13-14/01/09 Surat, Baroda

Surat przed wschodem słońca przywitał nas smrodem i obskurnością nieco ponad miarę, więc zamiast zostawać tu na cały dzień od razu ruszyliśmy do Barody. Mimo sporej odległości dojechaliśmy bardzo szybko, bo pozwalała na to szeroka droga ekspresowa w idealnym stanie.

Baroda to piękne miasto. Jeśli pominąć obowiązkowy w Indiach śmietnik na ulicach, to pozostaje przyjazne, uniwersyteckie miasto o szerokich alejach, z wieloma parkami i przestrzenią, jakiej w innych miastach zwykle brakuje, lub porastają ją slumsy.
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Diu
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy (link do Picasa Web)
Indie 2.0 - Gujarat I
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Zupełnie niespodziewanie natknęliśmy się na Uttarayan - święto latawców. 14 stycznia prawie wszystko w mieście jest pozamykane, a kto może biegnie na dach i puszcza latawce. Wcześniej poprzedniego wieczoru, na każdym kroku można było natchnąć się na przenośne warsztaty farbujące manję, czyli latawcowy sznurek. Dwa koła od roweru połączone prętami tworzą konstrukcję, która obraca się i owija kolorową nicią, wciąż mokrą od farby. Gdy wyschnie, będzie pięknie różowa, żółta lub niebieska, podobnie jak chodnik i wszystko na
dwa metry dookoła. Nawinięta na szpulę zniknie ze sklepów bardzo szybko, bo latawce puszcza tu każdy. Niebo przez cały dzień zdobią kolorowe latawce i choć święto to jest zmorą dla wielbicieli ptaków (masowo wplątujących się w sieci, jakie tworzy plątanina nici pomiędzy drzewami, słupami i kablami), to rok w rok zarówno nad slumsami, jak i nad bogatymi willami jest bardzo kolorowo. A dzień później miasto przypomina śmietnik.

Sporo tu europejsko ubranych, młodych Hindusów - gdy byliśmy w kinie, jedyne kobiety w saree to dwie starsze panie, a salwar miałam na sobie tylko ja. Wszystkie inne kobiety nosiły mniej lub bardziej błyszczące cekinami jeansy i koszulki. Studenci wydaje się prowadzą tu życie takie samo jak u nas - w knajpach trzymają się za rączki, flirtują, w przerwie odwiedzają okoliczne fast foody, są zadbani i ewidentnie bardzo dumni z tego, że studiują.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
15/01/09 Baroda – Champaner, Pavagadh

Nie wiem jak to jest, ale postanowiliśmy udać się na jedyną górę w płaskiej jak stół okolicy. Na szczęście serpentyny nie były takie straszne, a kierowca załadowanego do granic możliwości jeepa (17 osób) jechał całkiem spokojnie. Przedziwny to widok: wokół całkiem płasko, nigdzie nawet pagórka, a tu nagle ni z tego ni
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
z owego wielka góra. Wysoka na 800 metrów, Pavagadh nosi na swym szczycie świątynię Kalidurgi z X wieku, a także inne zabytki UNESCO - ruiny meczetów i resztki XI-wiecznego fortu. Aby dostać się na sam szczyt, można wspiąć się po schodach, ale można też podjechać kolejką linową - gondolki przywędrowały tu prosto z Szwajcarii. Widok ze szczytu jest fantastyczny, podobnie zresztą jak z balkonów jedynego  tu, państwowego resortu. Siedząc na tarasie trzeba uważać
na małpy, które jeśli są wygłodniałe, potrafią ponoć rzucić się na człowieka trzymającego w ręku coś do jedzenia.
Leżąca u podnóża góry wioska to Champaner, który w VIII wieku był stolicą jednego z rajpuckich królestw. W XV wieku miastem zawładnął sułtan Mahmud Begara, a Rajpuci popełnili zbiorowe samobójstwo w ucieczce przez zniewagą. Sto lat później przyszła kolej na samego Hamayuna z dynastii mogolskiej, który chcąc opanować miasto miał już nieco cięższe zadanie. Sułtan zbudował bowiem wokół miasta i niezwykłej góry sześciokilometrowe mury i liczne
budowle religijne i obronne. Do dziś z pięknych meczetów zostały głównie ruiny, kilka jednak zachowało się wspaniale i służy do dziś. Dawne mury, resztki jakichś murów i kolumn zostały oblepione mieszaniną
prostych domków, slumsów i śmieci, co robi naprawdę niezwykłe wrażenie. Pięknie rzeźbione kamienne bramy pełnią dziś rolę toalet (na parterze) i punktów widokowych (na szczycie krętych schodków, które u nas z pewnością od razu by zamurowano). Wokół łażą krowy, palą się ogniska, dzieciaki bawią się w chowanego, młodzież siedzi w kucki, babcie i dziadkowie spoglądają podejrzliwie spode łba a turysta ze wszystkich sił stara się wymyślić zaklęcie na niewidzialność.
Posłuchaj dźwięków ze świątyni Kalidurgi
16/01/09 Champaner – Ahmedabad

