś względnie mało paskudne klapki. Myślałam, że dobry humor już nigdy mi nie wróci, ale się myliłam. O 9 rano ruszyliśmy na Butterfly Island (Maciuś pomógł zwodować łódkę). „Polowanie na delfiny” trwało trochę dłużej niż ostatnio, ale miało lepszy finał - nie dość, że z bliska widzieliśmy ich całkiem sporo, to jeszcze było słychać, jak skaczą, a dwa z nich (lub jeden dwukrotnie) wyskoczyły z wody jak w jakimś filmie. Cudny widok :)
30/12/04 Palolem

Śniadanie w Buddzie - nareszcie :) Nasza ulubiona restauracja znów otwarta i tętniąca życiem :) To jedno z trzech miejsc, w których znamy właścicieli i gdzie czujemy się jak u siebie. W sąsiedzkim Blue Juice (które nie wygląda, jakby zamierzało się pozbierać po poniedziałkowym zalaniu) sami bierzemy napoje z lodówki na zapleczu, na krechę - zapłacimy jakoś potem :) W ogóle Palolem jest niesamowicie przyjazne. Poznaliśmy
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
człowieka, który wspina się na palmy i zbiera z nich sok. Sok się destyluje i powstaje coś na kształt piwa. Nasz rozmówca w sumie ma 19 palm, którymi się zajmuje: na naszym terenie 5, resztę gdzie indziej. Wchodzi na te palmy z wprawą małej małpeczki :)

Zanieśliśmy dzisiaj kolejną koszulkę do mistrza naszywek: czerwona, z namalowanym Ganeshem i jakimiś wzorkami. Patrzyliśmy ponad godzinę, jak koloruje nićmi rysunek. Potem poszliśmy, żeby mu dłużej nie przeszkadzać. Gdy wróciliśmy, zastaliśmy prawdziwe arcydzieło - koszulka wyszła rewelacyjnie :)
31/12/04 Palolem

Kolejny dzień minął bardzo leniwie - dużo opalania, czytania książek i grania w garibaldkę. Poznaliśmy dwóch chłopaków z Anglii, mieszkają w chatce obok Barney i Jack. Z nimi spędziliśmy całkiem spory kawałek wieczoru. Ok 23:00 przenieśliśmy się z Laughing Buddy na plażę, by podziwiać fajerwerki. Co prawda okazały się mniej spektakularne, niż się spodziewaliśmy, ale i tak zabawa była przednia. Mnóstwo ludzi na plaży i w Buddzie, dużo dobrej muzyki, pyszne jedzonko… Np. sizzler, czyli kawałki kurczaka lub owoców morza w rewelacyjnym sosie, obok frytki, warzywa, ziemniaczki, a wszystko to ułożone na liściu świeżutkiej kapusty i skwierczące delikatnie na rozgrzanej patelni-deseczce z gorącym roztopionym masełkiem. Pycha, a do tego wygląda również spektakularnie, bo przy podawaniu syczy i bucha rozgrzanym masłem, więc uwaga :) Bawiliśmy się świetnie do 6 rano. W międzyczasie wrzuciliśmy do ogniska kupione dziś (w jedynym warzywniaku w miasteczku, otwartym jedynie popołudniami, żeby było trudniej) ziemniaczki, ale na zbyt długo o nich zapomnieliśmy. Wrzucone ok. drugiej w nocy, przez prawie cztery godziny spiekły się strasznie i zostały prawie same zwęglone skorupki. I tak zjedliśmy ;) Chcieliśmy dotrwać do wschodu słońca (ok. 6:30), ale padliśmy o szóstej i spaliśmy do południa (tzn. ja, bo Maciek do 8:30).
1/01/05 Palolem

No i mamy nowy rok :) Wczoraj (zapomniałam dodać) pobiliśmy rekord w frisbie - do 44. Dzisiaj nie mieliśmy sił na wyczyny sportowe, więc spokojnie dochodziliśmy do siebie po imprezowej nocy popijając soczki, grając w karty, siedząc na plaży, drzemiąc... W ciągu dnia przespaliśmy parę godzin, dzień więc okazał się krótki - obudziliśmy się około 17, więc słońce już opadało. Wieczorkiem zrobiliśmy małe sylwestrowe poprawinki, pogadaliśmy trochę z chłopakami z restauracji naprzeciwko - pozbierali się w końcu i od jutra serwują jedzenie.
2/01/05 Palolem

