Surat, 13/01/09

Docieramy tu bardzo, bardzo wczesnym rankiem. Jest jeszcze ciemno a nasze nastroje są nieciekawe. Okazało się, że ktoś ukradł nam wszystkie kosmetyki i tylko dużym fuksem główny bagaż nie został przetrzepany. Cóż, musimy i tak już zdwojoną ostrożność potroić. Nie ufać nikomu ;)

Pecha można zaliczyć na poczet trzynastego dnia miesiąca. Surat działa na nas o tej porze przygnębiająco. Jakoś nadzwyczaj brudno tutaj, ludzie dookoła wydają się mniej przyjaźni. W końcu spontanicznie jakoś wychodzi tak, że nie zostajemy w tym mieście. Wsiadamy do autobusu, który w kilka godzin dowozi nas do Barody.
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Diu
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
Indie 2.0 - Gujarat I
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Baroda 13-15/01/09

Miasto zaskakuje nas całkowicie. Dojeżdżamy tu ekspresową dwupasmówką.
Baroda wydaje się przestronna, nieprzeludniona i czysta. Podoba nam się tu.

Ciężko jednak znaleźć hotel. Część jest w pełni zajęta, część zbyt droga. Po kilku próbach w końcu nam się udaje. Mówię w recepcji, że szukamy czegoś budżetowego. Często udajemy biednych studentów, zwykle jednak niewiele to daje. Tym razem pan mówi, że zamiast 800 rupii za noc policzy nam 400. Wchodzimy w to:) Jesteśmy dziś dość mocno zmęczeni dojazdem, więc nie zamierzamy robić nic intensywnego. Wybieramy się na miasto. Dojeżdżamy w końcu do czego, co ma być wielką nową galerią handlową. Hmm. U nas w Polsce galerie inaczej wyglądają. Po pierwsze nie są tak małe – tu znajduje się z 10 sklepów i jeden duży a'la Empik. Mają za to kino, i to multipleks. Wybieramy film Ghajini – zaskakująco dobry i nie-muzycznie-tanecznie-bollywoodzki. Przed samym seansem wybieramy się do Subway'a, cena zbija mnie z nóg, za kanapkę muszę zapłacić 180 rupii. Kogo tutaj na to stać?

Wieczorem postanawiamy przejść się po okolicy i zjeść kolację. Niedaleko naszego hotelu znajdujemy targ warzywny. Zamiast iść do restauracji, kupujemy pomidory, wielką rzodkiew, kapustę, kalafiora i bułki i robimy sobie w pokoju ucztę wegetariańska (50 rupii).

Około godziny 23 pojawiamy się znowu na markecie, chcemy znaleźć telefon i zadzwonić do domu. Na targu już prawie wszystko pozamykane, dookoła pełno krów dojadających kolację w postaci pozostawionych liści innych zielonych, soczystych smakołyków. Widok jest tak słodki, że aż muszę o tym napisać.
W Barodzie pełno jest wiewiórek. To istne wiewiórkowe miasto. Nie tylko w parku, ale dosłownie wszędzie można je zobaczyć. Jest ich więcej niż studentów, których wokół również multum. Baroda to słynne miasto uniwersyteckie. Widzimy tłumy studentów, bo mieszkamy blisko uniwerku. Jedliśmy raz w knajpie po brzegi załadowanej bogatymi uczniakami. Spacerujemy sobie sporo i na szczęście nikt nas zbyt nachalnie nie zaczepia. Ludzie nie interesują się nami, nawet żebracy wyciągają tylko ręce nie leząc za nami, a to doceniamy bardzo. Nie wiem czy to przez święto latawca, ale żebraków jest tu mnóstwo, jakby specjalnie zjechali tu autokarami. Minęliśmy dwie ulice, na których nie przesadzam setki ludzi żebrało. Nienatarczywie, siedząc wzdłuż chodnika. To dobrze dla nas, jednak widok pozostaje w pamięci.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Następnego dnia chcemy zabawić się w prawdziwego turystę, okazuje się jednak, że nadeszło święto latawców i nie zwiedzimy absolutnie nic. Wszystko jest zamknięte. Nigdy w życiu nie widziałem tylu latawców. Ludzie dookoła oszaleli. Puszczają latawce z dachów, ulic, mostów, ciągną je za rikszami. Naprawdę ich sporo. Wczoraj wieczorem widzieliśmy Hindusów farbujących nici na różowo i nawijających ją na wielkie szpulki. Zastanawialiśmy się po co.
Dziś już wiemy, że służą one do latawców, które swoją drogą różnią się od siebie tylko kolorami, bo kształt wszystkich jest identycznych. Przeczytaliśmy później w gazecie, że sporo osób ucierpiało od tej zabawy. Głównie kierowcy motorów, którzy podcinali sobie gardła o linki, wszędzie powiewające. Również kilka osób spadło dzisiaj z budynków. Cóż, święto świętem, ofiary ofiarami.
Docieramy w końcu do wielkiego sztucznego basenu, pośrodku którego stoi wielki pomnik Shivy. Ogromny, wręcz magicznie fotogeniczny.

Wieczorem udajemy się do pizzerii, którą ratuje jedynie dobra pizza, jaką nam podali. Obsługa niekumata i niegrzeczna, o nastawieniu wręcz olewczym. Do tego komary gryzące nas non stop, jakby chcące wyssać jak najwięcej krwi z rzadkiego tu białego
turysty. Lokalni wydają się tego nie zauważać. Restauracja, mimo swych poważnych
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
mankamentów, musi być popularna, ponieważ ludzie czekają na zewnątrz aż zwolnią się stoliki. Dobrze, że przyszliśmy jak było jeszcze w miarę pusto. Przy pełnym lokalu czekalibyśmy tu 15 minut na menu, 2 godziny na zamówienie.

Ostatniego dnia pobytu w Barodzie chcemy jeszcze odwiedzić muzeum. Okazuje się jednak, że za bilety mamy zapłacić po 200 rupii, bo niedawno podnieśli ceny. Irytuje nas to mocno i rezygnujemy z tej przyjemności.

Mieliśmy w następnej kolejności jechać do Ahmenabadu, Kasia wyszukała jednak ciekawe informacje o niedalekim miasteczku Champaner, więc korygujemy plany i udajemy się w pierwszej kolejności tam.
Champaner 15-16/01/09

Musimy oczywiście podróżować autobusem lokalnym, bo do tak małych miejscowości nie docierają pociągi. Nie wiemy do końca jak tam dojechać. W autobusie jadącym plus minus w dobrą stronę młoda studentka pomaga nam na szczęście dogadać się z biletowym. Okazuje się, że mimo wcześniejszych zapewnień kierowcy, autobus nie jedzie do Champaner, tylko do miasta oddalonego o 8 km od naszego celu. Nie przeszkadza nam to, jest wciąż jasno a autobus znajdziemy na pewno z łatwością.
Champaner jest kolejnym świętym miejscem, jakie widzimy w Indiach. Główna świątynia znajduje się na szczycie góry. Co ciekawe, wokół nie ma gór oprócz tej jedynej, wystającej tu z niczego. Po samą górą jest miasteczko. Ludzie mają tu swoje domki wewnątrz starych murów. Śmiesznie to wygląda, jak przechodzi się przez bramę i zamiast zabytków widzi się wioskę - domki pełne dzieci i inwentarza. Wokół znajduje się również kilka meczetów, z których jeden robi na nas spore wrażenie.
Główna atrakcja tego miejsca to jednak góra i to co na niej. Nie wiemy do końca czemu, ale miejsce to jest na liście zabytków UNESCO. Zatrzymujemy się prawie na samej górze w hotelu, którego wszystkie domki mają małe tarasiki z pięknym widokiem na okolicę. Zostajemy to do jutra, ale równie dobrze mogliśmy spędzić tu dwa tygodnie. Spokojnie tu i po prostu ładnie.
gondolką na samą górę. Rezygnujemy z trzygodzinnej wspinaczki, bo raz jesteśmy na to zbyt leniwi, dwa nie mamy zbytnio czasu. Na szczęście z gondolką nic się nie dzieje i docieramy bezpiecznie na górę. Mimo iż jest rano, stragany i restauracyjki są już pootwierane, a pielgrzymów wokoło coraz więcej. Do tego co trzy metry można zrobić sobie zdjęcie z wielkim pluszowym tygrysem. Nie rozumiem jak to działa. Czy przyjechał tu przedstawiciel handlowy
O poranku dnia następnego wybieramy się
i wcisnął trzydzieści tygrysów lokalnym Hindusom, wmawiając im, że zrobią na nich interes życia. Ja tam zrobiłem sobie zdjęcie z dwoma ślicznymi i całkiem żywymi bawołami. A że czas gonił, to po szybkiej wizycie w świątyni, zbiegliśmy na dół i wymeldowaliśmy się z hotelu. Czas w drogę do największego miasta Gujaratu,
Ahmedabadu. Na lokalnym dworcu łapiemy autobus, który bezpośrednio jedzie do miejsca docelowego. Trasa nie jest jednak dla nas optymalna, bo po drodze zawitaliśmy jeszcze raz do Barody. Nie przeszkadza nam to jednak, bo a) jesteśmy wypoczęci, b) mamy miejsca z przodu. Jest to o tyle ważne, że z przodu nie podskakuje się tak mocno jak na siedzeniach w tyle. Co przy wielogodzinnej trasie robi naprawdę dużą różnicę.
Ahmedabad (Amdabad), 16-19/01/09

Z wielkich metropolii, które widzieliśmy, Amdabad wydaje nam się najprzyjemniejszy. Nie czuć tutaj tych blisko pięciu milionów ludzi. Lokalni nadal nas nie naciągają i nie zaczepiają, co jest bardzo miłym akcentem po tygodniach spędzonych na Goa. Znajdujemy hotel, który z zewnątrz wygląda jak z filmów detektywistycznych o przedmieściach Los Angeles. Całkiem odstraszająco. Winda jednak działa a pokój jest przyzwoity, więc jesteśmy zadowoleni.

W tak wielkim mieście musimy korzystać z rikszy. Inaczej się nie da. Nie znamy numerów autobusów, a pieszo nie możemy wszędzie dotrzeć. Ku naszemu zdziwieniu, lokalni kierowcy wydają się uczciwi. Za kurs liczą sobie zwykle nie więcej niż 20 rupii. Nie mamy wielkich planów, raczej przechadzamy się po uliczkach, eksplorujemy teren dookoła i praktycznie niczego nie kupujemy. Dopiero wieczorem udajemy się na nocny market i tu zostawiamy trochę pieniędzy. Dawno nie widzieliśmy już tak wielkiego wyboru ciuchów wyjątkowej jakości. Wszystko jest dla kobiet, więc tylko asystuję Kasi odganiając się przy okazji od mobilnych sprzedawców zegarków i tandetnych posążków. Natomiast Kasia jest wniebowzięta. Kupiła kilka par ślicznych spodni i mimo iż nie zaliczam jej do kategorii pustych durnych bab to i tak nie może się ona doczekać jak wszystko poprzymierza i się naogląda.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Przyzwyczailiśmy się już w pełni do lokalnej flory bakteryjnej. Jemy jedzenie ze straganów, pijemy lokalne kefiry i inne nabiałowe rewelacje, a nasze brzuszki nie mają nam tego za złe. Cieszy nas to, bo możemy próbować wszystkiego, co nam się zachce. Muszę przyznać, że nie mogę się oprzeć lokalnym słodyczom. Od czasu do czasu odwiedzam piekarnię i co rusz próbuję nowych rzeczy. Znaleźliśmy również miłą restauracyjkę koło hotelu, w której regularnie się
stołujemy. Z kanapkowni naprzeciwko zrezygnowaliśmy, gdy chcieli naciąć nas na rachunku. A że nie lubimy być oszukiwani, na razie nie odwiedzamy tego miejsca (choć mini-tosty i sok z musambi są tu tak wspaniałe, że chyba tam jeszcze wrócimy).

Niestety przeziębiłem się, prycham i kicham. Jak ja nie cierpię być chory w ciepłą pogodę. Powodem tego wstrętnego choróbska jest głównie różnica temperatur między dworem a klimatyzowanymi lokalami oraz przeciągi w autobusach, rikszach i pociągach (zwykle w środkach transportu nie ma okien). Na leki wydają astronomiczną sumę 30 rupii :) Za papier toaletowy płacimy zwykle więcej. Jest on w Indiach towarem luksusowym i kosztuje zwykle ponad 40 rupii, a to bardzo dużo, skoro np. butelka wody mineralnej to 10 rupii.

Jak dotychczas nie kupiliśmy jeszcze niczego nadzwyczajnie drogiego czy wyjątkowego pod kątem jakościowym. W Ahmedabadzie kupujemy pierwszy przedmiot, który mam nadzieję posłuży przez lata - starą ręczną fajkę wodną. Kupujemy ją w sklepie niedaleko przecudnie zdobionej i malowanej drewnianej świątyni. Oprócz tego chodzimy sporo po mieście, nie znajdujemy jednak nic ciekawego na wszechobecnych targowiskach. Coraz częściej zaczynamy improwizować z jedzeniem. Czasem kolację jemy w pokoju. Odkryliśmy właśnie bardzo smaczny ser - ni to żółty, ni topiony. Z bułeczkami smakuje przepysznie. Do tego rozmaite warzywa za drobne rupie, super. Praktycznie wszędzie, nawet w hotelowym pokoju, można zamówić indyjską herbatę (na mleku z masalą). Kolacja gotowa, a film na Star Movies wygląda obiecująco.

18 stycznia wybieramy się na wycieczkę do Lothalu, miejsca, w którym odnaleziono resztki cywilizacji Harappy sprzed 4,5 tys. lat. Nie będziemy w stanie odwiedzić dwóch najważniejszych miast tej cywilizacji, Mohenjo-Daro i Harappy, ponieważ znajdują się one na terenie dzisiejszego Pakistanu. Tam zdecydowanie nie zamierzamy się kierować.

Dojazd do Lothalu nie jest łatwy. Kierowca autobusu wysadza nas na środku drogi, pokazuje małą dróżkę i mówi: „6 km w tą stronę jest Lothal”. My na to „OK, jakoś dotrzemy”. Na mini skrzyżowaniu stoi kierowca dostawczego motoru klasy „Mutant” (napiszę o nim później). Zaczepia nas od razu i mówi „100 rupii!”. My się rozglądamy, koło nas trzy inne osoby a wokoło tylko pola. Nie spieszy nam się jednak i zamierzamy poczekać na lokalny autobus. Ruch jest tak mały, że przestajemy po jakimś czasie wierzyć, że cokolwiek tędy przejedzie. W końcu za 60 rupii bierzemy motor. Nie dziwne, że nie ma do Lothalu dobrego dojazdu. Wszystko co można
W dniu wyjazdu z Amdabadu mieliśmy jeszcze dwie atrakcje. Pojechaliśmy do muzeum materiałów i strojów. Zdążyliśmy na czas, bo jak się okazuje, w tym miejscu zwiedzanie odbywa się pod czujnym okiem przewodników oraz zwiedza się grupowo. Wyłącznie. Było nas ok. 20 osób. Pani przewodnik wkuła całą formułę na pamięć i na głos ją recytowała. Za nami i przed nami szli panowie w uniformach. W odpowiednim czasie zapalali i gasili światła oraz czujnie uważali, żeby nikt a nikt nie pozostał z tyłu. Czasem nawet mocno poganiali. Tak dziwnego zwiedzania nie zaliczyłem nigdy w życiu. Nie było absolutnie czasu, żeby się wszystkiemu przyjrzeć, nie mogliśmy robić zdjęć. Pani przewodnik, chcąc dodać coś od siebie (coś spoza wbitej na pamięć formułki), była tak
niemiła, że aż wręcz chamska. Mamy nadzieję, że nie ze złych chęci, tylko z niedoskonałości językowych. Ogólnie wszyscy szeptali, że jakoś tak dziwnie. Eksponaty były śliczne i zrekompensowały nam to wszystko. Szkoda tylko, że nie mogliśmy choć części uwiecznić na zdjęciach.

Druga atrakcja dnia to kino. Znowu marnujemy czas przed pociągiem oglądając bollywoodzkie historie. Dziś wybór padł na „Chandni Chowk to China”. Film śmieszny, łatwy i zjadliwy (przypominam, że rozumiemy niewiele).

Pociąg najwyraźniej startuje z Amdabadu, bo nie dość, że nie był spóźniony, to wjechał na peron wręcz wcześniej. Naszym celem jest Diu. Nie możemy tam dojechać bezpośrednio, dlatego najpierw udajemy się do miasteczka Veraval.

Pociąg Amdabad-Veraval, 19-20/01/09

Dzisiejszą sekcję refleksyjną poświęcę dwukołowcom. W Indiach bardzo mało ludzi posiada swój własny samochód. Jest to nie dość że luksusowa przyjemność, na którą niewielu stać, to dodatkowo pali dużo benzyny. Dlatego Hindusi kupują rowery, skutery, mopedy i motory. Naprawdę widać to na pierwszy rzut oka, że dwuśladowce rządzą indyjskimi drogami (rządzą znaczy, że jest ich dużo, nadal jednak muszą ustępować pierwszeństwa większym, czyli rikszom, samochodom, ciężarówkom i krowom).

Ktoś zada pytanie: „Ale przecież Hindusi mają duże rodziny, to jak sobie radzą bez samochodów?”. Otóż dla chcącego Hindusa nic trudnego. Rodzina, czyli mama, tata i trójka dzieci, mieszczą się przecież na motorze bez problemu. Czasem jedno dziecko jest bardziej ściśnięte, ewentualnie pojedzie na baku od benzyny. Tutaj obowiązuje zasada: do czasu, gdy utrzymujesz równowagę, pakuj na motor ile się da. Nie oznacza to tylko ludzi, oczywiście. Towary też mieszczą się idealnie na dwukołowym transporcie. W przypadku skuterów, idealne miejsce na bagaż to wolna przestrzeń na nogi przed kierowcą. Nie raz widzieliśmy tam butle gazową, duży bagaż, jedno lub dwa małe dzieciaki stojące i uśmiechające się wesoło. Na dodatek do motoru można po obu bokach podpiąć różne rzeczy, np. 8 dużych kanek na mleko (tak na oko po 10 l każda), butle gazowe, bagaże i walizki, czego dusza zapragnie.

Czasem idealnym schowkiem jest przestrzeń między kierowcą a pasażerem. Naprawdę ogromne rzeczy można w ten sposób przewieźć - np. kilka worów siana. Pomysłowość Hindusów nie zna granic. Widzieliśmy już kierowców i pasażerów trzymających na głowie stoły czy drabiny. Policja nie przyczepia się do tych egzotycznych praktyk, ponieważ gdyby zaczęła, to musiałaby poświęcić większość swojego cennego czasu na wypisywanie mandatów. Na drogach indyjskich się po prostu dzieje!

Popularność dwukołowców ma wiele przyczyn. Podstawowa to z pewnością ekonomia - pojazdy te są tanie, jest wiele serwisów reperujących te cacka, mało palą i przynoszą oszczędność paliwa (średnio skuter pali 2-3 l na 100 km). Najprostszy model mopeda kosztuje 25 tys. rupii, skuter 40-45 tys., a wypasiony motor a'la Harley 85 tys. Kolejny powód popularności to łatwość prowadzenia tych pojazdów. Większość z nich jest w pełni automatyczna. Mi osobiście zajęło to dzień, żeby poczuć się pewnie za kierownicą. Dlatego właśnie w Indiach skutery prowadzą wszyscy, od małych dzieci (najmłodsze, jakie widzieliśmy, nie mogło mieć więcej niż 8 lat) przez dziewczyny w saree po ludzi naprawdę starych.

Dodam, że prowadzenie jest dość bezpieczne, bo średnia prędkość ruchu w miastach to jakieś 40 km/h. Lokalni są też przyzwyczajeni do chaosu. Niestety świat motocyklowy ma też ciemną stronę. Część kierowców. Prowadzi swoje pojazdy w sposób iście szaleńczy. Cisną gaz i klakson, jeżdżą pod prąd, po chodnikach, rozmawiają przez telefon. Widzieliśmy nawet chłopaka, który jadąc przez spory tłum ludzi pisał SMSa. O zgrozo, Hindusi są z reguły oszczędni i niechętnie włączają światła (w miastach nawet w nocy).

Na sam koniec małe studium przypadku. Firma Honda zdominowała totalnie indyjski rynek motorów. Dwie marki, Honda Activa (skuter) i Honda Hero (motor) niepodzielnie rządzą drogami. Nie przesadzę chyba gdy napiszę, że z 80 proc. skuterów i 50 proc. motorów to właśnie Honda.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
tu zobaczyć to mini-muzeum, małe pole starych fundamentów i resztki portu miejskiego. Dziwnie się czyta o tym miejscu jako o porcie rzecznym handlującym swoimi towarami nawet z Egiptem. Dziwnie, ponieważ wszędzie dookoła jest sucho. Rzeki dawno temu wyschły i napełniają się teraz wyłącznie podczas monsunu. Oprócz tych dwóch atrakcji nie ma już nic. Nie jeździ stąd żaden autobus, więc musimy się jakoś dostać do głównej drogi 6 km stąd. Na szczęście po jakimś czasie udaje nam się złapać stopa. Zabiera nas młoda
para, która też przyjechała dzisiaj do Lothalu na wycieczkę. Dzięki nim docieramy na stację autobusową w pobliskim mieście, gdzie łapiemy autobus do domu.
Jadąc z powrotem, ciągle myślę o tym, co dziś zobaczyliśmy. Parę tysięcy lat temu Harappańczycy wytwarzali ceramikę, biżuterię, nawet gry planszowe. Precyzja, z jaką wytwarzano ozdoby z kości i kamieni półszlachetnych, jest zadziwiająca. Cegły, z których budowali miasta, wykorzystali Anglicy tysiące lat później przy budowie kolei w XIX wieku. Obcowanie z tak daleką historią pozostawia we mnie niezmazywalne wspomnienie.