Wbrew temu, co mówi Lonely Planet, autobus zabrał nas szybko i wygodnie prosto do Ahmedabadu. Olbrzymie, prawie 5-milionowe miasto powitało nas straszliwym smogiem. W powietrzu unosiło się tyle spalin, że trudno było oddychać. Na szczęście poza godzinami szczytu wiatr robi swoje i spalin prawie nie czuć, choć niebo nadal nie jest czyste, a słońce widać jak przez mgłę.

Nasz hotel to historia sama w sobie: na parterze czeka dziadek, który obsługuje windę (trzeba wjechać na 4 piętro). Drzwi w windzie nie ma. Jest jedynie zardzewiała, ale wciąż sprawna krata, oraz dziura w suficie, przez którą można obserwować lekko podstarzały mechanizm. Dziadek bez ceregieli otwiera kratę zanim winda się
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Praktycznie na każdym kroku można tu natknąć się na niezwykle bogato zdobione framugi, kolumny, balkoniki czy wręcz całe ściany pokryte rzeźbionymi w drewnie kwiatami, ptakami, słoniami itp. Niektóre zdobienia wyglądają na bardzo stare, niektóre zaś powstają na oczach mieszkańców. Natknęliśmy się na kilku pracowników, którzy w nowo budowanej świątyni wykuwali w kamieniu piękne łabędzie i kwiaty. Było ich czterech. Pierwszy robił ogólny zarys, kolejny dłubał szczegóły, następny łagodził krawędzie a ostatni szlifował całość. Siedzieli obok siebie na zaimprowizowanej ławce i powoli przesuwali się wzdłuż ściany.
Zajrzeliśmy nieśmiało do pięknego haveli, budynku mieszkalnego połączonego ze świątynią. Rzeźbione, kolorowo pomalowane drewno robi tak olbrzymie wrażenie, że po prostu musieliśmy zajrzeć do środka. Stąpałam cichutko jak myszka, a i tak mieszkające tu kobiety ucichły nagle i utkwiły we mnie wzrok. Maciek odwiedził w tym czasie część przeznaczoną dla mężczyzn i także zwiał, gdy przycichły rozmowy. Cóż, że nie jesteśmy stąd nie da się ukryć, więc trzeba się w takich sytuacjach po prostu uśmiechnąć, ukłonić i zmykać.



18/01/09 Lothal

Lothal oznacza w gujarati miejsce grzebania zmarłych, podobnie jak Mohenjo-Daro w języku sindhi. Do Mohenjo-Daro nie mogliśmy pojechać, bo leży w dzisiejszym Pakistanie. A Lothal może i nie był głównym ośrodkiem cywilizacji, ale jak pozostałe miasta doliny Indusu liczy sobie bagatela 4,5 tys. lat i zdecydowanie zasługuje na to, by tu dotrzeć. Nie jest to jednak takie łatwe. Słowa Lothal nikt na dworcu zdaje się nie rozumieć. Na szczęście kierowca znał odrobinę angielski i napisał nam na kartce „I will drop you six kilometer away from Lothal, OK?” i wyrzucił nas na rozstaju dróg na kompletnym zadupiu.

Kilka kobiet czekało na poboczu w kucki na autobus, oprócz nich jak okiem sięgnąć nikogo, nie licząc trzech kierowców trzykołowych motorów z przyczepą. Rzucili jakąś zaporową cenę, postanowiliśmy więc poczekać na autobus - przecież musi tu coś jeździć. Kiedy jednak przez dłuższy czas nic nie nadjeżdżało, siedliśmy na pakę i za wytargowane 60 rupii dojechaliśmy do leżącego wśród wyschniętych pól Lothalu. Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie jest to nawet wioska - oprócz muzeum i kilku domów dla obsługi, nie ma tu jak osiem sięgnąć absolutnie nic. Oczywiście nie licząc głównej atrakcji: świetnie zachowanych murów domów mieszkalnych, pozostałości pieców i sztucznego zbiornika wodnego, który był niegdyś ruchliwym portem.
zatrzyma, cudem jakimś nie tracąc ręki. W ciągu dnia jest wybór - można pójść schodami. Wieczorem jednak brama się zamyka i pozostaje tylko uśmiechnięty dziadek i winda.

W Amdabadzie ludzie wydają się dużo mniej natrętni niż na południu - nie zaczepiają, nie wciskają czego się da. Nawet przez bazar można przejść w miarę spokojnie, a to spora rzadkość. Można tu w nieskończoność chodzić małymi, wąziutkimi uliczkami zaglądając do przeróżnych warsztatów, sklepów i restauracji. A to sprzedawcy papieru, a to jakaś biżuteria, kilku jubilerów z prawdziwym złotem, tanie chińskie ciuchy, warzywa, liny, sznurki, figi i muzułmańskie czapeczki.
Wszystko wykonano z tak świetnej cegły, że nieświadomi jej wieku Brytyjczycy uznali ją za świetny budulec pod kolej. Miasto, po którym zostały dziś równe uliczki, zarysy domów i resztki skomplikowanego systemu nawadniającego sprzed 4,5 tys. lat, było jednym z ważniejszych portów cywilizacji Indusu. Wyrabiane tu przedmioty, takie jak korale, naczynia itp., eksportowano do Mezopotamii, Egiptu i Persji, wykorzystując nieistniejącą już dziś rzekę Sabarmati. Precyzja, z jaką wykonane zostały eksponowane w muzeum przedmioty naprawdę zadziwia, tym bardziej że np. półszlachetne kamienie były
poddane obróbce w piecach pod ciśnieniem i dopiero potem były wykorzystywane do przygotowania mniejszych i większych ozdób. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, co my potrafiliśmy wykonać 4,5 tys. lat temu - na pewno nie miniaturowe kolczyki, gliniane zabawkowe wozy dla dzieci i pionki do gry z ażurowej kości słoniowej.
Niełatwo tu dojechać, ale jeszcze trudniej wrócić. Droga byłą absolutnie pusta a autobus miał tędy przejechać za dwie godziny. Na szczęście udało nam się zabrać klimatyzowanym samochodem z parą bogatych, młodych Hindusów. Zgodzili się podrzucić nas do przystanku, a że chłopak jechał ekstremalnie wolno, mieliśmy sporo czasu na rozmowy. Dowiedzieliśmy się czegoś więcej o zakazie spożycia alkoholu w Gujaracie. Okazuje się, że przyczyną jest
Gandhi. Ponieważ Gujarat to jego ojczyzna, postanowiono uczcić jego pamięć i zakazać alkoholu. Nie wszyscy są tego zwolennikami, ale żadna siła polityczna nie zdobyła się dotąd na radykalny krok zniesienia zakazu. Religijne i konserwatywne społeczeństwo, a szczególnie jego starsza część, zdecydowanie ceni sobie brak alkoholu na sklepowych półkach. Co ciekawe, podobno Gujarat króluje w Indiach pod kątem ilości spożytego alkoholu. Kwitnie przemyt i domowe sposoby na procenty. Na szczęście osoby spoza Gujaratu, w tym zagraniczni turyści, mogą pić ile chcą pod warunkiem, że mają co - zakaz dotyczy wyłącznie Gujaratczyków. Nasi rozmówcy, dobrze ubrani i pedantycznie wręcz czyści, pracują w Amdabadzie w City Banku. Prowadzą niezwykle znajomy Europejczykowi styl życia. Mają najwyraźniej wystarczająco dużo kasy, cenią sobie możliwości, jakie daje im miasto, lubią szwendać się po klubach, jeżdżą po świecie, mówią dobrze po angielsku, świadomi są aktualnej sytuacji na świecie i roli Indii. Nie mieli nigdy czasu, by przyjechać do Lothalu, mimo iż leży pod nosem. W końcu zrobili więc sobie romantyczny weekendowy wypad, w drodze powrotnej jedząc lunch w wypasionej restauracji. Bajka Romantica.



19/01/09 Amdabad-Veraval
Z samego rana pojechaliśmy nad rzekę, gdzie akurat w niedzielę odbywa się targ. Nie znaleźliśmy jednak nic ciekawego, bo ciuchy były piątej jakości i nowości, a wśród metalowych i mosiężnych rupieci nie dało się wyszperać nic oprócz kilku starych monet. Wokół unosił się ciężki zapach krowiego łajna i slumsów, dość szybko więc opuściliśmy to miejsce i pojechaliśmy na dworzec kupić bilet na wieczór. Stamtąd spacerem udaliśmy się w stronę muzeum tekstyliów.
Po drodze zjedliśmy w małej knajpce piekielnie ostre śniadanie, ku uciesze właściciela, który wyglądał na równie zdziwionego, co dumnego z faktu, że zawitali do niego zagraniczni turyści. Odwiedziliśmy tez kilka sklepów w poszukiwaniu jakiejś fajnej koszuli dla Maćka - mało brakowało a spóźnilibyśmy się do muzeum, które otwarte jest w przedziwnych godzinach. Wpuszczają od 10:30 do 11:00 i do 14:45 do 15:15. Zwiedzać można tylko z przewodnikiem, a zdjęć robić nie wolno (aparaty, telefony i inne sprzęty trzeba było zostawić w depozycie). Pewnie dlatego, że a) chcą zarobić na kosmicznie drogich albumach, b) lampy błyskowe zniszczyłyby z czasem delikatne tkaniny sprzed setek lat. Pani przewodnik jak szalona goniła przez poszczególne sale, a banda pomocników gasiła światła i zamykała szybko drzwi, gdy tylko grupa posunęła się naprzód. Już samo muzeum, sam budynek, byłby świetnym eksponatem, a co dopiero jego zawartość. Szkoda, że musieliśmy tak pędzić po salach, bo naprawdę było na co popatrzeć. Materiały zdobione prawdziwym złotem, pięknie malowane i haftowane - coś niesamowitego.

Szczególnie ciekawa była sekcja pokazująca, jak krok po kroku powstają takie cudeńka. Metody zdobienia tekstyliów podane były tu jak na dłoni, niestety i także przez ta salę musieliśmy prawie przebiec, nagrywałam więc pośpiesznie komentarze na ukryty pod dupattą dyktafon. Może przynajmniej jakąś książkę uda się zdobyć na ten temat. Ignorując zdziwione spojrzenia czytaliśmy więc na głos tytuły książek i podpisy pod eksponatami, a także powtarzaliśmy niektóre zdania po naszej przewodniczce. Wszystko z nadzieją, że przemycony przez ochronę dyktafon nagra wszystko i będziemy później wiedzieć czego szukać. Wizyta w National Hendicrafs Handloom and Silk Expo potwierdziła tylko doświadczenie z Margao, że nie warto jeździć na tego typu wystawy. Drogo, mało rzeczy, nic ciekawego, choć przyznam, że kupiliśmy Maćkowi dwie fajne koszule.

Żeby przeczekać do pociągu, poszliśmy do kina na Chandni Chawk to China, najnowszy hit tutejszej kinematografii i Warner Bros. Dzięki temu, że w filmie sporo mówili po chińsku, mieliśmy dziś ułatwione zadanie - od czasu do czasu były angielskie napisy.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie