Dwarka, 01-02/02/09

Siedem godzin w autobusie do Porbandaru, godzina na dworcu i kolejne prawie trzy w autobusie do Dwarki mogą zmęczyć każdego podróżnika. My czujemy się mocno padnięci. Dojeżdżamy do hotelu po 17 i nie zamierzamy już dzisiaj nigdzie się ruszać. Jedyne, na co nas stać, to spacerek po okolicy i lekki rekonesans.

Miasto jest bardzo małe, trochę wąskich uliczek w centrum, świątynia ku czci Krishny oraz skromne przedmieścia. Podoba nam się jednak tutaj. Jesteśmy w mieście Krishny i jakoś czujemy jego uspokajającą obecność. Być może potęguje to uczucie fakt, że Dwarka leży jakby na końcu świata, czyli na krańcu Gujaratu. Spacerując po miasteczku i kierując się ku morzu mamy wrażenie, jakby diabeł mówił tu dobranoc. Oczywiście znowu jesteśmy atrakcją nr 1. Dzieciaki do nas podbiegają, pytają skąd jesteśmy i jak nam na
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Rajasthan
Indie 2.0 - Gujarat II
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
imię. Chyba zaczniemy przedstawiać się jako Hans i Helga z Niemiec. Może nawet pozwolimy sobie od czasu do czasu na jakieś niemiłe zachowanie (gdy cierpliwości nie starcza, człowiek zamienia się w samo zło). Zrobimy trochę czarnego PR-u Niemcom ;)

Kasia biega i szuka muszelek, znalazła jakieś dziwne kamyki i jest cała szczęśliwa.
Pierwszy raz w Indiach uszyłem sobie strój u krawca na zamówienie. Spontanicznie zamówiłem sobie białe spodnie i kamizelkę a'la wieśniak z Gujaratu. Pan mnie zmierzył, zapamiętał miarę i powiedział, że na jutro będzie gotowe. Mam nadzieję, że swoimi trzęsącymi się okrutnie łapami będzie w stanie wykonać moje zlecenie. O dziwo bierze za usługę tylko 150 rupii, a strój pasuje na mnie jak ulał. 
Jedynym ukulturniającym elementem pobytu w Dwarce jest wizyta w świątyni Krishny. Zawsze miło jest odwiedzić świątynię. Podoba mi się, że w Hindustanie na co dzień nie ma żadnych rygorystycznych ceremonii
i obrządków w świątyniach. Nie ma tutaj mszy i nudnych, niezrozumiałych formułek księży. Wierzący modli się sam, czasem pośpiewa z innymi, usiądzie sobie gdzieś i czerpie na własny sposób energię z wizyty. My nadal czujemy się nieswojo, mimo iż byliśmy już w wielu świętych miejscach.

Z Dwarki wyjeżdżamy w kulturalny sposób - nocnym autobusem sypialnym. Mamy podwójne łóżko na samym końcu autobusu, więc trzęsie nami przez całą noc jak kartoflami na wozie. Bagaże trzymamy przy sobie, bo chcemy uniknąć kradzieży jak ostatnim razem. Mimo podskoków, podróż jest przyjemna, mięśnie brzucha poćwiczyły sobie, a o poranku dojechaliśmy do miasta Bhuj.
Bhuj 03-07/02/09

Jest jeszcze ciemno, kierowca zatrzymuje autobus i oznajmia, że jesteśmy na miejscu. Od razu podbiega do nas rikszarz, krzyczy „City Guesthouse”. Hmm, dokładnie tam chcemy się zatrzymać. Musi to być jakieś bardzo popularne miejsce. Jest nadal bardzo zimno, Kasia przezornie zostawiła swój koc na wierzchu, ja muszę wyciągnąć go z plecaka, bo po prostu nie wytrzymam. Wiatr wieje, bo w rikszy nie ma ani okien ani drzwi.

Dojeżdżamy na miejsce i dowiadujemy się, że pokoje są za 250 rupii. Spodziewaliśmy się 180 (wiedza wprost z Lonely Planet), a że jesteśmy trochę zmęczeni to nie podoba nam się ta niespodzianka. W dodatku pokój jest dość mizerny, nie ma w nim okna, tzn. jest, ale wychodzi na ciemny korytarz. Decydujemy się podjechać do innego miejsca i tam spróbować szczęścia. W hotelu mówią nam jednak 500 rupii. Chcemy zostać w Bhuj'u na trochę, mamy więc ciśnienie na budżetowe lokum. Dlatego cofamy się do City Guesthouse. Chcemy zamienić jakiś pokój na jaśniejszy, wszystkie inne są już jednak zajęte. Nie spędzamy w pokoju zbyt dużo czasu, więc możemy przecierpieć jakoś przy sztucznym oświetleniu. Mimo iż podróżowaliśmy sypialnym i tak czujemy zmęczenie. Kładziemy się do łóżka i drzemiemy smacznie kilka godzin.

Centrum miasta Bhuj jest dość wyjątkowe. Dużo tu małych uliczek, krów wyjadających warzywa wszechobecnym straganiarzom oraz małych sklepików oferujących rękodzieło z całej okolicy. Zazwyczaj w sklepach nie widujemy zbyt wiele ciekawych propozycji, w Bhuj'u będziemy musieli się ograniczać. Naprawdę dużo tu ślicznych i kolorowych rzeczy, które wręcz machają do nas z wystaw. Kasi odbijają się w oczach wszystkie pozłacane bangle, kolczyki i naszyjniki. Jest ich tutaj pełno, są wszędzie, nawet w aptekach i sklepach spożywczych można kupić pozłacane błyskotki.

Niedaleko naszego hotelu znajdują się dwa muzea. Mieszczą się one w pałacach byłych Maharajów. Są one mocno podniszczone, bo Bhuj mocno ucierpiał podczas trzęsienia ziemi w 2001 roku. Większość miasta została już odbudowana, jednak zabytki noszą nadal wyraźny ślad po tamtym wydarzeniu. Odbudowa ich musi być bardzo droga i pracochłonna.
Pierwszego dnia wieczorem udaliśmy się do pobliskiej restauracji. Chcieliśmy zamówić jedno thali, ale pan powiedział, że to niemożliwe i musimy wziąć dwa. Uśmiechając się tylko i dodałem, że przecież jesteśmy w Indiach i tu wszystko jest możliwe, a pan się ukłonił i z niechęcią spełnił nasze życzenie. Nie narzekał długo. Dwie minuty po naszym zamówieniu do lokalu wpadła grupa dzieci. Było ich tyle, że organizatorzy wycieczki pousadzali część z nich na podłodze. Interes się kręci nawet mimo naszej niechęci do kupienia dwóch zestawów (nie byliśmy bardzo głodni, a dokładek nie braliśmy).
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Dwa razy widzieliśmy na mieście konwój z muzykami na przedzie (bębniarze, keyboardzista i śpiewak z mikrofonem), za nimi mężczyźni, a kobiety z tyłu. Nie jesteśmy pewni, czy to weselisko czy co takiego. Miło jednak zatrzymać się, posłuchać i uśmiechnąć się do ludzi dookoła. Poza tym towarzystwo było mocno rozbawione, dziewczyny tańczyły w najlepsze itd. Nikomu absolutnie nie przeszkadzało, że wąskie uliczki były totalnie zablokowane. Riksze czekały, rowerzyści starali się przepychać, a Kasia strzelała zdjęcia.
Pobyt w Dwarce traktujemy bardzo relaksacyjnie. Nie czujemy ciśnienia na zwiedzanie, na cokolwiek właściwie. Oglądamy trochę filmów w TV, smacznie sobie śpimy, oddychamy morzem.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
W dniu wyjazdu przyjeżdża do naszego hotelu pan Shankur. Chce od nas wziąć kilka zdjęć z pustyni, bo uważa, że pomogą mu one zdobyć nowych klientów. Nie mamy nic przeciwko temu, a w dodatku mamy darmowy transport na dworzec. Znów jedziemy Ambasadorem. Musieliśmy wziąć go na zapych, bo stara bestia o poranku była nierozgrzana i niechętna do współpracy. Jesteśmy na dworcu dobrą godzinę za wcześnie, na szczęście jednak pociąg jest już podstawiony, więc zajmujemy miejsce i grzecznie czekamy na odjazd.

Na sam koniec mały komentarz. Cztery lata temu praktycznie za każdym razem pociąg był spóźniony. Teraz, po ponad dwóch miesiącach podróży, muszę przyznać, że jednak coś w Indiach się zmienia, bo za każdym razem pociągi i autobusy są w miarę punktualne.
W pierwszym muzeum - Prag Mahal wita nas pan, pobiera opłatę za wstęp
i aparat fotograficzny, po czym łamanym angielskim zaprasza nas do środka. Widać, że już dawno nikt tu nie mieszka, pałac pełen jest gołębi i papug. Latają one wszędzie, gruchając do siebie. Wyraźnie czują się tu jak u siebie
w domu. Niewiele jest tu do zobaczenia, oprócz kilku głów jeleni, saren innych biednych zwierząt. W jednej z sal szczerzy się nawet głowa hipopotama.
Niestety eksponaty są w tragicznym stanie, większość z nich się już rozpada, co w połączeniu z fruwającymi tu i tam ptakami i ich wrzaskiem tworzy makabryczne wrażenie. Uciekamy stąd zatem do Aina Mahal. Tu widzimy sporo eksponatów, głównie z epoki Indii brytyjskich.
Drugiego dnia pobytu postanawiamy zacząć prawdziwe zwiedzanie. W tym celu musimy wyjechać z miasta, bowiem największą atrakcją Kutch'u są małe wioski porozrzucane po całej okolicy. To właśnie w nich powstają cudowne tkaniny i inne ozdobne przedmioty. Podobno mieszkańcy owych wiosek bardzo chętnie dzielą się wiedzą. Zamierzamy to sprawdzić.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
W pierwszej kolejności udajemy się do Bhujodi, wioski oddalonej od Bhuj'u o
8 km. Dojeżdżamy tu miejskim autobusem. Nie wiemy co zrobić, jak zacząć zwiedzanie. Idziemy więc jedyną uliczką wioski, rozglądamy się, odwzajemniamy uśmiechy, jednak nie do końca wiemy jak podpatrzeć miejscowych artystów. W końcu na skraju wioski zaglądamy nieco śmielej do jednego z zakładów i pytamy czy można. Można, i jak się okazuje trafiamy w samą dziesiątkę. W Bhujodi produkuje się tkaniny i to właśnie w zakładzie tkackim lądujemy z Kasią. Właściciel się uśmiecha, mówi że chętnie wszystko
nam pokaże. Zdejmujemy sandały, co weszło nam już w nawyk, i po kolei obchodzimy wszystkie stanowiska. Pięciu mężczyzn siedzi nad krosnami i cały czas produkuje piękne szle z wełny i jedwabiu. Dowiadujemy się,
że pracują codziennie, dzień wolny dostają rzadko - w wypadku śmierci lub z okazji ślubu. Nikomu to nie przeszkadza, wszyscy należą do rodziny i wspólnie pracują na majątek domu. Po krótkim przeszkoleniu siadamy z Kasią do maszyn i pod czujnym okiem specjalisty wykonujemy poszczególne ruchy. Nawet chyba nie popsuliśmy niczego. Zostajemy też zaproszeni na domowy obiad, nie możemy odmówić. W domu kobiety biegają i przygotowują wszystko, w zakładzie pracują tylko mężczyźni. Właściciel pokazuje nam pokój, w którym można kupić już gotowe produkty. Na szczęście nie naciska nas, a my kupować nie chcemy, bo drogo. Wychodzimy mocno naenergetyzowani, uśmiechy nie schodzą nam z twarzy.
Kolejnym miejscem, do którego chcemy dojechać, jest Ajrakhpur. Czekamy długo na autobus, który podrzuca nas w okolicę tej wioski. Stąd rikszą dojeżdżamy na miejsce, gdzie wita nas grupa mężczyzn piorących jakieś płótna. Uśmiechają się do nas i machają rękami, my odmachujemy i robimy zdjęcia. Okazuje się, że trafiliśmy do miejsca, gdzie zdobi się tkaniny metodą blockprintingu. Przy pomocy rzeźbionych drewnianych klocków nakłada się zworki na tkaninę, następnie farbuje się ją warstwowo.
Wszystko zostaje nam pokazane, syn właściciela oprowadza nas i z chęcią odpowiada na nasze pytania. Nie opiszę szczegółów, bo dublowałbym tylko opis Kasi, który z całą pewnością będzie zczegółowy.

Dzień jest bardzo udany. Cali podnieceni czekamy, aż zobaczymy inne wioski i kolejne
techniki zdobnicze.

Po południu w restauracji zaczepia nas młody chłopak i za 1000 rupii oferuje nam
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
pojutrze przejażdżkę samochodem po wioskach. Podoba nam się ten pomysł, postanawiamy wiec przebimbać jutrzejszy dzień w mieście i poczekać ze zwiedzaniem wiosek na niego. Jutro nie może bo zdaje jakieś egzaminy.

Przebimbać w mieście nie znaczy nic nie robić. Z rana udajemy się do miejskiego muzeum. Sporo w nim ciekawych eksponatów, przeszkadzają nam jednak trzej mali, wyjątkowo natrętni gówniarze. Przyczepili się do nas i zamiast oglądać eksponaty gapią się na nas i nie rozumieją, że chcemy mieć spokój. Nieważne, mówię sobie, nie zauważaj ich, nie ma ich, itd. podobne techniki relaksacyjne są czasem w Indiach absolutną koniecznością. W muzeum udaje nam się kupić kilka ciekawych książek. Wydajemy również w muzeum 8 rupii za zrobienie czterech zdjęć - według cennika :)

Po muzeum udajemy się na posterunek policji. Chcemy załatwić sobie przepustki do wiosek leżących na północ od Bhuj'u. Jako że leżą one blisko Pakistanu, trzeba mieć policyjne pozwolenie na zwiedzanie. Dostajemy je od ręki, a pierwsze doświadczenia z indyjskim urzędem uznajemy za bardzo pozytywne. Resztę dnia poświęcamy już tylko na dwie czynności. Piszemy dzielnie dzienniki (nadal mamy lekkie zaległości). Nadrabianie idzie jednak nam dobrze (jestem do tyłu już tylko jeden dzień). Druga czynność to zmagania z paczką. Znów nie wyślemy jej w miejscu, w którym została spakowana przez krawca. Najprawdopodobniej pojedzie z nami do Ahmedabadu i dopiero tam ją wyślemy. Wciąż nam jakoś nie po drodze na pocztę.

Spotykamy się również z naszym potencjalnym kierowcą i przewodnikiem. Jest on dobrze przygotowany, ma opracowaną trasę, ma pomysły i zna okolicę. Problem polega na tym, że zapomniał nam wcześniej powiedzieć, iż oprócz 1000 rupii swego honorarium zamierza skasować nas na 10 rupii za każdy kilometr, z tytułu wynajmu samochodu. Gdyby nie to, że dobre kilka razy się o to dopytywaliśmy nic by nie powiedział, a za cała wycieczkę przyszłoby zapłacić ze 3000 rupii. Dziękujemy mu więc grzecznie, choć nie powinniśmy - wiemy, że specjalnie próbował to zataić. Kontaktujemy się z kierowcą, którego rekomenduje nasz hotel. Pojawi się jutro o 10:00 a swoją usługę wycenia na 1300 rupii.
 
 
pierwszej wioski. Pan Shankur odpala papierosa i mówi, że mamy czas i możemy się pokrzątać po okolicy. Znów nie wiemy, jak do końca się zachować. Czy wolno nam wszędzie chodzić, robić zdjęcia? Dziwnie tak pchać się ludziom do domów. W końcu jeden młody mężczyzna zaprosił nas do swej chaty. Jest muzykiem i z wielką chęcią zaczyna dla nas śpiewać. Gra na wyjątkowym instrumencie - na gliniany pojemnik na wodę nakłada skórę, obwiązuje sznurem wokół szyjki naczynia, zwilża wodą skórę i zaczyna grać. Dźwięk tego zaimprowizowanego instrumentu przypomina niezłej jakości bęben. Kasia od razu wyciąga dyktafon i włącza go bez skrępowania.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
 
Pan Shankur pojawia się o czasie. Musimy podjechać z nim na policję, bo i on musi wyrobić sobie pozwolenie. Nasz przewodnik ma starego Ambasadora w kolorze jasnego, niebieskiego oceanu. Podobno co miesiąc go przemalowuje. Ostatnio był czerwony, w przyszłym miesiącu będzie prawdopodobnie zielony. Na policji na szczęście idzie nam gładko, więc bez zbędnego marnowania czasu ruszamy w drogę. Nasz kierowca wyraźnie oszczędza benzynę, bo nie przekraczamy 50 km/h. Nie narzekamy jednak, bo po co.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Po 40 km zatrzymujemy się na herbatę. Widzimy pustynny krajobraz. Na razie nie ma jeszcze samego piachu, zamiast tego pełno wokół gołych krzaków i brązowej, spalonej słońcem trawy. Zajeżdżamy w końcu do
W innej chatce oglądamy zdobione wyroby, nie udaje nam się jednak nigdzie podpatrzeć, jaką techniką robione są owe cudeńka. Kupować ich nie zamierzamy, bo ceny są jak z kosmosu. Wyjeżdżamy stąd z mieszanymi uczuciami - niewiele zobaczyliśmy i czuliśmy na sobie olbrzymią presję, by coś kupić.

W drugiej wiosce to samo. Wokół Kasi zebrał się tłumek dziewczyn i od razu zaczęło się: kup to, kup tamto. Ceny również zaporowe, więc nic nie chcemy. Wioski, które odwiedzamy, zamieszkałe są przez lud harijański. Mieszka on w bardzo charakterystycznych chatkach. Wszystkie mają kształt koła, zbudowane są z kamiennego wypełniacza i gliniano-gównianej zaprawy, którą oblepia się  ściany. W świeżo wybudowanych chatkach trochę trąci, w tych już wywietrzałych - mniej.

W trzeciej wiosce spotykamy dziewczynę, która rozumie, że nie jesteśmy zainteresowani zakupami i że mamy swój budżet, którego nie chcemy przekroczyć. Zamiast wciskać nam swoje wyroby, z chęcią pokazuje Kasi
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Po 15-minutowej jeździe i minięciu budki strażniczej jesteśmy na miejscu. Wokół nas pusta przestrzeń, z tyłu Gujarat, a przed nami 20 km pustyni soli. Stoimy jakby na śniegu, tylko to nie śnieg. Świeci słońce a nic się nie rozpuszcza. Wszystko to sól, po horyzont. Czujemy się, jakbyśmy byli na innej planecie. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Miejsce to nazywa się Great Rann of Kutch i jak dla mnie jest to absolutny „must” dla osób zwiedzających Gujarat. Niełatwo tu dotrzeć - bez naszego kierowcy nie udałoby się to na pewno. Niemniej jednak dotarliśmy tu i nie możemy w to uwierzyć. Sól pojawia
się w tym miejscu, ponieważ w porze monsunowej morze wylewa się na pustynię. Słone wody zatrzymują się, a w suchej porze parują, zostawiając po sobie ten kosmiczny krajobraz.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Atrakcji dziś co niemiara. Na sporym odcinku trasy prowadziłem Ambasadora, w drodze powrotnej zmienialiśmy koło, bo złapaliśmy gumę, Kasia nauczyła się sporo rzeczy i cała skacze z radości nie mogąc doczekać się wieczora, kiedy to będzie mogła wszystko przećwiczyć. Solna pustynia. Historyczne wioski z komercyjnym XXI-wiecznym podejściem do turysty. Warto było wydać te 1300 rupii plus 100 rupii dla pustynnego przewodnika.
Mamy już kupiony bilet na jutrzejszy pociąg. Gdyby nie to, prawdopodobnie zostalibyśmy w Bhuju jeszcze kilka dni. Mamy wrażenie, że ominęliśmy wiele miejsc wartych zobaczenia. Cóż, może w przyszłości jeszcze raz zawitamy do tego miejsca?
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
techniki szycia i haftu, odpowiada na jej pytania. Czujemy, że wyjazd powoli przynosi zamierzone rezultaty.

Znajdujemy się w wiosce wysuniętej najdalej na północ Gujaratu. Dalej już tylko pustynia i Pakistan. Nas jednak ciągnie w tę stronę, bo wiemy, że to właśnie tam czeka nas chyba największa atrakcja dzisiejszego wyjazdu. Bierzemy z wioski przewodnika, dzięki któremu będziemy mogli minąć patrole wojskowe. Zamierzamy udać się na solną pustynię.