Dziś daliśmy szansę Snoopowi i spółce. Poszliśmy na śniadanie do Blue Juice. Nie było to najlepsze śniadanie, jakie jadłam, ale chłopaki bardzo się starali i biegali wokół nas, więc przyszliśmy też na obiad. Równie kiepski, jak śniadanie, miał jednak jedną zaletę - widzieliśmy jak powstaje. Zamówiliśmy sea food sizzlera i poszliśmy z kucharzem do kuchni. Kuchnia dość byle jaka :) Biegające wszędzie wielkie czerwone mrówy, muchy zajadające pokrojoną rybę leżącą na talerzu. Oprócz tego wszędzie piasek. Ale jakby na to nie patrzeć, jedzenie jest pyszne, więc mniejsza o higienę gotowania. Nasz sizzler bulgotał na ogromnej patelni i było go baaardzo dużo (ostatecznie jest go dość mało, pytanie, czy tak go odparowują, czy po prostu się nim częstują) :) Popatrzyliśmy i wróciliśmy do stołu, gdzie jeden z miejscowych macho pokazywał nam karciane sztuczki. Umówiliśmy się z nim, że jutro wybierzemy się na Butterfly Island i na delfiny. Ósma rano - brr...

Kupiłam dzisiaj spodnie do jogi. Wyglądają jak ogromne, workowate nie-wiadomo-co, ale kiedy odpowiednio się je zwiąże, leżą idealnie :)

Wieczór jak zwykle przebimbaliśmy w Laughing Buddzie, gadając z Anilem i grając w karty przy oliwnych lampkach (prąd raz jest, raz go nie ma, więc dobre świeczki/lampki to podstawa). Dodatkowo prąd można odciąć, gdy mocniej trzaśnie się drzwiami do toalety, co w późnych godzinach nocnych zdarza się dość często - zaopatrzyliśmy się więc w zapasy oleju kokosowego, wzięliśmy dwie duże lampki i żadne power cut’y nie były nam straszne :) Swoją drogą, widok Palolem bez prądu jest uroczy - całkowita ciemność, czarno, gwiazdy, i migoczące w restauracjach świeczki. I morze. I zarys palm na niebie :) Rewelacja :)
Obiecaliśmy wpaść na śniadanie. Chłopak, którego nazywamy Snoopy (a który przypomina nam Niunia) pokazał nam nowe menu, pytając, czy ładne :) Dobrze, że wracają do pracy, bo wszystkie okoliczne restauracyjki już dawno otwarte. Zmieniła się też kadra - zimna i niemiła Szwedka już nie jest managerem. Kolejny (już szósty) dzień zakończył się późno w nocy w rewelacyjnych nastrojach. Ale wakacje!
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
W drodze powrotnej rybacy wyrzucili nas na Butterfly Island, umówiliśmy się na za cztery godziny i poszliśmy na nasze ulubione miejsce przy skałach. Dzielnie siedzieliśmy na słońcu, ale bynajmniej nie nudziliśmy się. Co chwilę szliśmy się kąpać, dryfowaliśmy na plecach, aż woda wyrzucała nas na plażę, tarzaliśmy się w piachu, nosiliśmy się na barana (Maćkowi szło lepiej - zaniósł mnie na koc:) Ja niestety nie dałam rady nawet wyjść z głowy z Maćkiem na plecach, hih). Rzucaliśmy w siebie piaskowymi kulkami (auu!), próbowaliśmy zbudować zamek, ale nie wyszło... Do tego byliśmy dużo lepiej zaopatrzeni na parę godzin
siedzenia na dzikiej plaży - mieliśmy arbuza. Bosko spędzony dzień... Wróciliśmy do Palolem około 15, i poszliśmy kupić buty dla mnie (fuj). Po obiedzie zostaliśmy jak zwykle w Laughing Buddzie. Niedaleko odbywało się kolejne huczne i tłoczne wyciąganie sieci z morza, tym razem ryb było całkiem sporo i jedna ogromniasta. W Laughing Buddzie poznaliśmy kolejnego wędrowca - poszukiwacza przygód. Z tego, co nam opowiadał, wyciągnęliśmy wniosek, że był praktycznie wszędzie. Zostało mu już „tylko” pięć miesięcy w Indiach...

