31/01 - 02/02/2009 Dwarka

Gdy wyjeżdżaliśmy z Diu, było jeszcze ciemno. Pożegnaliśmy myszy grasujące  w blaszanym domku i podjechaliśmy rikszą na dworzec, gdzie o mało nie przegapiliśmy autobusu do Porbandaru. Zamiast wjechać na dworzec zatrzymał się na poboczu głównej ulicy. Powoli zaczęło robić się jasno, a że podróż była długa, mogliśmy do woli podziwiać krajobrazy i drogi tak różne od tych na Diu.

Dziury nie pozwalały kierowcy rozpędzić się bardziej niż do jakichś 40 km/h, przynajmniej na początku podróży. W pewnym momencie droga się skończyła
a autobus, podskakując po gruzach, zjechał w koryto rzeki. Powolutku, pomalutku wjechaliśmy w wodę – nikt nawet nie mrugnął okiem, uznaliśmy więc, że to normalne. Po prostu zabrakło mostu i trasa szła przez bród :) Przynajmniej umyliśmy podwozie. Po drodze zatrzymaliśmy się przy targowisku, a pomocnik kierowcy podskoczył szybciutko po siatkę warzyw. W jednej z wiosek siatkę odebrała kobieta, pewnie żona kierowcy :)
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Rajasthan
Indie 2.0 - Gujarat II
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Posłuchaj, jak może skrzypieć autobus - i to nie na bezdrożach, a na zwykłej międzymiastowej trasie
Porbandar - Dwarka
Z Porbandar do Dwarki zostały już tylko trzy godziny. Dziwaczne miasto, Dwarka. Wygląda jakby kończył się tu świat. Domy są niskie, sporo suchej zieleni i piachu, ludzie dziwnie się ubierają, a wokół pustka. Z trzech stron jest morze, słońce praży jak oszalałe, a ospałe muchy obsiadają wszystko i wszystkich. Jest tu jednak bardzo miło, tak miło, że zostaliśmy dzień dłużej. Wąskie uliczki wokół świątyni Krishny mają w sobie jakąś magię, podobnie jak białe tradycyjne stroje mężczyzn i bordowe fatałaszki kobiet.

Dwarka to miast Krishny, który przeniósł się tutaj po ucieczce z Mathury. Dziś jest to jedno z najświętszych miejsc w Indiach. Pod morskimi falami archeolodzy znaleźli pozostałości pięciu jeszcze starszych miast. Archeologicznie dzisiejsza Dwarka raczej nie zachwyca, choć gdzieniegdzie widać a to malowniczy łuczek, a to drzwi jak z bajki, a to jakieś kamienne zdobienia o niemożliwym do określenia wieku.
Dość długo szukaliśmy hotelu - wszystkie, jakie widzieliśmy, były jakieś obskurne. Zdecydowaliśmy się w końcu na dość drogą opcję, za to z TV, balkonem, czystym łóżkiem i olbrzymią łazienką. Dość trudno przyzwyczaić się do godzin otwarcia restauracji w Gujaracie. Między 15 a 18 nie da się tu nic zjeść, bo nawet jeśli restauracja jest otwarta, to serwuje tylko przekąski, a kuchnia ma przerwę :) My tymczasem notorycznie głodniejemy około 16...
Jednego wieczoru usiedliśmy w pustej restauracji obok hotelu, zaraz po tym gdy otworzyli kuchnię. Zamówiliśmy jedyne, co było - thali. Nagle pojawiły się dzieciaki - mnóstwo dzieciaków, chyba z jakiegoś przytułku, bo wyglądały kiepsko. Obsiadły wszystkie stoliki łącznie z naszym, część zaś się nie zmieściła i czekała pod ścianą na swoją kolej. Było ich ponad 60! 60 par oczu skierowanych na nas, którzy niepewną jeszcze ręką nabieraliśmy chapatkami sosy zmieszane z ryżem i pakowaliśmy do ust. Nie pierwszy i nie ostatni raz jesteśmy niczym eksponaty w muzeum, a mimo to jakoś zawsze pojawia się jedna myśl - wiejmy stąd!!! Choć trzeba przyznać, że rzadko jak dotąd mieliśmy okazję najeść się tak smacznie za 40 rupii :)
02/02/09 Dwarka – Bhuj

Wieczorem, zaraz po odebraniu białego stroju, zjedliśmy kolację i wsiedliśmy do nocnego autobusu jadącego do miasta Bhuj. Późno zdecydowaliśmy się na przejazd, nie mieliśmy więc wyboru jeśli chodzi o miejsca – zostały tylko dwa na
samym tyle autobusu. Jak wiadomo, tam najbardziej trzęsie - ale nic to, bierzemy. Mając w pamięci ostatnie przygody z nocnymi złodziejami kosmetyków, nie chcieliśmy ryzykować i wzięliśmy plecaki na pryczę. Upchnęliśmy je na sztywno i jedziemy.

Hmm, że będziemy podskakiwać - było oczywiste. Ale że aż tak to naprawdę nie przypuszczałam. Skakaliśmy tak, że nie bardzo dało się rozmawiać, ba - nawet oddychać równomiernie się nie dało. Kilka razy podskoczyłam na parę centymetrów w górę :) Nie udało mi się zasnąć na dłużej niż chwilę, ale przeżycie było warte nieprzespanej nocy. Dospaliśmy parę godzin w hotelu, a zmęczone umysły jakimś cudem potrafiły zignorować dźwięk budzącego się do życia miasta. Głusi na ryki z meczetu, szczekanie psów i klaksony, zasnęliśmy momentalnie ciężkim snem.
03/02/09 Bhuj

Bhuj to kolejne klimatyczne miasto z wąskimi uliczkami w swej najstarszej części. Co jednak zdecydowanie wyróżnia je spośród innych to stopień zniszczenia wielu budynków. W XIX wieku, a także kilka lat temu, miały tu miejsce okrutne trzęsienia ziemi. Pierwsze zmieniło bieg rzeki i zamieniło Kachchh w pustynię. Drugie pochłonęło 10 proc. z ponad miliona mieszkańców i zrujnowało zabudowę miasta. Niektóre budynki do dziś leżą w gruzach, na niektórych widać połatane cementem pęknięcia. Najbardziej chyba szkoda starych pałaców. Prag Mahal stracił górną kondygnację, runęła także większa część skrzydła dla kobiet
W świątyni Dwarkadheesh nie można niestety robić zdjęć. W weekend jest tu mrowie ludzi, dlatego ze zwiedzaniem poczekaliśmy do poniedziałku - było w miarę pusto. Ciekawe, czy kiedyś wyzbędę się uczucia, że jestem tu jakoś nie na miejscu. Co wolno, czego nie? Gdzie iść, czego dotknąć? A czego nie dotykać? Jakoś nigdy nie jest to w hinduskich świątyniach do końca jasne.

Znaleźliśmy krawca, który uszył Maćkowi popularny tu tradycyjny, gujaracki strój: spodnie obcisłe na łydkach i bardzo luźne nad kolanami, do tego śmieszna
koszula, lekko przykrótka, z mocno plisowanym dołem przypominającym dziecięcą sukienkę. Krawiec miał z 70 lat i na pewno niezłe doświadczenie, ale pierwsze wrażenie przy składaniu zamówienia zrobił na nas nie najlepsze. Ręce trzęsły mu się tak mocno, że nożyce latały na kilka cm w jedną i w drugą stronę. A proszę - mimo to ciął równo. Strój nie pozostawia nic do życzenia :) Z materiałem (7 m) całość kosztowała nas 500 rupii, z czego robocizna 150. Uszycie stroju zajęło dziadkowi raptem 1 dzień.
04/02/09 Bhuj, Bhujodi, Ajrakhpur

W Bhuju można bez trudu wynająć samochód z kierowcą, który obwiezie turystę po okolicznych wioskach, słynnych ze zdobnictwa wszelkiej maści. Taką opcję zostawiamy sobie na później, a dziś postanowiliśmy spróbować własnych sił. Dlatego z rana wsiedliśmy w autobus, który wyrzucił nas niedaleko Bhujodi, całkiem sporej wioski specjalizującej się w tkaniu pięknych szali. Większość osób trudni się tu tkaniem od wielu, wielu pokoleń. Jest tu aż 200 krosien, a tkacze pracują non stop za wyjątkiem ważnych świąt, ślubów itd. Nie wiedzieliśmy do końca, jak zwiedzać to miejsce – przeszliśmy się więc głównym klepichem zaglądając nieśmiało przez płoty. Trafiliśmy idealnie. Hindus, który machnął na nas z jednego z zakładów okazał się wspaniałym gospodarzem.
z pięknie zdobionymi balkonikami. Miejsce to robi dość dramatyczne wrażenie - w dziurawym suficie zalęgły się gołębie i papugi, które latają sobie tam i siam po pałacowych salach i korytarzach. Tu i ówdzie stoją lub wiszą paskudne, spróchniałe, wypchane trocinami zwierzęta, przez pobite witraże zaglądają do wnętrz
promienie słońca, które nie wiadomo czemu nie dają światła. Całość nadawałaby się idealnie jako sceneria do jakiegoś filmu grozy. Europejskiego, bo wzornictwo przypomina nasze europejskie pomieszanie z poplątaniem - lilie, gryfy, rozetki, rzymskie rzeźby, ani krztyny motywów indyjskich.

Z kolei drugi pałac, Aina Mahal, wygląda jakby miał za chwilę pęknąć w szwach od nagromadzonych eksponatów. Pozostały dwie sale, może trzy, w których poupychano kufry, palaquiny, tkaniny, naczynia, biżuterię, trochę chińskiej tandety, obrazy itd. Raja miał tu fantastyczną chilloutownię - pośrodku sali znajduje się coś a'la tron, wokół poduchy, wałki i dywany, na których siedzieli muzycy, a wszystko to na
lekkim podwyższeniu, otoczone fontannami i basenem, po którym pływały małe drewniane stateczki. Nad nimi, wisiały olbrzymie szklane lampiony, które w czasach, gdy jeszcze świeciły, musiały nadawać pomieszczeniu niesamowity klimat.

Wieczorem wybraliśmy się do kina. Grali tylko „Luck by Chance”, czy jakoś tak - film o początkujących aktorach stawiających czoła brutalnemu światkowi Bollywood. Ciekawą ma tu pracę obsługa kina. Podczas seansu przechadzają się po sali z latarką zaglądając pomiędzy rzędy siedzeń. Po co? Nie wiem, może czegoś szukają, a może pilnują, by osoby z biletem „Front” (25 rupii) nie przesiadały się do „Back” (40 rupii), a osoby z „Back” do „Box” (60 rupii), czyli najwygodniejszych siedzeń z samego tyłu sali. Lub, nie daj boże, żeby nikt nie teleportował się na balkon, gdzie za 70 rupii mogą siedzieć tylko wybrańcy :)
O umówionej porze wróciliśmy do Devji Vankara, którego żona przygotowała obiad. Zostawiwszy buty przed domem siedliśmy na rozłożonym na podłodze kocu i czekając na jedzenie rozglądaliśmy się dyskretnie wokoło. Devji to dość bogaty człowiek, prowadzący chyba całkiem sielankowe życie. Ma dość spory dom z przyjemnym, zacienionym podwórkiem. Mieszka tu 12 osób - od maleńkich dzieci do bezzębnej babci. Siedzieliśmy w pokoju z TV niedaleko kuchni. Nie używa się tu szaf w takim wydaniu, jakie znamy - zamiast nich są wgłębienia w ścianach. Rzeczy upycha się także na idącej pod sufitem wzdłuż ścian głębokiej półce. Łóżka nie ograniczają się tylko do sypialni - ktoś najwyraźniej śpi także na podwórku, w zacienionym kącie.

Żona Devji podała nam po chwili metalowe talerze z miseczką warzyw w ostrym sosie, kilkoma chapatkami, maślanką i pyszną, naprawdę pyszną słodką ryżową papką zwaną sujhi. Chapatki posmarowaliśmy ghee - sklarowane masło od własnej krowy przypominało kolorem idealnie czysty miód. Najedliśmy się bardzo smacznie, wręcz przejedliśmy. W pokoju podczas posiłku nie było kobiet - jadły w sąsiedniej kuchni. Podobno gdy są goście rodzina nie je razem.

Przez cały czas biegała dookoła nas mała dziewczynka, Gita. Wokół oczu miała czarną obwódkę - to kajal, którym od tysięcy lat smaruje się powieki dla zdrowia i urody. Dziś można go oczywiście kupić w sklepach kosmetycznych, ale gospodarz pokazał nam, jak się go przyrządza domową metodą. Obok głównej kuchni jest gliniana przybudówka, a tam piecyk z żarzącym się węglem. Na lekkiej glinianej konstrukcji piecyka kładzie się coś w kształcie talerzo-patelni, najlepiej także z gliny. Przyrządza się na niej chapati, roti itd. Od spodu robi się osad z węgla. Wystarczy go zdrapać, połączyć z ghee i gotowe :)
Gospodarz pozwolił nam na chwilę usiąść przy drewnianej maszynie, takiej jakich używa się tu od setek lat, i spróbować własnych sił jako tkacze. Mam wrażenie, że przy odrobinie wprawy dałoby radę wykonać parę cudeniek - niestety wszystkie krosna były zajęte, nie wypalił więc pomysł, by zrobić coś samemu od początku do końca.

Zostaliśmy zaproszeni na później na obiad. Posmęciliśmy się zatem przez chwilę po wiosce, odwiedzając m.in. komercyjny i przeraźliwie nieciekawy twór,
jakim jest tutejszy „park” - kilka nowych domków, w których można kupić (drogo) bogato zdobione tkaniny, lusterkowo-błotne obrazki i skórzane buty, całość porośnięta pieczołowicie pielęgnowaną trawę, ogrodzona białym płotem i mająca dramatycznie niewiele wspólnego z indyjską rzeczywistością.
Opowiedział nam najpierw o farbowaniu jedwabnej i bawełnianej przędzy. Dość oczywiste jest, że w dzisiejszym świecie stosuje się głównie sztuczne barwniki o mniej lub bardziej jaskrawych kolorach. Są wydajne, tanie, dają intensywne barwy tak bardzo kochane przez Hindusów. Nieco mniej oczywiste jest natomiast to, że nadal wykorzystuje się tu także barwniki naturalne. I to głównie z... warzyw :) I innych roślin. Żółty kolor uzyskać można z kurkumy, czerwony z drzewa lakh, pomarańczowy z patang lakhli (cokolwiek to jest), niebieski z indygo, zielony z indygo i kurkumy itd. Najpierw trzeba namoczyć
włókna, najlepiej na całą noc zostawić je w zimnej wodzie. Następnego dnia do wody dosypuje się sproszkowany barwnik i gotuje na silnym ogniu ok. 30-40 minut. Co ciekawe, kolor nie wyjdzie bez słońca - początkowo podobno świeżo zafarbowane nici są blade i szarawe. Dopiero suszenie na słońcu sprawia, że wychodzą kolory.
Po obiedzie pożegnaliśmy się i odmówiwszy popołudniowej drzemki poszliśmy na autobus do Azrakhpur. Siedząc na poboczu i wyglądając wielkiego metalowego pudła przykuwaliśmy uwagę miejscowych - wygląda na to, że turyści jeżdżą tędy chyba tylko prywatnymi jeepami. Któryś z kolei autobus jechał w końcu w dobrą stronę - kierowca wysadził nas na jakimś bezludziu, skąd na szczęście nie było daleko do wioski słynącej z techniki zdobienia tkanin zwanej blockprinting. Nie zagłębialiśmy się daleko, bo na samym początku wsi trafiliśmy na pokaźnych rozmiarów zakład Ismaila Mohammada Khatri'ego.
Od dziewięciu pokoleń wytwarza się tu pięknie zdobione materiały. Technika ta znana jest od tysięcy lat i polega na odbijaniu wzorów drewnianymi pieczątkami na tkaninie. Można rzecz jasna używać sztucznych barwników, jednak u pana Ismaila stosuje się głównie te tradycyjne, uzyskiwane z przeróżnych naturalnych składników. Co najważniejsze, kolory trzeba nakładać w odpowiedniej kolejności - część z nich potem spłukuje się w wodzie, część zostaje i tworzy wzorki, które niezwykle łatwo pomylić z produkcją fabryczną. Odróżnia je wyłącznie lekka niedokładność - różne pieczątki
przybija się po kilka razy jedna na drugiej i czasem nie uda się ich idealnie wycentrować. Proces ten jest naprawdę niezwykle ciekawy. Najpierw trzeba oczywiście wyrzeźbić same pieczątki - w warsztacie pana Ismaila stały ich całe pudła, wszędzie. Część z nich pewnie bardzo stara, część z nowoczesnymi elementami. Także i materiał potrzebuje przygotowania. Przez całą noc moczy się białe płótno w wodzie, po czym nasącza się go roztworem kurkumy. Nabiera lekko kremowego koloru. Pierwsza warstwa to mieszanka gumy arabskiej i limonki. Nakładane na nią kolory nie przyjmą się w tym miejscu i po płukaniu zostanie tam obszar kremowy. Kolejna warstwa to mieszanka żelaza (wygotowanego z zardzewiałych prętów w stojącej na podwórku beczce z dodatkiem cukru), jagri, tamrin i wody - powstaje w ten sposób kolor czarny. Następnie kładzie się warstwę gliny zmieszanej z alum. Na to wędruje indygo, które najpierw trzeba namoczyć w wodzie z solą, cukrem, limonką i sodą. Ten sam kolor
można też otrzymać sztucznie lub przy pomocy wywaru z roślinki zwanej nil (nila = niebieski). Ma malutkie listki i to one podobno w jakiś magiczny sposób dają niebieski kolor.
Po warstwie indygo czas na kąpiel. Czarno-granatowo-szaro-budy materiał wędruje na podwórko, gdzie w specjalnym zbiorniku wodnym stoją zanurzeni po kolana pracze. Moczą materiał i uderzają nim z całej siły o betonowy murek, a czarnoniebieska woda pryska malowniczo we wszystkie strony. Gdy po wypraniu materiał wyschnie, nadchodzi czas na czerwień uzyskiwaną z henny, korzeni rabarbaru lub alserinu. Pomarańczowy kolor daje korzeń rośliny zwanej madder, a granat i kurkuma dają ładny odcień pomiędzy czerwonym a pomarańczowym. Potem znów pierze się materiał i suszy na piachu - gdy wyschnie, jest gotowy do sprzedaży.

W przeciwieństwie do starego Szweda, który zrobił spore zakupy, nie kupiliśmy nic, na szczęście gospodarze nie byli nachalni i rozumieli, że przyszliśmy się raczej czegoś nauczyć niż kupować. Tym bardziej, że ceny były dużo wyższe niż
w Bhuju.

Całkiem łatwo złapaliśmy miniautobus z powrotem do miasta. Po drodze zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej - stojąca obok kolorowa ciężarówka zatankowała na naszych oczach 352 l paliwa! Kierowca zapłacił zawrotną sumę 12 939,90 rupii! Fakt, że benzyna jest tu dużo tańsza niż gdzie indziej - 36,78 za litr w porównaniu do 43 rupii. Albo jest tu naprawdę tanio, ale nie zauważyłam, że tankują Diesla. Whatever :)
05/02/09 Bhuj

Odwiedziliśmy dziś rano muzeum, które owszem, było całkiem ciekawe, ale uprzykrzały nam życie dzieciaki biegające za nami od gabloty do gabloty i gapiące się na nas z otwartymi buziami niczym na wybitnie ciekawy eksponat. Kupiliśmy tu kilka naprawdę unikalnych książek, m.in. nuty z komentarzem do kilkunastu rag. Z muzeum, w koszmarnym upale i wciąż na czczo, potuptaliśmy do posterunku policji, żeby uzyskać pozwolenie na wjazd do wybranych wiosek na północ od miasta. Przyjemna musi być praca takiego urzędnika. Długo, nie
spiesząc się, wypisuje kwitki, wypełnia papiery, układa je na kupki, przegląda paszporty. W tle sączy się muzyczka, chłodno tu i cicho. Przypuszczam, że taki urzędnik jest bardzo zadowolony ze swojej pracy. Jest ważny, bo pracuje na policji. Coś od niego zależy, zarabia wystarczająco, żeby z raz do roku pojechać może na jakieś wakacje. O ile lepsze to, niż taki sprzedawca napojów - ciuła rupię do rupii, co rano stojąc pod płotem z drewnianym wózkiem i sprzedając picie za kilka rupii, dzień w dzień, od małego, robiąc minimalną marżę.
Umówiliśmy się z przewodnikiem, który zaczepił nas wczoraj i zaproponował wycieczkę autem po plemiennych wioskach. Mówił o tysiącu rupii za cały dzień, co wydawało się dobrą ceną. Zaproponował nam trasę, my nałożyliśmy poprawki i już prawie dobiliśmy targu. Ostatni raz dopytaliśmy się o cenę i nagle wyszło szydło z worka. 1000 rupii to tylko gaża przewodnika, do tego musimy zapłacić za wynajem samochodu - 10 rupii za kilometr, co oznacza w najlepszym przypadku dodatkowe 1500 rupii. Prawie wykopaliśmy oszusta za drzwi. Ciekawe, zastanawialiśmy się, kiedy by sobie „przypomniał”, żeby powiedzieć nam o dodatkowych kosztach. Najpewniej po fakcie :)Już bez wahania postanowiliśmy więc skorzystać z usług przewodnika polecanego przez nasz hotel. Myśleliśmy wcześniej, że szacunkowe 1600 rupii to wysoka cena. Okazało się jednak, że nie - nie dość, że przewodnik zażądał tylko 1300, to wydaje się miły i kumaty. Start - jutro rano.

Na kilka słów komentarza zasługuje też pewna restauracja Jhanta Bhonjalay położona niedaleko dworca autobusowego. Tą niewielką jadłodajnię prowadzi lekko ślepawy dziadek ni w ząb nie mówiący po angielsku. Można się z nim jednak dogadać plątaniną hindi-angielsko-migową. Mają tu pyszne special lassi (lassi z domieszką jakichś kolorowych syropów i wkładką z suszonych owoców i orzechów). Co ciekawe, po zamówione jedzenie pracownicy biegają do restauracji obok - pyszna pomidorowa zupa (25 rupii) w tamtej kosztuje 45 rupii, a jest identyczna, wręcz podawana w tych samych miskach. Do tamtej restauracji biegają też po ryż, piekielnie wręcz ostry. Co robi tu kucharz? Chyba wyłącznie thali :)
 
 
 
 
 
 
06/02/09 Bhuj, Bhirendiara, Hodka, Dhordo

O umówionej porze pojawił się nasz przewodni Shakur. Czekał nas cały dzień jazdy pięknym turkusowym Ambasadorem. Owszem, stare to pudło, przerdzewiałe niemalże na wylot, ale za to kolor ma niezwykły. Shakur co miesiąc maluje go na inny kolor – ostatnio był czerwony, a za miesiąc będzie zielony lub różowy :) Podjechaliśmy na stację, gdzie Shakur zatankował nie gasząc silnika, po czym popyrkaliśmy powoli na północ od miasta.

Nasz pierwszy przystanek to Bhirendiara, niewielka wioska, której życie toczy się wokół skupionych przy trasie budek z jedzeniem, herbatą i papierosami. W największej budzie jest telewizor, przed którym jak zaczarowani siedzą mężczyźni w każdym wieku i oglądają jakieś Bolly-filmy. Atrakcyjniejsza dla turysty jest część wioski znajdująca się po drugiej stronie drogi. Są tu tradycyjne harijańskie domki z gliny i krowiego łajna, kobiety i dzieci chodzą ubrane we wszystkie kolory tęczy nieco bez ładu i składu połączone w długie choli bez pleców,
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
materiału, który nie wyglądał na nic użytkowego, a był chyba pokazówką dla takich jak my. Coś tam powyszywała przez chwilę, zerkając na męża wzrokiem zdającym się pytać: „Długo jeszcze? Mogę już skończyć?”. Chciałam zrobić jej zdjęcie: „Photo rupia!”. Chcesz zdjęcie - daj kasę. Eeee.... Odjechaliśmy turkusowym zardzewiakiem mocno rozczarowani.

Kolejna wioska, Hodka, miała niestety podobny charakter. Kierowca zostawił nas i pojechał gdzieś się pomodlić. Gdy tylko pojawiliśmy się na podwórku, oblazły nas kobiety i dzieci. Daj długopis! Kup bransoletkę! Chodź kup moją narzutę! O, nie masz kolczyków - kup kolczyki! Kup poszewkę na kołdrę, bla bla :) oddałam jednej z dziewczynek jedyne co miałam oprócz aparatu, czyli spinkę do włosów. Znów chciałam się czegoś
Gdy tylko weszliśmy na ubite gliną podwórko, skupiły się na nas oczy wszystkich mieszkańców, żądnych przywiezionych przez turystę rupii. W jednym z domów mieszkał muzyk - zaprosił nas do siebie, przygotował gliniany dzban, na którym zamocował kozią skórę, związał sznurkiem, namoczył i zaczął grać, drugą ręką uderzając o metalową miskę (posłuchaj). Zbiegły się dzieciaki, kolega przygrywał na dzwoneczkach - wszystko pięknie, ale na końcu usłyszeliśmy, że można kupić płytę, która kosztuje jedynie ileś tam rupii, możemy również kupić instrument, bo ludzie kupują.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
spódnice i chusty. Noszą mnóstwo biżuterii. Dziewczynki mają w każdym uchu dokładnie sześć kolczyków: cztery długie, sztywne srebrne ciężarki w górnej części małżowiny, do tego w miejscu gdzie normalnie znajduje się dziurka jest jeden duży okrągły kolczyk,
a dodatkowo przedziurawiona jest także główna chrząstka trzymająca uszy na boki. Znajduje się w niej wielki kulisty lub lekko stożkowaty kolczyk, który niemalże szczelnie wypełnia wgłębienie ucha. Kobiety dziurawią sobie także pozostałe części uszu (o ile starcza jeszcze miejsca) i nos. Nad łokciami noszą białe plastikowe bransoletki, grube, wielkie i ciężkie, dawnej wykonywane z kości.
Uciekliśmy z kolegą od dzwoneczków do innego domku, starszego niż pozostałe, z drewniano-trawiasto-bambusowym dachem. Od razu na ziemi wylądowała sterta narzut na łóżko, poduszek, pokrowców na telefon, ciuchów itd., zdobionych harijańską lusterkowo-kolorową metodą. Spytałam, czy można gdzieś zobaczyć, jak robi się takie zdobienia.

- Tak tak, moja żona to robi, chwileczkę - zawołał żonę, która grzecznie przydreptała nie wiadomo skąd, trzymając w dłoni tobołek z nicią i skrawkiem
nauczyć, usiadłam więc w cieniu, a babka w okularach poszła do domu po kawałek szmatki, igły i nitkę. Pokazała mi szew, pozwoliła zrobić dwa czy trzy oczka i zabrała szmatkę. W tym czasie inne kobiety obmacały moje włosy, dreda, puste dziurki w uszach, obejrzały dokładnie tobołek, buty, inspekcja nie ominęła także pierścionka.

- This silver? - zapytała pseudo nauczycielka.
- No, white gold - nie zrozumiały. - Safed gold - dodałam.
- Aaaaa.... You buy bracelet, you buy earings!
Uff, w końcu odnalazł się Maciek i zabrał mnie z babskich sideł :) Ciekawe, że rodziny nie spędzają tu czasu razem. Mężczyźni siedzą z mężczyznami w jednej części wsi, kobiety zaś przesiadują z kobietami, pilnując dzieci i domostw. Szkoda, że nie można zobaczyć jak wyszywają te wszystkie cudeńka. Mają najwyraźniej spore zapasy i chcą je koniecznie wcisnąć turyście. Także z tej wioski wyjechaliśmy zawiedzeni.

Za to trzecia wioska, Dhordo, okazała się niezwykle przyjazna. Trafiliśmy do przyjacielskiej, muzułmańskiej rodziny - są tak otwarci i chętni do przekazywania wiedzy, że czasem ponoć nieprzychylnie patrzą na nich
pozostali mieszkańcy. Urocza żona gospodarza mówi całkiem nieźle po angielsku, a że chce wykorzystać
każdą okazję, by ćwiczyć ten język, to chętnie poświęciła kilka chwil na rozmowę z nami i naukę podstawowych szwów. Pokazała mi główny, najczęściej używany ścieg, pokazała też, jak przymocowuje się lusterka i jak je przygotować. Pozwoliła też pozachwycać się jej arcydziełami bez zmuszania nas do kupna - wręcz rozumiejąc ograniczony budżet podróżnika. Nie chciała, by robić jej zdjęcia - a szkoda.

Kolejny punkt programu to coś, czego zdaniem wczorajszego przewodnika-krętacza-
nie-potrzebującego-żadnych-pozwoleń-syna-ważnego-tatusia-policjanta
nie dało się
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
zobaczyć. Kilka kilometrów od Dhordo zaczyna się wielka gujaracka pustynia - Great Rann of Kutch, która po 60 km przechodzi w Pakistan. Swoją drogą właśnie dlatego do najdalej położonych miejsc potrzebne są pozwolenia - strefa przygraniczna pozwala na odrobinę uwielbianej w Indiach biurokracji. Pozwolenie dostaje się automatycznie, do dowolnej liczby wiosek na kilka dni. Wystarczy pokazać paszport, wypełnić kilka papierków i już. Może dzięki temu łatwiej zniechęcić nieproszonych gości z Pakistanu do przekraczania granicy - każdy kto nie ma tak łatwego do zdobycia pozwolenia jest podejrzany, a policji w tych okolicach sporo.
W każdym razie nie o samą pustynię chodzi, a o jej spory kawałek - przez pierwsze 20 km od Dhordo zamiast piasku pustynię pokrywa... sól. Morze w porze monsunowej wylewa się na pustynię, a gdy się cofnie i wyparuje, zostaje biała jak śnieg sól. Po sam horyzont, na prawo i lewo, gdzie okiem nie sięgnąć sama sól. Miejscami twarda jak kamień, miejscami lekko podmokła, tworzy grubą warstwę, pod którą jest zwykłe błoto i trochę robaków. Nie widać go jednak - wszędzie jest biało, kompletnie biało, a odbijające się od soli promienie słońca rażą tak mocno, że nie można na niczym dłużej skupić wzroku.
Gdy wracaliśmy, zatrzymaliśmy się przy posterunku straży granicznej. Żołnierze, którzy wcześniej po przejrzeniu naszych dokumentów i krótkiej rozmowie z przywiezionym z Dhordo przewodnikiem zezwolili na wjazd,
zatrzymali nas pytając o wrażenia. Pozowali z nami do zdjęć i sami sobie robili zdjęcia z naszym aparatem na szyi, cali podekscytowani - bardziej jak chłopcy niż żołnierze.

W drodze powrotnej podpompowaliśmy w Dhordo oponę, z której zeszło powietrze. Niestety to nie wystarczyło, bo po parunastu minutach zatrzymaliśmy się na pustkowiu - trzeba zmienić koło. Dobrze, że było, bo wokół jak okiem sięgnąć nic tylko piasek i kolczaste krzaki.
Tak jak pierwsza połowa dnia była lekkim rozczarowaniem, to Dhordo i solna pustynia uratowały z nawiązką honor wycieczki. Wracaliśmy dość padnięci, ale w świetnych nastrojach. Wieczorem kupiłam nici, materiały i lusterka - będę ćwiczyć :)

Świetnym zakupem Bhujowym był również turban dla Maćka. Nie byle jaki - lekko podstarzały z czerwonego jedwabiu o długości 4,5 m, na końcu ozdobiony jest srebrną nicią. Jak na zamówienie (1200 rupii).