Palolem, 27/12
Do góry
Palolem, 29/12

Goa to miejsce, gdzie ludzie się nawzajem znają, a jak się nie znają, to się poznają i już się znają. Hihi. Dziś przed-przeddzień sylwestrowy i duża impreza w Buddzie. Widać przygotowania, napoje się zjeżdżają, muzyka jest dostrajania, ludzie już mocno niecierpliwi. My za to nigdzie się nie spieszymy. Wypoczywamy bardzo, spacerujemy po plaży, pijemy porto, zajadamy od czasu do czasu miejscowe przysmaki. Jest super.

Dziś wybraliśmy się na spacerek i dotarliśmy do naszej rzeczki wpływającej do morza. Znaleźliśmy duże miejsce, gdzie woda była bardzo niska, bo po kostki, która to woda mocno się przemieszczała w jedną i w drugą stronę. Zaś my, roześmiani po uszy, leżeliśmy sobie w niej. I się śmialiśmy jak zwariowani. Ostatnio bardzo dużo czasu się po prostu śmiejemy. Często z niczego. Po prostu jest nam wesoło i jesteśmy wypoczęci-szczęśliwi. Widzieliśmy dzisiaj połów ryb na naszej plaży. Cała wioska ciągnęła sieci, cała akcja była bardzo zgrabnie koordynowana, tylko ryb wcale. Całkowity połów to koszyk małych uklejek. A pracujących około dwudziestu.

No i kupiliśmy tą cudną tybetańską miseczkę. Kiedy użyje się drewnianego patolka i poprowadzi go po brzegach miseczki, zaczyna ona wibrować, dając tym tak niesamowity dźwięk, że aż nie sposób go opisać. Czysta (pure) wibracja (vibration). Impreza nocna-housowa była próbą generalną przed sylwestrem. Ludzi zeszło się dość sporo i przez to mieliśmy problem ze znalezieniem miejsca. Muzyka grała do tego głośno, a brak prądu nie wystąpił. Mam nadzieję tylko, że za dwa dni wrzucą jakiś lżejszy rytm. Nie tą dicho-młóckę.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
To, co zastaliśmy w naszym raju, było dla nas i szokujące i mocno naruszające nasze humory. Palolem zalało i efekty tego było wyraźnie widać. Restauracje pozamykane, plaża wymyta z piasku, pusta plaża i masowy odpływ turystów z Palolem gdzieś w głąb lądu. Byliśmy jedynymi przyjezdnymi. Nasze zdziwienie sięgnęło zenitu, nasza wiedza natomiast na temat nocnych wydarzeń ograniczała się do sesemesów rodzinki Kasi. Gazet naturalnie nie mogliśmy dostać, więc rozpakowaliśmy się i poszliśmy jeść. W końcu dobrze zjeść!!!

Palolem jest wymyte. Nasza ukochana Buddha (w rzeczywistości Rock-
it Cafe) spłukana, roztrzaskana, bez kuchni i podłogi. Do tego w Palolem jest niesłychanie cicho, ponieważ w większości sprzęt grający również został umyty. Z tego powodu nie do końca ucieszyliśmy się z powrotu na Goa. Nie był to ten wielki styl, jaki zapowiadałem. Za to spotkaliśmy starych miejscowych znajomych i uśmiechnęliśmy się trochę. Jedzenie na Goa jest pycha. Jajka sadzone są żółciutkie i pachnące, warzywa smaczne, krewetki przecudowne, naleśniki tak mięciutkie i owocowe, że aż uśmiechać się chce. A do tego podają normalne pieczywo, które stostowane najfantastyczniej chrupie.

Niestety nikt dzisiaj się nie kąpie. Ludzie są wystraszeni mocnej fali, która wczoraj przyszła tak niespodziewanie, że nikt jej nie zauważył. Do tego woda jest tak okrutnie zamulona, że kąpiący się wychodzi oblepiony piachem i nie ma już na nic ochoty. A żeby jeszcze mniej sympatycznie było, nie ma nigdzie parasoli na plaży, więc nie ma gdzie usiąść i opalić plecki. Ups, parasole nie są do opalania. No, ale z parasolami zawsze są leżaki w komplecie. Stargowaliśmy cenę do 500 Rupii za pokój. Wszystko fajnie, tylko męczy mnie to, że to bujda te 1200 - 1500 za pokój, które wcześniej wciskał mi właściciel.
Palolem, 28/12

Na szczęście nic nas nie zalewa. Bezpiecznie jest. Dlatego jesteśmy pewni, że nadszedł czas mocnego odpoczynku. Relaks w pełni to nasz plan. Dobrze się odżywiamy, podtrzymujemy znajomości, dużo spacerujemy i gramy na plaży w frisbie. Zrobiliśmy dziś spore zakupy. Kupiliśmy narzutę, koszulki, poszewki, duperelki, książkę i inne.

Postanowiliśmy usystematyzować nasze sportowe activities. W frisbie bijemy rekord bezbłędnych podań, zaś w garibaldkę rozgrywamy
Mistrzostwa Świata w Indiach. Wygra ten, kto zwycięży piąty mecz. Każdy mecz to pięć wygranych gier. Zatem siedzimy sobie albo na plaży, albo w Buddzie, książki czytamy i w karty gramy.

Poznaliśmy właściciela z Buddy. Spał sobie smacznie za jednym stolikiem, w czasie gdy my sobie niewinnie graliśmy. Wstał po jakimś czasem i się dołączył. Spodobała mu się garibaldka, ale zaproponował sam brydżyka. Jak mu było tu odmówić :) Chyba tylko jego nieznajomością. Właściciel nazywa się Anil, a jego opowieści są naprawdę życzliwe i wciągające. Lubimy go.

Do Palolem zjeżdżają się znów ludzie. To widać, bo hotele i bary się powoli zapełniają. Niestety nie pomaga to naszemu jednemu (z trzech) pubów resortowych. Jego biała właścicielka-menedżerka nie potrafi jakoś ruszyć biznesu. Szkoda, bo pracownicy dobrzy.
Palolem, 30/12

Dziś wielkie reotwarcie. Buddha na plaży rusza ze zdwojoną mocą. Tą okazję wykorzystaliśmy do zjedzenia naleśników bananowych z polewą czekoladową. Dziś planujemy się nie przemęczać. Oddajemy się w pełni leniuchowaniu i radości z życia. Ustanowiliśmy dziś nowy rekord frisbie na 44 kolejne podania. Niestety pogoda jest mocno wietrzna, dlatego ostatnio bardzo rzadko mamy okazję sobie porzucać. Słyszeliśmy o nowych wstrząsach na Sri Lance. No, ekhm, jakoś to chyba będzie. Kiedy Kasia sobie jeszcze smacznie spała, a ja czytałem sobie na ganku książeczkę i uśmiechałem się szeroko, zagadałem ze wspinaczem na palmę. Zapalił papierosa i naprowadzony moimi pytaniami opowiedział mi dużo rzeczy o powodzi, palmach, soku z palm i takich tam. Spotkaliśmy go później parę razy, miły autochton, hihi.
W Mistrzostwach Świata w garibaldkę przegrywam. A do ostatecznej przegranej już bardzo, bardzo blisko. Odwiedziliśmy dzisiaj również miejscowego zdobnika-naszywacza. Człowiek ten przy pomocy starej maszyny do szycia zdobi t-shirty. Końcówka igły w zależności od woli mistrza ma węższy bądź szerszy rozrzut. Dlatego Hindus ten raczej maluje na koszulkach niż je wyszywa. Ma do tego niesamowitą wprawę i lekką rękę. A efekty są po prostu śliczne.
Palolem, 01/01

Wstałem dzisiaj po ósmej i zaspałem na wschód słońca. Trudno. Wziąłem książkę i dość otumaniony usiadłem w cieniu. Nowy rok jest bardzo ciepły i słoneczny. Wiaterek jest tu zbawienny jak woda na pustyni, a zimny napój wydaje się ambrozją. Wykorzystam tą noworoczną okazję do opisania ciekawych potraw, jakie dotychczas miałem szczęście zjeść i to przeżyć. Jadłem pastę, czyli makaron z kalmarami, jadłem krewetki małe, królewskie, tygrysie, w sosach, smażone, marynowane i grillowanie. Jadłem sizzlery. Jadłem owce, barana, prosiaczka i tysiąc innych. A wszystko przyprawione po indyjsku. Taką mieszanką przypraw, która nie do końca jest w moim jadłospisie. Ryb nie jedliśmy dużo, ale parę się trafiło. Ciekawe były szczególnie te na Backwaters, których de facto nie było.

A co robiliśmy w tym pierwszym dniu roku? W sumie odpoczywaliśmy, kaca nie mieliśmy, w dniu się wyspaliśmy a w nocy zabawiliśmy.
Palolem, 31/12

Dziś sylwester i huczna noc przed nami. Nie czujemy jednak żadnego większego podniecenia nadciągającą imprezą. W Palolem postanowiliśmy uczcić rok 2005 siedmiodniową imprezą, dlatego dzisiejsza, kulminacyjna w końcu, nie jest pierwszą ani ostatnią :)

W ciągu dnia postanowiliśmy sobie pospać trochę, żeby nabrać sił i móc atakować plażę całą noc. Z wypoczynku nici, nawet kwadransa się nie zdrzemnąłem. Zawsze coś wypadało (obiad, frisbie, kąpiel, zakupy ziemniaków…).

Poznaliśmy dziś dwóch Anglików, których imiona to Jack i Barney. Chłopaki mają 19 lat i wyruszyli na dziewięciomiesięczną podróż po paru kontynentach. Na początku trzy miesiące w Indiach, potem Indonezja,
Australia, Nowa Zelandia, a na końcu ponad dwa miesiące w Ameryce Południowej. Cool. Chłopaki są mocno towarzyscy, mieszkamy koło siebie, a do tego grają dość regularnie w karty, jak my. Więc życie towarzyskie się jakoś kręci.

Na szczęście do sylwestrowej bijatyki o klienta przyłączył się również Blue Juice, nasz młodszy, mniej doświadczony brat-barowy. Z nowym menedżerem - Snoopem. Naszym dobrym kumplem. Powodzenia.

Opisywanie imprezy sylwestrowej byłoby głupotą, bo jak tu opisać to wszystko, te emocje i zmiany planów, śmiech z niczego i czystą zabawę. Obejrzeliśmy fajerwerki na plaży (wymarzone miejsce). Nie były one hollywoodzkie, a raczej spod znaku Bollywood. Zjedliśmy mega spieczone ziemniaki, popiliśmy trochę soków i zasnęliśmy o szóstej. Niestety nie było nam dane dotrwać do wschodu słońca. Szkoda, bo moment to magiczny.
Palolem, 02/01

Ekhm. Głupio to pisać, ale dzisiejszy dzień nie zaowocował niczym nowym. Tzn. było trochę nowości, ale nieznaczących. Śniadanie zjedliśmy u chłopaków z Blue Juice’a bo otworzyli dzisiaj kuchnię. Food mocno średni, no ale cóż, znajomych się znajduje, a potem ich wspomaga.

Przyjemnie jest poznać właścicieli jakichś lokali, ponieważ przez to można zobaczyć wiele, wiele więcej. Tak np.: kuchnia w Goa zmontowana w piasku to widok niecodzienny. A tak prosty do uchwycenia. Leniuchujemy okrutnie, choć z nowym rokiem powracają myśli uczelniane. Wypoczywamy to tak totalnie, że dopiero po tych tygodniach ciągnie mnie myślami, jakby napisała Orzeszkowa, nad Wisłę.

Jednym z naszych wesołych wymysłów jest Nasza Wioska. Koncepcja powstała w Blue Juice’ie, kiedy to z Kasią wymyśliliśmy sobie, że w Palolem powinniśmy zamieszkać z naszymi najbliższymi znajomymi. Z upływem rozmowy wymyślaliśmy coraz to nowsze pomysłu i rozwiązania. Dobraliśmy możliwe czynności, jakie wykonywaliby nasi znajomi, do ich, a raczej naszej wizji ich zainteresowań i umiejętności. Na dodanie smaczku, śmiejąc się okrutnie, dodaliśmy do tego magię.

Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Krótki wstęp do rzeczywistości. Żyjemy w Palolem na plaży, nic nie ciągnie nas do Polski. Jest to model hipotetyczny, zrodzony z odpowiedniego nastroju i braku zajęcia. Przedstawiając wizję świata dodam, że jest on płaski, ziemią de facto jest olbrzymia skorupa żółwia, którą podtrzymują 44 ogromne słonie (pozwy o plagiat wyrzucam, jeszcze się palące, do kosza).
My: czyli Kasia i ja. Bylibyśmy właścicielami Laughing Buddhy, zaś Rock-it Cafe inkorporowalibyśmy do nas pod śmiejącą się nazwą. Interes prowadzilibyśmy oczywiście bardzo pomyślnie, bo pomysłów na restauracje ci u nas dużo. Do tego bylibyśmy partnerami Rydzunia w biznesie przewozowo-turystyczno-delfinowym. Kasia byłaby uzdolniona magicznie, a jej specjalnością byłyby najróżniejsze mikstury magiczne, od afrodyzjaków, przed leki, do trucizn i innych złych :) hihi. Ja natomiast byłbym panem wiatrów i lokalnej pogody. Oczywiście normalne firebolty miałbym również w komplecie.
Rydz: przewoźnik i pasjonat łodzi wiosłowych. Organizowałby wyprawy morskie śladem delfinów, przewoziłby ludzi na specjalne zamówienia oraz miałby dar opowiadania. Podczas wieczornych ognisk Rydzuniu by nam bajdurzył. Oj jak pięknie by opowiadał. Do tego „Rydz złota rączka”.

Nawroccy: prowadziliśmy biznes podobny do Rydza, ale nie konkurencyjny, raczej komplementarny. Aldona naturalnie zajęłaby się ochroną delfinów i ich wspieraniem. Maciek zdywersyfikowałby swoją podstawową działalność budową nowych drewnianych łodzi.

Sponsi: posiadałby jedyną fabrykę wody mineralnej w regionie i byłby potentatem. Miałby trimaran i cieszyłby się życiem. Naturalnie zabierałby przyjaciół i turystyki na rejsy morskie. Do tego uzdolniony w walce wręcz. Byłby rycerzem natchnionym.

Bołdasińscy: Bołdi prowadziłby biznes pod turystę, związany z rekreacją plażowo-wodną. Skutery, surfing, kite, zawody pływania, budowa ciała połączona z salonem piękności i odświeżenia prowadzonym przez Gosię. Ich partnerką-wspólnikiem byłaby Ola, która pod swoje skrzydła zagarnęłaby szkółkę windsurfingu i naukę pływania wyczynowego (hihi a ja dopiero się rozkręcam) :)))

Ola: sportowy biznes jak wyżej, oraz cudne życie, niedaleko sióstr. Ola bonusowo miałaby drobny dar wiatru. Ups, zapomniałem dodać, iż Gosia miałaby magiczną moc uzdrawiania i odmładzania. My wszyscy zaś, jako jej sąsiedzi i bliscy, czerpalibyśmy z tego młodość. No i oczywiście witalność :)

Prezesińscy: Prebenik zarządzałby naszą wioską oraz miałby własne inne domki, które wynajmowałby innym turystom, których potem my byśmy karmili, rozrywali i sportowali. Do tego prebeńskie zdolności gry na dwóch ogromnych „kongach” znane byłyby w multiwersum. Okazyjnie z rydzowym trąbko-rogiem i bołdasową gitarą tworzylibyśmy niezapomniany tercet. Asia miałaby własne intereso-hobby, a byłoby to centrum tańca. Wszelakiego, dającego dużo dla oka i duszy. Dodatkowo Prezesiński dostałby magiczny upgrade, bo byłby czystym, normalnym magiem.

Konrad: oddawałby się przyjemnościom i cieszyłby się z życia. Projektowałby i malował dużo. Poza tym Konrad byłby człowiekiem, który znałby wszystkich. Spędzałby sporo czasu na wyprawach i w naszym lokalu, hihi. Drinki za darmo :)

Jackowscy: Aga nie miałaby określonej pracy, bo miałaby wszystko, co by sobie zamarzyła. Wszystkim zająłby się Jacuś. Dlatego miałaby Agnieszka czas na wszystko, cieszenie się życiem i znoszenie Rosłana. Jacuś natomiast byłby naszym głównym MC. Zaganiałby ludzio-turystów do hotelu Prebena, organizował ludzi na imprezy, podgrzewał temperaturę owych zabaw i cieszyłby się życiem. Do tego w wolnych chwilach wypożyczałby swoje motorówki i jachty morskie.

Krycha: współzarządzałby z nami naszymi restauracjami, a do tego prowadziłby z Dominiką zakłady sportowe. Nie muszę chyba tego dodawać, że czerpałby z życia pełnymi garściami, chodziłby opalony i niesamowicie szczęśliwy.

Agnieszka + Megi: byłyby lekko zwariowanymi mieszkankami naszej wioski. Dzięki połączonym mocom widziałyby przyszłość i zgłębiałyby „tajniki wiedzy tajemnej”. Szczęście, rozkosz, pełnia smaku, też oczywiście byłyby im dane.

Oczywiście opisany przeze mnie model jest szczątkowy i niewyczerpujący. Jak bowiem opisać mam coś, co zrodziło się tak nagle i jest tak nierealne. Dodam tylko, że gabinet byłby zwyczajnym miejscem kontemplacji, jako że jest usytuowany na wprost morza. Byłby również miejscem gry w Warhammera.
Palolem, 03/01

Chciałbym napisać tak: dziś robiliśmy dokładnie to samo, co wczoraj, czyli cieszyliśmy się życiem, jedliśmy, kropka. No ale tak nie było. Najpierw okazało się, że Kasiulce ukradli sandały, co o tyle dziwne, że nie były one ze złota. Bardzo ciężko to znieśliśmy. Nawet rozważyliśmy porzucenie dzisiejszych planów i zastosowanie totalnej apatii. Zadziałaliśmy jednak planowo, popłynęliśmy na Butterfly Island, jak starzy wyjadacze. Jak ktoś, kto zna się na rzeczy. Na łodzi starałem się zagadać Japończyków i opowiedzieć im co nieco. Nie udało mi się za bardzo, bo skosy po angielsku nie kumały. Nasza wycieczka była krótsza, jeśli chodzi o samo podziwianie delfinów, za to efekt był cudowny. Widziałem skaczącego delfina. Po tym mega-naturalnym-nie-lunaparkowo-aqua-rozrywkowym skoku mogłem zakończyć dość krótką wyprawę. Zobaczyłem to, co chciałem. Kiedy dopłynęliśmy na wyspę, skosy również chciały wysiąść, ale chyba im się to nie udało. Nie wiem czemu, ale chyba dlatego, że nie nalegali. Japończycy są niesłychanie oportunistyczni.

Nacieszyliśmy się wyspo-plażą do końca, z doświadczeniem starego wyjadacza. Mieliśmy tym razem wodę, frisbie, arbuza, talię kart, wszystko czego dusza na odludnej plaży może zapragnąć. Już teraz jak przypominam sobie tą wysepkę to trochę smutno mi się robi. kiedyś tu wrócimy. Na pewno.

Oprócz tych nowych dwóch akcentów, reszta dnia „spłynęła” nam po staremu. Nie muszę opisywać chyba jak. Powiem tylko, że było równie śmiesznie i zabawowo jak przez ostatni tydzień :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Palolem, 04/01

Ach, jak szybko czas mija. Niedawno tutaj przyjechaliśmy a dzisiaj już wyjeżdżamy. Rozleniwiliśmy się przez ostatni tydzień i nie chce nam się nigdzie ruszać. Z drugiej jednak strony mamy sporo jeszcze do zobaczenia i nie chcemy tego zaprzepaścić leniuchowaniem w starym, dobrze już znanym miejscu. Palolem bez wątpienia uważam za swoje magiczne miejsce w Indiach. Palolem jest rajem na ziemi. Tutaj mógłbym spędzić całe lata i ich simply nie zauważyć. Czas płynie na tej plaży w innym rytmie. Nikt tutaj się nie spieszy, wszyscy robią rzeczy w iście goańskim rytmie, czyli powolnym i zapominalskim. Ale co w tym najzabawniejsze, to że człowiek przyzwyczaja się do tego rytmu z dnia na dzień, a życie-wypoczywanie staje się pełniejsze. Mimo iż w Palolem niewiele zwiedziliśmy, miejsce to wzbogaciło nas o nowe znajomości i spokój ducha. Na Goa, a szczególnie tutaj, wypocząłem bardzo. Kiedyś tu wrócimy i uśmiechniemy się jeszcze raz z Buddhą.

Bye bye, Palolem.
Anjuna, 04/01

Jesteśmy już do tego mocno przyzwyczajeni, że podróżowanie w Indiach jest czasochłonne. Jeśli musimy się gdzieś przemieścić, co zdarza się generalnie dość często, poświęcamy na to cały dzień. Dziś jechaliśmy do Anjuny z Palolem. Dystans nie dalszy niż 100km. Pociąg z Canacona Station do Margao przyjechał oczywiście spóźniony. Następnie w Margao odczekaliśmy swoje. Wysiedliśmy na stacji w Thivim, skąd wzięliśmy taxi do Anjuny. Po mniej więcej sześciu godzinach podróży dotarliśmy na miejsce do Sunset Bar Restaurants, które ma i wynajmuje pokoje. Pokój ogromny i pusty, do tego łóżko, materac i krzesło. Wypas. Toaleta parędziesiąt metrów dalej, a „odcięcia” prądu nader regularne. Kochamy Goa.
Anjuna bardzo nam się podoba. Plaża jest inna, bardziej dzika, węższa, morze dość dzikie i niebezpieczne. Sporo restauracji usytuowanych jest nie na samej plaży, tylko na wydmo-konstrukcjach.

Siedzimy w naszej restauracji, popijamy naturalne, świeże soki z bananów, truskawek, pomarańczy i ananasa oraz zajadamy królewskie i tygrysie krewetki. Poznaliśmy właścicieli-menedżerów jednego baru, który nazwaliśmy Bob Marley. Oman - szef, kelner, niewiadomo-kto, jest kolejnym Hindusem na naszej drodze, którego poznaliśmy i z którym bardzo dobrze nam się rozmawia. W ostatnich paru tygodniach nadrobiłem średnią roczną w poznawaniu nowych ludzi o jakieś 30000 %.
Anjuna, 05/01

Dzisiaj środa, a w Anjunie środa jest świętem. Dziś bowiem odbywa się cotygodniowy targ-bazar w mieście. A zjeżdża na ten market całe Goa i okolica. W Indiach miewam czasem zły nastrój spowodowany nadmiarem zakupów jakie robimy. W każdym mieście staramy się wyszperać jakieś cudeńka, co udaje nam się bardzo dobrze. Dziś jednak, ku mojemu zdziwieniu, sam chcę zakupów!

Nie udało nam się tu przyjechać parę tygodni temu, ponieważ Kasia zachorowała. Dziś jednak tu jesteśmy i zamierzamy chłonąć wszystko całymi sobą. Spokojne śniadanko w plażowej restauracji i jesteśmy gotowi na spacer. Market znajduje się niedaleko naszego domku. Bierzemy puste plecaki, pełen portfel i uderzamy w nieznane.

Anjuna Market jest po prostu ogromny. Myślę, że warszawski Stadion odzwierciedla liczbę straganów, jakie tu widzimy. Przy wejściu (od plaży, bowiem wyjść i wejść na ten market jest multum) rozłożeni byli Tybetańczycy. Wszystkie swoje dobra mieli rozłożone na ziemi, poukładane, porozrzucane, popakowane w kartony i gabloty. Lubię przeszukiwać stragany Tybetańczyków, ponieważ każdy z nich może mieć coś innego. Poza tym mają bardzo dużo różnych małych gadżetów, które miło się wyszukuje, a które nie są drogie.

Spotkałem dzisiaj naszego znajomego Tybetańczyka z Palolem. Miał on rozłożone swoje stanowisko w samym centrum tybetańskich błyskotek. Kupiłem od niego dużą, nie wiem czy starą, monetę chińską. Do tego widziałem cztery naszyjniki z zębów jaka. Cena ich jednak mnie odstraszyła, więc pożegnałem się i poszedłem dalej. Poza ośrodkiem tybetańskim zaczęła się masowa zbiórka pieniędzy przez miejscowych sprzedawców od zagranicznych turystów, czyli ogromne, ogromne zakupy. Jakieś pół tysiąca straganów i rzesza turystów, którzy przyjechali dziś do Anjuny zrobić ogromne zakupy. Część ludzi, tak jak my, przyjeżdża do Anjuny wcześniej, wynajmuje hotel i bawi się w środową grę kup-starguj-omiń. Część ludzi natomiast przyjeżdża do Anjuny organizowanymi busami, robi zakupy, je obiad i wraca do Palolem, Colvy, Panji, czy innego licha.
Stragany indyjskie mało różnią się między sobą. Z przodu stół z tysiącem i jedną bransoletką, naszyjnikami i podrabianym srebrem. W środku sklepu można dostać t-shirty, saree, sarongi i narzuty na łóżka. W niektórych można dostać poszewki na poduszki i drewniane statuetki. Jak ma się szczęście, w sklepie są bonusy, np. CD, dziwne kadzidełka lub plastikowe samochodziki nazywane Ferrari. W tych sklepach generalnie nie ma nic ciekawego. Już kupiliśmy wszystkie ciuchy i większość upominków, dlatego wytrwale czekamy i szukamy czegoś szczególnego. Targ w Anjunie jest wydarzeniem. Ludzie przyjeżdżają tutaj i spędzają na zakupach cały dzień. W międzyzakupowym czasie popijają zimne napoje, jedzą lub idą na plażę. Na szczęście całkiem spory odsetek sprzedających stanowią nie-Hindusi, których towary są bardzo interesujące i po prostu inne, niecodzienne. Nawet „wielkie” ceny (bo w porównaniu z resztą te towary są przeważnie drogie) nie zniechęcały nas od szperania i wyszukiwania. Nie znaleźliśmy dzisiaj nic szczególnego, fajnie jednak było przebijać się przez
te tłumy i widzieć ten folklor. Bazar w Anjunie w przeciwieństwie do tych polskich, jest multi-pozytywnie-kolorowy. Czerwienie, żółcie, fiolety, zieleń i inne, naprawdę tu kolorowo i pachnąco. To drugie z powodu palonych masowo kadzidełek. Kupiliśmy dziś buty, kadzidełka, kadziszony cztery, monetę, trochę koralików i innych pierdółek.

Po tak wyczerpującym zajęciu postanowiliśmy spędzić trochę czasu na plaży. Kąpiel okazała się wyśmienita, bo fale były ogromne, a my z Kasią zabawowi. Skakaliśmy, rzucaliśmy się na fale, śmialiśmy się, cudo. Po kąpieli zagadał nas masażysto-wyłudzacz, który namówił nas na masaż. Wzięliśmy udział w jego grze i się zrelaksowaliśmy. Uczucie było rzeczywiście przyjemne, zaś sam koniec mega rozbawiający. Po otrzymaniu trzystu Rupii za ten masaż, masażysta zaczął nam opowiadać, że klienci dają mu napiwki, dolary, prezenty, że ma dzieci, a to czas nauki, musi kupić książki, bla bla bla. Roześmiany, wręczyłem mu kolejną setkę i powiedziałem, żeby kupił dzieciom pomarańcze. W Indiach nie jest to chyba wielki rarytas.

Wieczór spędziliśmy w plażowych barach, słuchając muzyki dobiegającej z pobliskiej disco-techno-party, i przyglądając się miejscowym macho-menom i przyjezdnym cizio-panienkom.

Jasne. Śniadania nie zjedliśmy, bo nie było po prostu gdzie. Kanapkę z kiełbasą wyrzuciliśmy do kosza, bo była tłusta i niezjadliwa. Nasze brzuszki zalaliśmy napojem gazowanym i ruszyliśmy zwiedzać. Oczywiście nasz status jako białych modeli nadal obowiązuje. Hindusi proszą nas co chwilę o zdjęcie, a my ciągle grzecznie pozujemy i się z tego nie po cichu śmiejemy.

W Old Goa znajdują się kościoły. Na powierzchni trzech boisk piłkarskich stoją ich trzy. Każdy prawie, prawie taki sam. Biała elewacja, oprócz jednego, i pusty, ogromny hol w środku. Sam projekt i rozplanowanie przestrzeni jest skopiowany z jednego kościoła na drugi. Ołtarze też są prawie identyczne. Do tego w tych kościołach brakuje jak na mój gust obrazów, malowanych ścian, dekoracji z prawdziwego zdarzenia i elementów czysto kościelnych: świec, księży i wody święconej. W jednym z kościołów, szumnie nazywanym Basilica of Bom Jesus, znajdują się zwłoki św. Francisa Xaviera, patrona Goa, który został włączony w poczet świętych, ponieważ jego ciało przez długie lata nie chciało się rozłożyć. Miejscowi naturalnie okrzyknęli to cudem. Inkwizycja kościelna zjawiła się po tylu latach, że jego ciało zaczęło już gnić. Został jednak uznany świętym i jest nim do dziś.

Jednak dzisiaj nie pojechaliśmy na żadne inne zwiedzanie. W Panjim i Vasco nie ma, jak się okazuje, nic a nic do zwiedzania. Zredefiniowaliśmy nasze plany. Nie jedziemy jutro do Savangwati, a uderzamy dziś do Colvy. Miodzio.
Anjuna, Calangute, 06/01

Anjuna podoba nam się tak bardzo, że aż nie chce się nam stąd wyjeżdżać. Dlatego pojedziemy do Old Goa dopiero wieczorem, dzień zaś spędzimy w mieście. Wybraliśmy się na „dokupowy” spacer do marketu, chcieliśmy bowiem uzupełnić nasze zapasy o małe pierdółki. Nie udało nam się jednak, ponieważ rynek był opustoszały w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie było kogo nawet zapytać, gdzie można coś zwiedzić. Nie pamiętam od kogo, ale usłyszałem, że w pobliskim Calangute odbywa się tybetański market. Była to cudowna okazja do zwiedzenia nowego miejsca i wydania dobrze trochę pieniędzy. Daleki jestem od zakupowej manii, ale na Goa nie do końca jest tak wiele atrakcji. Dlatego zakupy traktujemy jako szansę do pogadania z ciekawymi ludźmi oraz wyszukania czegoś szczególnego.
Mieścina ta znajduje się jakieś 9km od Anjuny. Przyjemność dojechania tu rikszą kosztowała nas 150 Rupii w jedną stronę. Czy warto było? Nie wiem. Bazarek-market-stragan-centre tybetański był bardzo klimatyczny. Podobnie jak w Anjunie, wszystkie straganiki i ścieżki były odsłonięte od słońca płachto-konstrukcjami. Dzięki temu mogliśmy bez pocenia się zobaczyć towary skośnookich sprzedawców. Większość z nich miała to samo. Do tego jednak jesteśmy już dobrze przyzwyczajeni. Po raz trzeci już spotkałem dziadka Tybetańczyka z Palolem. Kiedy nas zobaczył (zawsze coś u niego kupujemy), zawołał nas i prawie nie uściskał. Jak przystało jednak na rasowego buddystę, zachował zimną krew i zachęcił mnie do obejrzenia straganu. Mój wzrok przykuły znowu rytualne naszyjniki z zębów jaka. Dziadek od razu to zauważył i zaproponował mi, bym je wziął. Przynajmniej jeden. Spytał mnie, który mi się najbardziej podoba. Wybrałem, jak się okazało, najdroższy: 4500 Rupii. Poprosiłem go uczciwie, by powiedział mi bez targowania jego najlepszą cenę. Odpowiedź: 3 000 Rupii. Nie mieliśmy dużo gotówki przy sobie, więc obiecałem mu, że jak nam zostanie trochę pieniędzy, to wezmę ten naszyjnik. Dziadek ze spokojem i uśmiechem wziął kalkulator i wystukał na nim 2500. Naszyjnik wziąłem, z ogromnym bananem na twarzy.
Plażę w Calangute już w sumie zapomniałem, więc nie będę się o niej rozpisywał. Niestety nie mogliśmy jej dobrze obejrzeć, bo przeszkadzał nam w tym wielotysięczny tłum turystów. Wsiedliśmy więc do taksówki i wróciliśmy na obiadek do Anjuny. Tygrysie krewetki są pycha. Do Old Goa dotarliśmy, obejrzeliśmy film i zasnęliśmy.
Old Goa, 07/01

- To co Kasiulku, jemy śniadanie, zwiedzamy kościółki, łapiemy jakąś złotówę i zwiedzamy Panjim i Vasco?
- Pewnie :)
Colva, 08/01

Nie wiem, jak to sobie wyliczyliśmy, ale dziś mieliśmy dojechać do Savangwati, żeby kupić te pięknie zrobione karty. Tylko że dziś jest sobota, a tam można dostać się w sumie tylko w piątek. Coś nam się pokopało. Ale to lepiej, nie żałujemy przynajmniej, że wycieczka ta nie wypaliła. Jesteśmy w Colvie i dobrze nam tutaj. Mieszkamy o dziwo nie w Garden Cottages, jak na początku naszej podróży, tylko w hotelu Colmar, położonym prawie nad samym morzem. Żeby nie leniuchować i poznać Indie ile się da, wybieramy się dziś do Benaulim. Nie jedziemy tam jednak rikszą, jak zdarza nam się to non-stop. Idziemy do Benaulim plażą na półtorakilometrowy spacerek.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Benaulim jest miasteczkiem bardzo rozrzuconym i nie do końca ciekawym. Bardzo dużo domów i pensjonatów się tu buduje, jednak całe miasteczko jest raczej w rozsypce. Benaulim pozostanie w naszej pamięci jako miejsce, gdzie kupiliśmy dla Kasi pierścionek z diamentem. Nie powiem, inicjatywa była moja, zaś Kasia nie mogła w to uwierzyć. Cały dzień skakała z radości i nie mogła uwierzyć, że to prawda. Nie kupiliśmy jednak pierwszego lepszego, ale zamówiliśmy go na nasz wzór i życzenie. Wybraliśmy ogromny diament, wzór pierścionka z katalogu i kruszec: białe złoto. Mogę już chyba zdradzić, że jutro będziemy z niego mega zadowoleni (hihi, nadrabiam zaległości w pisaniu pamiętnika i idzie mi to bardzo sprawnie). To wszystko wina Palolem.
Rozchachani wróciliśmy do hotelu, zjedliśmy szybko obiad i pojechaliśmy na wycieczkę organizowaną - na nocny market do Arpory. Jak się okazało, Arpora jest bardzo blisko Anjuny i w sumie bazarek jest raczej powtórką z rozrywki, niż czymś nowym. Powiedziałbym nocna Anjuna bis. Pobiegaliśmy, wydaliśmy trochę kasiorki i wyszukaliśmy parę ciekawych rzeczy. Naszyjnik z małego pazura tygrysa, bransoletkę z koralowca, i W KOŃCU kaszmirowy szal dla Kasi, którego nigdzie nie mogliśmy znaleźć.

W drodze powrotnej popsuł nam się autobus i mieliśmy szansę zobaczyć Hindusów w akcji, w sytuacji nieprzewidzianej. Otóż kierowca na początku zjechał z drogi i siedział za kierownicą. Chyba się dziwił. Następnie któryś z pasażerów użyczył mu telefonu komórkowego i zasugerował zatelefonowanie do bazy. Kierowca to wykonał, ale nieudolnie. W końcu się udało. Autobus ratunkowy miał przyjechać za pół godziny, czyli de facto w Indiach za godzinę, może nawet dwie. W międzyczasie ktoś się zatrzymał, pogadał z kierowcą i wskoczył do autobusu. Pogrzebał w kablach i odpalił grata. Na tyle skutecznie, że ujechaliśmy jakieś 5 minut. I znowu się zatrzymaliśmy. Pchanie autobusu przez dwudziestu pasażerów też go nie odrodziło. W tym czasie tyle działo się dziwnych rzeczy, że przyjechał nasz nowy autobus. Luksusowe, wyglądające amerykańsko bydlę. Zamiast o 12 w nocy, dojechaliśmy z naszej nocnej wycieczki do hotelu przed drugą.

Colva, 09/01

Dzisiejszy dzień był bardzo długi, a początkowo się tak nie zapowiadał. W ogóle ostatnio wyciskamy indyjską cytrynkę do końca. Chyba dlatego, że niedługo wyjeżdżamy. Chcemy wykorzystać czas na maksa. Przez noc Kasi zrobił się jakiś cusik na nóżce. Przez to ma ona kłopoty z chodzeniem i dlatego dziś nigdzie się nie ruszamy. Do czasu odebrania pierścionka zamierzamy leniuchować to na basenie, to nad morzem, to w barze i hotelu. Dokładnie to robiliśmy przez cały dzień do godziny osiemnastej. O tej porze wzięliśmy rikszę i pojechaliśmy do Benaulim.

Pierścionek jest śliczny, bierzemy go bez wahania. Tylko kasy nie mamy, a jest niedziela. Kasia ruszyła na miasto do kantorów, banków, bankomatów i innych złotych kaczek. Załatwiła z niemałymi problemami brakujące nam 21000 Rupii. Zgadaliśmy się dobrze z właścicielem sklepu i ustaliliśmy, że jeszcze dziś odwiedzimy warsztat, w którym powstaje jego biżuteria. Poszliśmy na to bez zastanowienia. Każdą okazję do zobaczenia czegoś nowego skrzętnie staramy się wykorzystać. To, że kupiliśmy u niego pierścionek i zostawiliśmy trochę grosza, wykorzystałem na naszą korzyść. Pół żartem, pół serio zaproponowałem, by w prezencie dał nam stuprocentowy kaszmirowy szal. Zgodził się.

Warsztat jubilerski okazał się iście indyjski. Małe, słabo oświetlone pomieszczenie, około ośmiu pracowników ściśniętych i siedzący na podłodze, oraz my – turyści. Widzieliśmy, jak topione są kruszce, szlifowane są kamienie i pierścionki, jak w pierścionkach umieszczane są klejnoty oraz jak wykonuje się bransoletki i inne takie. Fajne. I podobno dobrze zarabiają owi pracownicy.

Kiedy wróciliśmy do hotelu, głodni udaliśmy się do naszej restauracji, gdzie wcześniej zamówiliśmy specjalną kolację. Właśnie to wydarzenie jest dobrą okazją do małej retrospekcjo-anegdoty. Od czasu pierwszego sizzlera postanowiliśmy z Kasią próbować owoce morza. Przez ostatnie dwa tygodnie jemy krewetki małe, królewskie, tygrysie, a dziś jumbo, wszystkie od najmniejszych do ogromnych. Jemy ryby i inne takie okrągłe, których nazwy nie znam. Śmieszne, że na Goa nie ma ostryg, małż i innych takich obślizgłych. Za to dziś zjedliśmy chyba największy rarytas wyjazdu: homara. Po angielsku: lobster. Wybraliśmy największego, najdroższego, najsmaczniejszego. Jego mięso było cudowne, bialutkie, o smaku delikatnym jak jedwab. Coś między dużą krewetką, rakiem i leciutkim kurczakiem. Zjedliśmy go całego. Wszystkie szczypce, rączki, odnóżki, prawie nie zjedliśmy pancerza, tak nam smakował. Zapłaciliśmy za niego tyle, co za pięć dobrych obiadów, ale naprawdę zrobiłbym to jeszcze raz.
Colva, 10/01

Naprawdę ciężko mi opisać dzisiejszy dzień w jakimś ciekawym świetle. Przebimbaliśmy nasz ostatni dzień na Goa między morzem a basenem. Smutno nam wyjeżdżać, choć tak naprawdę myślami jesteśmy już w Polsce. Chcemy się już dobrze rozpakować i skonsumować nasz indyjski wyjazd wspominkami. Pociąg do Bombaju odjeżdża o dziwo planowo. Cuda się zdarzają.
Do góry
Mumbai
Karnataka
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Mapa strony       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
 
Indie - dzienniki podróży