Odbyliśmy też rozmowę jedzeniową z Barneyem i Jackiem: opowiadaliśmy o naszych ulubionych potrawach, na które mieliśmy ochotę (chyba trochę już tęsknimy za domem). Angole naprawdę uwielbiają tą swoją fasolę - do prawie każdego dania chłopaki dorzucali na koniec: „Oh yes, and beans!” :) A tak a propos indyjskiego jedzenia: cokolwiek vindalo jest bardzo ostre (pork vindalo, prawns vindalo, chicken vindalo) i nie da się tego przyrządzić na nie-ostro. Oprócz tego naan - pycha. Taki trochę bardziej sztywny naleśnik. Sam (taki suchy) służy do „łapania” sosów, ale jeśli nie je się rękami, jak Hindusi, to można jeść go po prostu, bez sosu i jest pyszny. Szczególnie z serem i czosnkiem... Mięso rekina nie rzuciło nas na kolana, niestety, ale za to prawnsy na Goa są najlepsze w południowych Indiach. Tiger prawns - ogromniaste i całkiem sporą ich część stanowi mięso. Muesli z kwaśnym mlekiem - w życiu bym na to nie wpadła, a pomysł jest naprawdę rewelacyjny. Z orzechami, owocami i z wierzchu polane miodem - pychotka. Kolejna rzecz do spróbowania - sizzler. I może jeszcze jedna rzecz, strasznie banalna: naleśniki z bananem i miodem lub bananem i czekoladą :) Szczególnie w Rock-it Cafe :) W Blue Juice polecamy tylko napoje - szczególnie sok arbuzowy. Robią bez wody. W Laughing Buddzie można brać drinki z lodem - Anil zaproponował nam lód z wody mineralnej :) Po paru dniach nie mamy żadnych problemów z żołądkiem, więc musiał mówić prawdę. Taki bar z dobrym lodem bardzo się przydaje, bo napoje takie jak cola czy Fanta są często ciepłe i przez to paskudne. Zresztą, co ciekawe, w Laughing Buddzie dopiero dzisiaj pozbierali się po sylwestrowej imprezie, a i to nie do końca - nie ma jeszcze podstawowych napojów (tylko piwo). Po colę pracownicy muszą biegać do Rock-it Cafe albo do Blue Juice. Biegają tak cały dzień i całą noc - ci sami ludzie pracują tu od rana do późnej nocy, a w międzyczasie w ciągu dnia lub wieczorem drzemią sobie za którymś ze stolików na wielkich poduchach lub po prostu na macie. Uwaga - wieczorem łatwo na kogoś takiego niechcący usiąść, szczególnie jeśli śpi na poduchach i właśnie nie ma prądu - nic wtedy nie widać :) Parę razy prawie nie potknęłam się o takiego śpiocha :) Szkoda, że to ostatni wieczór w Laughing Buddzie, dobrze nam tu było... :) I wesoło :)
4/01/05 Palolem, Anjuna

Niełatwo było pożegnać się z Palolem. Zjedliśmy śniadanie w Rock-it Cafe, spakowaliśmy plecaki i poszliśmy pożegnać się z Anilem i Laughing Buddą. Posiedzieliśmy pół godziny i musieliśmy lecieć na pociąg. Torba, którą kupiłam, okazała się straszna :) Wytrzymała trzy minuty :) Oba paski się urwały i trzeba nieść ją pod pachę, co nie jest łatwe, gdy ma się wielki plecak i torebkę (Maciuś pomógł) :) Pociąg do Margao odjechał oczywiście godzinę spóźniony. W Margao odczekaliśmy swoje dwie godziny i siedzimy właśnie w aż dziwnie pustej drugiej klasie do Mapusy, skąd mamy zamiar jakoś się przebić do Anjuny. Z taką ilością bagaży podróżowanie staje się coraz trudniejsze...

Dojechaliśmy do Anjuny. Czekam w rikszy z bagażami, Maciek poszedł sprawdzić, czy są wolne pokoje w Sunset Guesthouse, a całkowicie niekumaty rikszarz popatrzył na mnie tępo i poczłapał za Maćkiem.

Anjuna, z tego co na razie widzieliśmy, jest bardzo ładnie położona, a jej okolice i sama wioska wyglądają jak nieco zapuszczona Portugalia - białe kościółki, budynki z czerwonymi dachówkami, białe domki, dużo kapliczek... i krowy :)
Sunset Bar & Restaurant miało wolne pokoje - 250 Rs. Mieszkamy dość nietypowo - nie jest to zwykły hotel. Drzwi z pokoju wychodzą na podwórze: mieszkamy u kogoś na podwórku :) Myjemy się w kraniku stojącym na środku podwórka, a pokoju mamy łóżko, materac, stół, krzesło i bardzo dużo wolnego miejsca. I wielkie dziury między ścianą a dachem. Ale za to mamy rewelacyjną miejscówkę: pięć minut od nas jest słynny market uliczny, do którego idzie się śliczną plażą. Jest ona dość wąska, przybrzeżne restauracje są bardzo blisko wody. Jest za to dłuuuga, a fale są ogromniaste (nie takie jak w Varkali, trochę mniejsze). Z naszej Sunset-restauracji można podziwiać zachód
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
słońca - przodem do morza ułożone są leżaczko-krzesełka, a między nimi małe stoliki. Prześlicznie tu :)

Wieczór spędziliśmy w restauracji, którą nazwaliśmy Bob Marley (bo leciał tam Bob Marley :) i stwarzał boską atmosferę). Poznaliśmy właściciela, pogadaliśmy trochę i przenieśliśmy się do naszej Sunset Bar & Restaurant, gdzie zamówiliśmy sok bananowo-truskawkowy (już trzeci). Po krótkiej rozmowie z właścicielami udało nam się zajrzeć do kuchni (byliśmy ciekawi, jak robią ten sok). Kuchnia dość czysta, choć w Polsce zostałaby już dawno zamknięta przez sanepid. Do soku dolewają wody (wiedziałam!). Mój żołądek mocno się przestraszył, ale na szczęście na strachu poprzestał. Od tego czasu chodzimy z własną wodą mineralną i dajemy ją kelnerowi, żeby użyli jej do robienia soku (jakoś nie wierzę w tutejszą filtrowaną wodę...).

5/01/05 Anjuna

Zjedliśmy śniadanie oglądając plażę i morze. I krówki biegające po plaży, uciekające dostojnie i niezbyt spiesznie przed szczekającymi gromadkami psów. Dziś środa, czyli dzień, w którym market w Anjunie jest największy. Doszliśmy tam plażą. Po drodze natknęliśmy się na kolorowego „zaklinacza” krów. Hindus w turbanie na głowie grał na trąbce, dwóch chłopców na małych trąbkach i jeszcze jeden Hindus na bębenku. Udekorowana jak choinka krowa z wielkimi czerwonymi rogami huśtała się w rytm muzyki. W pewnym momencie trębacz położył się na ziemi, wciąż grając, a krowa stanęła mu przednimi łapami (to znaczy nogami) na brzuchu i zaczęła podskakiwać. Trębacz nadal grał, purpurowy na twarzy, po czym wstał i uśmiechnął się szeroko, wyciągając rękę - money, money, money :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Doszliśmy do marketu. Był ogromny, bardzo ogromny. Stoiska z przyprawami, biżuterią, kadzidełkami, tybetańskimi bliżej nieokreślonymi przedmiotami, saree, sarongami, tanimi wisiorkami i ciuchami. Mnóstwo tego, a wszystko niesamowicie kolorowe. Przez cały dzień słyszeliśmy powtarzane jak mantra słowa:

- Hello, look my shop, I give you best price!
- Come look my shop, looking is free!
- Take two, I give you good price!
- How much you give? Give me your price!
I tak w kółko i bez przerwy :) Come, look my shop, good price, look my shop, best price, look my shop... :) Generalnie nie znaleźliśmy wielu ciekawych rzeczy, ogromna większość stoisk oferowała standardowo nieciekawe sarongi, spodnie (których mam już cztery pary), tanie bransoletki z metalu i drewniane koraliki. Z ciekawszych rzeczy, udało nam się znaleźć dhoop, taki, jaki widzieliśmy w Bombaju, i ogromne, półmetrowe kadzidełka grube jak kciuk. I miękkie :) Kupiłam saree dla Megi i jakieś tam jeszcze głupotki, ale nic poza tym. Nadrobimy może w Colvie :) Bardzo ciekawym elementem marketu w Anjunie są rajastańskie kobiety: wyglądają jak choinki. Obwieszone srebrem i kolorowymi chustami wyglądają niesamowicie. Ogromne kolczyki w nosach, włosy spięte wielkimi, srebrnymi klamrami, do tego sukienki założone jedna na drugą, każda pstrokata jak nie wiem. Kobiety te bardzo dobrze komponowały się z zawartością swoich sklepików: ciężko było je zauważyć wśród tak samo pstrokatych toreb, koców, poduszek i innych :) Kupiłam sandały, a te zPalolem wyrzuciłam. Sandałki śliczne, tyle że wytrzymały jakąś godzinę od wyjścia z marketu. Odczepił się jeden z rzemyków. Poszłam, żeby sprzedawca je naprawił - wbił jakiś kołek i już jest dobrze :) Tylko obcierają...

Po południu w końcu wymarzona kąpiel w morzu - zauważyliśmy, że woda tu jest mniej słona niż w Palolem. Może dlatego, że gdzieś niedaleko jest ujście jakiejś sporej rzeki. Po kąpieli - masaż. Leżeliśmy na ławeczkach wpatrzeni w morze, a jakiś Hindus masakrował nasze plecy olejkiem („Good oil, ayurvedic oil, no coconut oil!”). Mieliśmy potem spać jak dzieci, co nie bardzo się sprawdziło i plecy nas trochę bolały, ale i tak było miło.
Widzieliśmy dziś, jak w Sunset Restaurant grilluje się prawnsy. Wielkie i w całości nabija się na pręt, kucharz smaruje je jakąś mieszanką przypraw i wkłada do dziury, w której żarzą się ognie. Miło, że można tu sobie tak po prostu podejść do kuchni i zobaczyć, jak powstają te pyszności.

Wieczór spędziliśmy w Bobie Marleyu, gdzie poznaliśmy Kanadyjkę z Tajwanu, która podróżuje i gra na skrzypcach. Posiedzieliśmy też w Sunsecie, słuchając łomotu z pobliskiej techno-imprezy, paląc świeczki na piasku i bawiąc się kadzidełkami. Wróciliśmy do domu dość późno - Sunset był już zamknięty. Żeby dojść do domu, potrzebowaliśmy asysty jednego z pracowników (który cudem nie spał) - musieliśmy przejść obok trzech ujadających wściekle piesków... Podobno wystarczyło krzyknąć „Foxy, Foxy”, żeby się nie złościły i nie szczekały, ale woleliśmy nie ryzykować.

Co tu zrobić z paroma godzinami? Pojechaliśmy do Calangute: Maciek gdzieś usłyszał, że jest tam dziś tybetański market. Poszliśmy więc poszukać taksówki, co nie jest łatwe w opuszczonej wiosce, i za 150 Rs wylądowaliśmy w Calangute. Market (lub raczej mały markecik) okazał się bardzo owocny: u znajomego (z Palolem) Tybetańczyka kupiliśmy wielki, piękny naszyjnik z kłów jaka (cudo, stargowane przez Mistrza Maciusia, z ponad 4000 Rs na 2500 Rs paradoksalnie bez najmniejszego targowania się), mistrzowski pas z kości jaka (hmm... do jeansów idealny na lato), spinkę/szpilkę do włosów (myślałam, że nie umiej jej użyć, ale umiem), parę bransoletek... Bardzo ładny bazarek, chociaż znów na większości stoisk było to samo. Po zakupach poszliśmy zobaczyć plażę: wielki kurort jak we Włoszech. Mnóstwo ludzi, najróżniejsze sporty wodne... To nie Indie, jakich szukamy (Palolem!!!), nie posiedzieliśmy więc długo. W Anjunie byliśmy o 17:30, zdążyliśmy więc szybko zjeść obiad i o 18:00 wsiedliśmy w taksówkę do Old Goa (400 Rs).

Przejeżdżaliśmy przez Panjim, który był najnowocześniejszym miastem, jakie widzieliśmy w Indiach: czuliśmy się trochę jak w drodze z Luton do Londynu, bliżej Londynu ;) Duże ronda, nowe mosty, porządne drogi, latarnie... Old Goa niestety zrobiło na nas kiepskie wrażenie - jak na razie jest ponuro, ciemno i nieciekawie, ale zobaczymy jutro. Hotel znaleźliśmy jak zwykle bez większego problemu, musieliśmy tylko pokierować taksówkarza, bo nie wiedział, jak do niego trafić. Hotel Heritage View: standard dość podstawowy, 412 Rs za noc i TV ze Star Movies :) Nie muszę chyba pisać, jak spędziliśmy wieczór.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
6/01/05 Anjuna, Calangute

Rano spakowaliśmy plecaki i zostawiliśmy je w restauracji, bo chcieliśmy posiedzieć w Anjunie do wieczora. Właściciel zamówił dla nas taksówkę na 18:00. Plażą przeszliśmy się w stronę wczorajszego wielkiego marketu, myśląc, że może niektóre stoiska są otwarte nie tylko w środę. No nie bardzo. Po ogromnym, kolorowym i zatłoczonym targowisku pozostały tylko bambusowe konstrukcje straganów, trochę śmieci, piasek i szwendające się tu i tam krowy. Niesamowity widok - wszystko wiało pustką. Dobrze, że wzięliśmy sobie do serca rady chłopaków z Lonely Planet i pojechaliśmy do Anjuny w środę.
7/01/05 Old Goa, Colva

Nasze obawy potwierdziły się. W Old Goa nie ma gdzie zjeść śniadania. W drodze do miejsca, gdzie wydawało nam się, że coś zjemy, zobaczyliśmy jeden z ważniejszych kościołów: Basilica of Bom Jesus. Widzieliśmy tam trumnę ze szczątkami Francisa Xaviera, jednego z najważniejszych i najbardziej znanych świętych w Indiach południowych (patrona Goa). Niestety nie zdążyliśmy na obchody święta św. Xaviera, które odbywa się co 10 lat. Można wtedy zobaczyć trumnę z bliska. Niedaleko kościoła znaleźliśmy jedyną w mieście
Do góry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
restaurację: nie było tam dosłownie nic do zjedzenia. Jedyna w miarę zjadliwa rzeczą, jaką znaleźliśmy na tablicy (menu nie było) to bułka z kiełbasą. Wszystko byłoby rewelacyjnie, gdyby to naprawdę była bułka z kiełbasą. Niestety: kiełbasa okazała się mielonym paskudnym mięsem w tłustym sosie i smakowała jeszcze gorzej niż wyglądała. W głowie zaświtał nam pewien pomysł, a do tego w idealnym momencie zagadał nas taksówkarz. Decyzja była szybka: darujemy sobie Panjim, darujemy sobie Sawantwadi i tamtejsze karty (bardzo daleko stąd) i za dwie godziny jedziemy za 500 Rs do Colvy. W drodze do hotelu zobaczyliśmy jeszcze dwa kościoły (naprawdę nic szczególnego, puste w środku, o takim samym układzie, bez ozdób na ścianach, wyglądały gorzej niż legnicka prowizorka). W hotelu spakowaliśmy się szybciutko, śmiejąc się radośnie na myśl, że za godzinę będziemy w Colvie, i o 14:30 (wciąż bez śniadania) opuścimy Old Goa. Do Colvy jechaliśmy jakimiś bocznymi dróżkami i zanim się obejrzeliśmy, byliśmy na miejscu. W Garden Cottages niestety nie było wolnych pokoi, pojechaliśmy więc do Colmar Hotel. 600 Rs i niezbyt ciekawy hotel, za to z TV (Star Movies) i basenem. Z basenu skorzystaliśmy zaraz po przyjeździe (i obiedzie, który nas nie zachwycił: much było tyle, że nie dało się jeść, a sizzlerowi duuużo brakowało do tych z Palolem).

Wieczorem przeszliśmy się po sklepach (kupiłam dwa jedwabne szale, Maciek dostał kaszmirowy (czy raczej pashminowy), śliczny czerwony. Nie są to drogie rzeczy, średnio około tysiąca rupii, czyli jakieś 70 zł za sztukę. Po kolacji w jednej z plażowych restauracji, wróciliśmy do hotelu. Solaris na Star Movies uśpił nas bardzo skutecznie :) Musieliśmy spać w poprzek łóżka, bo było za krótkie i Maciek się nie mieścił :)
8/01/05 Colva, Benaulim, Arpora

Dziś chcieliśmy pojechać do Benaulim, żeby zobaczyć, jak wygląda tamtejsza plaża. Okazało się jednak, że można tam dojść z Colvy plażą (półtora kilometra), wzięliśmy więc plecak i pieniądze (na wszelki wypadek, gdyby coś wyjątkowo głośno wołało do nas ze sklepowych półek) i ruszyliśmy na dłuuugi spacer po kostki w wodzie. Bosko, aż nie chce się wierzyć, że niedługo to będzie tylko wspomnieniem... No ale, póki co, moczymy
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
nóżki, podziwiamy rozgwiazdy, zbieramy muszelki (to znaczy ja zbieram) i idziemy do Benaulim. Doszliśmy dość szybko, ale okazało się, że miasto nie leży tuż przy plaży, a jakieś pół kilometra od niej (podjechaliśmy rikszą) :)

Przeszliśmy się po kilku sklepach, ale nie zapowiadało się na nic ciekawego. Aż w sklepie, w którym kupiliśmy Sponsorowi jedwabny szal, Maciuś pyta: „Może moglibyśmy zobaczyć jakieś diamenty?”. Hmm... Z dolnej szuflady sprzedawca wyjął złożony papierek, rozwinął i pokazał nam dwa diamenty, ułożone na kawałku waty. Cudo. Miał ich oczywiście więcej, od 200 do 6500 dolarów. Maciuś rzucił pomysł: a może Kasiu
chcesz pierścionek z diamentem? Hmm.. Nigdy nie sądziłam, że przywiozę z Indii pierścionek z diamentem! Mieliśmy do wyboru sześć diamentów różnej wielkości, wybraliśmy jeden z większych i moim (naszym) zdaniem najładniej błyszczący :) Do jutra zostanie oprawiony w białe złoto. Aaaaa, będę miała takie cudeńko :) Maciuś powiedział, że płaci połowę. I tak mam wyrzuty sumienia, że tyle to kosztuje, ale nie ważne, cieszę się jak głupia :) Mam nadzieję, że zrobią ten pierścionek naprawdę ładnie :) Z Benaulim wróciliśmy również w podskokach plażą, po drodze zjedliśmy po plasterku ananasa (kupiliśmy cały, ale resztę zjadły uroczo plażowe sprzedawczynie sarongów, taniej biżuterii i owoców; miałam tak boski humor, że nic a nic mi to nie przeszkadzało). Pokąpaliśmy się i wróciliśmy do Colvy. Siedzę teraz przy hotelowym basenie i opalam brzuszek. Dziwnie się czuję, bo wszyscy się na mnie gapią. Kobiety w Indiach w ogromnej większości w ogóle się nie kąpią, a jeśli już, to wchodzą do morza opatulone w saree. Przed chwilą podeszły do mnie trzy kobiety, żeby spytać, jak mam na imię i powiedzieć, że ładnie wyglądam. Strasznie mi dziwnie :) Choć to pewnie nie moja uroda, a kolor skóry tak je zwabił. Każdy chciałby mieć co innego, niż ma.

Dziś night market w Arporze. Bardzo dobrze się składa, bo nie mamy planów na wieczór. W jednym ze sklepików kupiliśmy bilety autobusowe (lub raczej bilet; to, że jadą dwie osoby, sprzedawca nabazgrał na odwrocie). Odjazd 17:45 spod Williamsa, gdzie wcześniej zjedliśmy obiad (sizzler nieszczególny, niestety). Okazało się, że Arpora jest koło Anjuny, a sam bazar również przypominał ten w Anjunie. Dostaliśmy jednak dużo ciekawsze rzeczy. Bransoletkę z czarnego koralowca, naszyjnik z pazura tygrysa, kilka szpilek do włosów (tamta mi się złamała), kokosową miseczkę, szal kaszmirowy (w końcu znalazłam dobry kolor). W drogę powrotną ruszyliśmy o 23:00. Niestety dojechanie do Colvy zajęło już nie godzinę, tylko prawie trzy... Niedaleko za Arporą zepsuł się autobus :) Po prostu stanął. A kierowca nic :) Któryś z turystów dał mu telefon, więc zadzwonił. Gdzie? Nie wiem. Okazało się, że mamy czekać. Z Colvy przyjedzie jakiś autobus. Ludzie próbowali pchać autobus, ale nic to nie dało. W pewnym momencie zatrzymał się przy nas jakiś Hindus na motorze, coś tam poszperał w silniku i autobus zapalił. Wsiedliśmy, ruszyliśmy... Jedziemy, jedziemy... I znów stanęliśmy :) Tym razem na dobre. Nie pomogło nawet to, że ten sam Hindus, przejeżdżający koło nas po raz drugi, znów coś poszperał w silniku. Postaliśmy trochę, rozprostowaliśmy kości... W końcu przyjechał po nas pusty autobus, i to nie byle jaki. Siedzenia były profilowane i naprawdę wygodne, było nawet miejsce na nogi :) I kolorowe lampki nad fotelami (kierowca radośnie zapalał raz zielone, raz pomarańczowe). Dojechaliśmy do Colvy przed drugą, spróbowaliśmy obejrzeć jakiś film i padliśmy.
9/01/05 Colva

Dziś od rana siedzieliśmy na plaży. Zrobił mi się jakiś odcisk na stopie i w ogóle nie mogłam chodzić. To znaczy mogłam, ale starałam się jak najmniej, bo strasznie bolało. Siedziałam więc na leżaczku, popijałam Bacardi i patrzyłam na ludzi. Takie coś możliwe jest chyba tylko w Indiach: osiem osób pod jednym parasolem na jednym leżaku :) Maciek jak zwykle szybko znudził się siedzeniem na leżaku (w cieniu), przenieśliśmy się
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
więc na basen. Urządziliśmy sobie sportową sesję zdjęciową: skakaliśmy na główkę i robiliśmy sobie zdjęcia. Tyle razy pod rząd chyba nigdy nie skakałam. A już na pewno na główkę. W pewnym momencie Mistrz Maciek wpadł na genialny pomysł: idziemy do kuchni zobaczyć lobstery (lobster = homar). Posadzono nas przy stole i po chwili kelner przyniósł na tacy dwa wielgachne homary (surowe). Wyglądały naprawdę imponująco. Umówiliśmy się, że weźmiemy większego na kolację. Kelner, zacierając rączki, uśmiechnął się i powiedział „Oczywiście” :) Będzie na nas czekał wieczorem. Nic dziwnego, że tacy mili - zapłaciliśmy za tego homara 1500 Rs.
Zanim się obejrzeliśmy, była już 18:00, wsiedliśmy więc w rikszę (chcieliśmy pójść plażą, ale nie doszłabym z tym odciskiem) i pojechaliśmy do Benaulim po pierścionek. Właściciel sklepu przywitał nas wesoło i spod lady wyjął kartkę, w którą zapakowane było moje małe cudeńko. Wygląda dokładnie tak, jak chciałam :) Duży diamencik oprawiony w bardzo delikatne białe złoto, błyszczy się jak oszalały :) Hihi ale się cieszę :) Do końca wieczoru miałam wielkiego banana na twarzy. W sklepie napiliśmy się herbaty, porozmawialiśmy trochę i nadszedł czas na zapłatę. Z bratem właściciela poszłam do exchange office, żeby wyjąć z konta 500 $, czyli 21000 Rs (dziś był akurat bardzo korzystny kurs, 1:42). Pracownik biura zrobił wielkie oczy i powiedział, że mają tylko 16000. Hm, odpowiedziałam, że bardzo potrzebuję nie 16, tylko 21 tys. Drugi pracownik gdzieś zadzwonił, wyszedł i po kilkunastu minutach wróciliśmy z pieniędzmi. 21000 Rs to naprawdę ogromny plik banknotów, ledwo zmieścił mi się do portfela. Nie miałam paszportu, ale wystarczyło, że obiecałam, że za chwilę przyniosę. Miło było mieć taki gruby portfel, ale jeszcze milej mieć pierścionek z diamentem, oddałam więc zawartość portfela z dość lekkim sercem sprzedawcy. Kaszmirowy szal za 1000 Rs dostaliśmy w prezencie, a drugi, kaszmirowo-jedwabny, za pół ceny. Hihi :) Na koniec cyknęliśmy sobie zdjątko i z bratem sklepikarza pojechaliśmy do warsztatu, w którym powstało moje cudo.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Warsztat jak warsztat, wielkości garażu, może ciut większy. W życiu nie powiedziałabym, że powstają tu złote pierścionki z drogimi kamieniami. Zdecydowanie bardziej miejsce to przypominało np. naprawę rowerów. Wewnątrz siedziało 10 osób, każdy przy swoim stanowisku. Naszą uwagę przykuł najpierw Hindus, który oprawiał kamienie w maleńkie trzymadełka. Robił to w niesamowity sposób: trzymadełka wbijał w kołek, zakończony jakimś miękkim tworzywem, wkładał w to kamień i przykładał go do ognia buchającego z czegoś na kształt metalowej lampy Alladyna. Właściciel warsztatu odpowiedzialny był za szlifowanie gotowych
pierścionków i polerowanie kamieni. Inny pracownik dmuchał w rurkę i topił złote kuleczki (wyglądało to jak rtęć) w czymś na kształt wyżłobionej w środku grubaśnej gałęzi, z zewnątrz przypominającej kokosa. Jeszcze kto inny rozgrzewał srebrne pręciki, również dmuchając w rurkę ziejącą ogniem. Praca szła dość powoli, nikt się nigdzie nie spieszył. Pracownicy rozmawiali między sobą i śmiali się, co chwilę wracając do swojego kawałka złota, srebra lub kamieni. Warunki pracy jak zwykle fatalne: kiepskie światło, niskie stoliki, przy których pracownicy siedzieli po turecku na ziemi. Ale za to ludzie ci bardzo dobrze zarabiają. Spytałam naszego przewodnika i powiedział, że każdy z nich dostaje na rękę 8000 - 9000 Rs miesięcznie, zależnie od ilości wykonanych kolczyków, bransoletek, wisiorków i pierścionków. Fajna praca :)

Z uśmiechem od ucha do ucha wróciliśmy do Colvy i poszliśmy do restauracji. Po pół godzinie na naszym stole wylądowała wielka taca ze świeżo przygotowanym homarem. Pyszności, naprawdę warto było. Zjedliśmy wszystko, co tylko dało się w nim zjeść, uzgodniliśmy, ze zapłacimy jutro (nie mieliśmy już pieniędzy) i z winkiem poszliśmy do pokoju. Po drodze zajrzeliśmy jeszcze do kuchni: na tacy leżał lobster, którego nie wzięliśmy, i tzw. jambo prawn, czyli ogromniasta krewetka jeszcze większa od tiger prawnsów. Powiedzieliśmy sobie, że jutro spróbujemy, i z kieliszkami poszliśmy do pokoju. Ale to nie koniec wieczoru, bo Mistrz Maciek wymyślił mistrz-wkrętkę, a ja dałam się nabrać.

Było około 23:00, Maciek poszedł jeszcze po picie. Wrócił po chwili i mówi: „Hmm, zamykają restaurację za jakieś 15-20 minut, będę musiał jeszcze raz pójść i oddać im kieliszki, bo prosili”. Dziwne, ale łyknęłam: tu wszystko jest możliwe, nawet to, ze żądają natychmiastowego zwrotu kieliszków. Po jakimś czasie Maciek wstał, wziął kieliszki i poszedł, mimo iż zapewniałam go, że przecież nic się nie stanie, jak oddamy jutro. Poszedł. Siedzę, siedzę, siedzę... Nagle słyszę przez okno: „Kaaasiu!”. Hmm, co się dzieje? Wyglądam i stanęłam jak wryta: na chodniku stoi Maciuś, cały roześmiany, a w ręce trzyma talerz z dwiema jumbo-krewetkami, frytkami i sałatką :) I krzyczy: „Zrobisz zdjęcie?”. Mniami... Co za wspaniały dzień :)

Aha, zapomniałam napisać, że Maciek prowadził dziś rikszę. Wsiadł za kierownicę w drodze z warsztatu do Colvy, i muszę przyznać, że szło mu naprawdę super. Ja bym chyba nawet nie umiała ruszyć :)
10/01/05 Colva

W przeciwieństwie do wczorajszego dnia, dzisiejszy przebimbaliśmy. Po śniadaniu poszliśmy na ostatnie zakupy, a potem na plażę, na której Maciuś znów wytrzymał niecałe 10 minut. Przenieśliśmy się zatem na basen, gdzie posiedzieliśmy do obiadu. O 16:30 wzięliśmy z recepcji bagaże i, z trudem zmieściwszy się do rikszy, pojechaliśmy do Margao. Pociąg przyjechał wyjątkowo nie spóźniony - tylko pięć minut po czasie to nic. O 18:00 ruszyliśmy w ostatnią dużą podróż do Bombaju. Ciekawe, czy inaczej odbierzemy to miasto po siedmiu tygodniach podróży po Indiach.
Do góry
Mumbai
Karnataka
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży