24/12/04 Bangalore-Mysore

W wigilię zazwyczaj cieszy się oczy miłymi widokami - choinka, udekorowany stół, świecidełka... Niestety, nie tu. Pierwszym widokiem po wyjściu z pociągu była leżąca na chodniku żywa mumia. Goły i niemiłosiernie chudy chyba-mężczyzna leżał na ziemi cały zakurzony, zupełnie jak bezpański pies. Ruszał się, ale gdyby na dobre przestał, chyba nikt nie zwróciłby na to uwagi. Dość makabryczny widok, jak na święta. Swoją drogą świąt się tu w ogóle nie czuje, może jak dojedziemy do Mysore to się zmieni.

Biletu nie udało się załatwić, może w Mysore damy radę, lub w dniu wyjazdu w Bangalore. W ostatniej chwili wskoczyliśmy więc do pociągu do Mysore. Pociąg osobowy nie ma SL, więc ciśniemy się w tzw. chair car, czyli drugiej klasie z miękkimi siedzeniami (w przeciwieństwie do zwykłej drugiej klasy z drewnianymi ławkami). Ma to swoje uroki - poznajemy obyczaje. Np. jak je się fistaszki w indyjskim pociągu? Po korytarzu chodzi ktoś z koszem pełnym orzeszków, z gazety zwija rożek, wsypuje garść i sprzedaje za 2 Rs. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że po obraniu skorupkę rzuca się na ziemie. Po zjedzeniu całego rożka orzeszków, wokół stóp ma się sporą kupę śmieci. Jeżeli orzeszki zajada jednocześnie sześć osób, podłoga wygląda wręcz... imponująco :) Niesamowite, jak ludzie tutaj śmiecą. Gazety, z których zrobione były rożki, również lądują na podłodze, lub za oknem. Nie ma czegoś takiego jak kosz na śmieci. Ktoś pije herbatę - siup, jednorazowy kubek leci przez okno, itd. :) I tak dosłownie wszędzie.

Co jeszcze można przekąsić w pociągu? Jakiś człowiek z workiem i metalową miską spaceruje korytarzem, wykrzykując jakieś nieznane słowa. Gdy znajdzie się jakiś chętny, człowiek z workiem zatrzymuje się, do brudnej michy wrzuca ręką garść chyba prażonego ryżu, szczyptę tartej marchewki, szczypiorek, palcami wyciska limonkę, dolewa coś, wszystko razem miętosi chwilę ręką, z gazety robi spory rożek, z papki lepi sporą kulkę i wgniata ją w rożek. Zadowolony klient wcina specjał, oczywiście rękami. Brr :) Wszystko trwa jakieś pół minuty i przygotowywane jest w kucki, na podłodze w przejściu między siedzeniami. Mniam mniam :)

Dostaliśmy dziś wymarzony prezent na gwiazdkę - bilet na Goa. Anulowaliśmy ten, który mieliśmy, i z tzw. foreign tourist quota dostaliśmy miejscóweczki na pojutrze. Mamy więc sporo czasu, by zobaczyć Mysore, a za dwa dni będziemy już na plażach.
25/12/04 Mysore
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Mysore przywitało nas nadspodziewanie miło. Zatrzymaliśmy się w lux-hotelu, bo są święta. Rikszarz zaproponował wycieczkę po mieście jutro od rana, za 100 Rs. Znów zaczynają się normalne ceny i mili rikszarze :) Mieszkamy tuż obok pałacu, więc po zjedzeniu czegoś dobrego na śniadanko-obiad, idziemy go zobaczyć.

Pałac przepiękny jak z obrazka. Niestety w środku nie można było robić zdjęć. Szkoda tylko, że nie był stary, a odbudowany praktycznie w całości jakieś sto lat temu.
W hotelowej recepcji dowiedzieliśmy się, gdzie można poczuć świąteczną atmosferę. Christmas dishes serwowane są w jednym punkcie w mieście, w Hotelu Southern Star. Siedzimy tam właśnie, słuchamy kolęd (!), co prawda w kiepskim, dyskotekowym wydaniu, ale lepsze to, niż nic. I nawet jest choinka :) Świąteczny posiłek składa się z kilku dań (niestety nie dwunastu) i zawiera mięso, co niezbyt zgadza się z naszą kulturą, ale trudno :)
Wieczór spędziliśmy przy akompaniamencie kolęd, które przestały być dyskotekowe, a stały się całkiem ładne. Miło było posłuchać Silent Night, Noel Noel, Joy to the World, bo co to za święta bez kolęd :) W międzyczasie kelner przynosił kolejne dania. Zaczęliśmy od zupy-kremu kukurydziano-dyniowego, całkiem dobrego, jak na swoją nazwę. Potem spróbowaliśmy grillowanej ryby w sosie szafranowym - sos taki sobie, ale ryba i winogrona były dobre. Po dłuższej przerwie wcisnęliśmy jeszcze kawałek pieczonego indyka i trochę gotowanej kapusty o smaku... malin :) Kolor też się zgadzał :) Byliśmy już całkiem pełni, więc nie zmieściliśmy całego ciacha czekoladowego z pycha bakaliami i kilkoma suszonymi śliwkami. Na koniec schrupaliśmy śmiesznego zawijańca z orzeszków i czekolady, popiliśmy herbatką i, najedzeni jak bąki, wróciliśmy do hotelu. Naprawdę miły świąteczny akcent, co prawda do prawdziwych świąt mu daleko, ale i tak aż takiej kolacji się nie spodziewaliśmy :) Do tego kolędy, choinka, wieńce na ścianach - było naprawdę miło.
Kolejnym prezentem, tak już na dopełnienie dnia, był fakt, że udało nam się (nam, czyli Maciusiowi) załatwić domek w Palolem. I to, że z żądanych 1000 Rs za dzień Maciuś zbił cenę do 600. to i tak dwa razy więcej, niż płaciliśmy poprzednim razem, ale nie ważne, przecież to szczyt sezonu - święta, sylwester :) Czeka nas zatem sylwester na plaży, w Goa, gdzie bawią się wtedy całe Indie :) Jupi :)
Wycieczka po Mysore zaczęła się od wizyty w małej bazarowej budce, w której rikszarz zaopatrzył się w benzynę :) Następnie pojechaliśmy do King Art Museum. Było to pierwsze muzeum, które nam się naprawdę podobało - obrazy, meble, stroje, instrumenty muzyczne, naczynia. To wszystko starczyłoby na pięć indyjskich muzeów, jakie widzieliśmy wcześniej. Zebrane w jednym, robiło spore wrażenie :)

Po wizycie w muzeum zostaliśmy zawiezieni (hmm, wszędzie wozimy się rikszami) do „fabryki” kadzidełek. „Fabryka”, podobna do „fabryki” kawy w Kumily, mieściła się w jednym z setek ulicznych sklepików i

miała w sumie może ze 20 m2. Na tyłach sklepiku usiedliśmy przy niewielkim stoliku, otoczeni kadzidełkami i buteleczkami z najróżniejszymi olejkami. Po chwili pojawił się właściciel i rozpoczęliśmy ponad półtoragodzinną rozmowę.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Dowiedzieliśmy się, że takie kadzidełka, jakie znamy w Polsce, są w ogromnej większości sztuczne. Robi się je z prochu palnego. Dolewa się do niego wody i powstaje coś na kształt plasteliny. Następnie turla się kawałek, aż uformuje się masę w cieniutki wałeczek. Cieniutki bambusowy patyczek wkłada się przed rolowaniem, okleja się go mniej więcej, turla, turla, aż wałeczek oklei prawie cały patyczek. Po 24 godzinach suszenia, kadzidełko można już palić, problem w tym, że nie pachnie :) Zanim będzie gotowe, trzeba je najpierw zamoczyć w chemicznych perfumach. Takie sztuczne kadzidełka trzeba szczelnie zapakować w plastik, żeby nie straciły zapachu. Palą się około 15 minut każde i są niezdrowe dla astmatyków :) Natomiast naturalne kadzidełka palą się ok. godziny, a przechowywać je można ok. 4-5 lat owinięte tylko w papier. Zapachu nie stracą :) Można je łatwo rozpoznać. Są trochę mięciutkie, wyglądają jak oklejone pyłkiem i zawsze są żółte. Te, które oglądaliśmy, składały się w 90% ze sproszkowanego drzewa sandałowego i w 10% z miodu.
Oprócz kadzidełek, w „fabryce” można było kupić olejki (kupiliśmy). W najróżniejszych buteleczkach, stojących na stoliku, znajdowały się różnokolorowe olejki: jaśminowy, z lotosu, drzewa sandałowego, róży, geranium, szafranu, cytryny i mnóstwo innych. Były drogie i miały prawdziwe rządowe opakowania, więc uwierzyłam, że są naturalne i kupiłam trzy buteleczki - z drzewa sandałowego, szafranu i linii wodnej. Właściciel sklepu był niesamowicie gadatliwy i opowiadał nam w międzyczasie przeróżne historyjki: o 250-kilogramowym kamieniu w pałacu w Hyderabad, który trzeba podnieść, by móc tam dostać pracę; o jaskini, z której ten, kto wejdzie do środka, już nigdy nie wyjdzie; o tym, jak wydawał pieniądze w Bombaju; o tym, że są takie jaskinie, gdzie szept słychać na pół kilometra; o tym, że Hyderabad to miasto bransoletek; o tym, że ktoś chciał kupić od niego sklepowe drzwi za parę tysięcy euro (rzeczywiście piękne, drewniane, rzeźbione i chyba bardzo stare) i o różnych innych rzeczach. Ze sklepu wyszliśmy wysmarowani mnóstwem olejków, którymi pachnieliśmy do wieczora. Lilia wodna podobno odstrasza komary (i bosko pachnie), lotus pomaga przy zmęczeniu, bólach głowy i kręgosłupa, szafran jest dobry na pryszcze, jaśmin odświeża i łagodzi stres, drzewo sandałowe łagodzi objawy astmy. A oprócz wszystkich tych (niesprawdzalnych) właściwości, każdy z nich cudownie pachnie, i mało brakowało, a zamiast trzech kupiłabym dziesięć i pozbyła się wszystkich pieniędzy :)

Kolejny punkt programu to wycieczka do fabryki drzewa sandałowego i różanego. niestety, drzewa sandałowego tam nie obrabiano, ale za to przypatrzyliśmy się produkcji niesamowitych stołów z drzewa różanego. Blat nacinany jest na głębokość ok. 0,5 cm w przeróżne wzorki. W puste miejsca wciskane są kształty wycięte ręcznie z różnokolorowych deseczek (żółtych, czerwonych, pomarańczowych - wszystkie kolory naturalne, zero farb), i plastiku (kolor biały), następnie w szczeliny wciskany jest wosk, całość jest szlifowana, wyrównywana, polerowana, na koniec czarną kreską domalowuje się szczegóły takie jak oczy czy usta, i lakieruje się blat. Całość zajmuje około 120 dni i robi olbrzymie wrażenie. W ten sposób powstają zdobione ławy, krzesła, stoły, szafy, taborety, małe stoliki, pudełeczka, tacki, itd. Zdobienia mają najczęściej postać historyjek z Mahabharaty, słoni, bóstw, kwiatków i ptaków, i są naprawdę przepiękne. Prawie kupiliśmy stół za bagatela 3000 $ :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
W tym samym miejscu sprzedawano także drzewo sandałowe, tym razem już nie oszukiwane. Kupiłam wymarzonego Ganesha, mojego ulubionego hinduskiego boga, przybierającego postać człowieka z głową słonia, symbol szczęścia, pomyślności, mądrości, podróży... Maciuś kupił słonia z baldachimem, też śliczny. Oli, Megi i mami też się dostanie sandałowa figurka. Wydaliśmy wszystkie pieniądze (kupiłam jeszcze mydło i maseczkę z drzewa sandałowego) i skacząc z radości wróciliśmy do hotelu na przerwę obiadową :)

Aha, w fabryce tego różanego drewna (mieszczącej się na poddaszu sklepu) dostaliśmy mały prezent. Człowiek, który z kolorowych deseczek wycina piłką kształty używane do dekoracji stołów i innych mebli, wyciął dla nas nasze inicjały. K i M. Nie sądziłam, że w nieco ponad minutę może powstać tak ozdobne cudo. Literki udekorowane były ptakami, kwiatami, szlaczkami, a w ruchach mistrza
widać było naprawdę niesamowitą wprawę. Coś niesamowitego, siup, siup, i małe dzieła sztuki wylądowały    w naszych rękach.
Po obiedzie pojechaliśmy rikszą do oddalonego od Mysore o 13 km Chamundi Hill. Pielgrzymi muszą wspiąć się po ponad tysiącu schodów, my jednak wjechaliśmy na samą górę rikszą, zatrzymawszy się na chwilkę po drodze, by podziwiać spektakularny widok na miasto. Do świątyni Sri Chamundeshweri, mieszczącej się na szczycie wzgórza, codziennie przybywają rzesze pielgrzymów. Godzinami stoją w kolejce, by złożyć ofiarę (złoto, srebro, jedzenie, kwiaty, pieniądze) i dotknąć posągów. Na szczęście dla zwykłych turystów i tych, którzy nie odbywają pielgrzymki, jest tzw. „wejście specjalne”. Za 10 Rs wchodzi się bocznym wejściem prawie bez kolejki. Wewnątrz świątyni było równie tłoczno, co na zewnątrz, obejrzeliśmy ją więc szybciutko (była bardzo mała) i wyszliśmy na zewnątrz. Przeszliśmy się na krótki spacer wokół świątyni - paręset metrów za nią mieści się mała wioska, a widoki z okien domów muszą być boskie. W dole widać całe Mysore, aż po horyzont. Nie mieliśmy wątpliwości, że znajdujemy się w Indiach - za murem otaczającym teren świątyni znajdowało się sporych rozmiarów... wysypisko śmieci. Niezła miejscówka ;)

Wokół świątyni jak zwykle pełno było kramików i sprzedawców kwiatów, przekąsek i owoców. Dookoła nich biegały małpki. Jedna z nich zabrała sprzedawczyni sporego kokosa, odeszła na bok i zaczęła się nim bawić. Małpki to przeurocze stworzenia :)

Przed świątynią stoi kolorowy posąg demona Mahishasury, który został zabity przez boginię Chamundi. Wyglądał trochę jak pirat, trochę jak szejk, ale nie jak demon :)

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w połowie wysokości wzgórza, przy ogromnym, wykutym w skale pomniku byka Nandi, na którym ponoć jeździł Shiva. Byk przypominał prześliczną, słodką krówkę, i był wielki, jeden z największych w Indiach. Tłumy pielgrzymów ofiarują mu prasad, jedzenie używane w ceremoniach religijnych. Dwóch kapłanów pilnuje posągu, odganiając ludzi, którzy podchodzą za blisko chcąc zrobić sobie zdjęcie. Jedynymi istotami mogącymi bezkarnie skakać po świętej byko-krówce są okoliczne małpki :)
Dzień zakończyliśmy wizytą w kościele świętego Filomena, gdzie od wczoraj powstała szopka - śmiesznie ogląda się małego Jezuska udekorowanego sznurami kwiatów, leżącego w stajence porośniętej zieloną trawką. Równie śmiesznie obserwuje się tutejsze obyczaje, przeniesione (chyba troszkę sztucznie) na grunt katolicki. Hinduski w saree ustawiły się w długaśną kolejkę, a każda z nich chciała dotknąć żłóbka i wziąć na czubek palca odrobinkę leżącego obok proszku, takiego samego, jakiego w hinduskich świątyniach używa się do dekorowania bóstw. Wokół, tak samo jak w świątyniach hinduskich, sprzedawano sznury kwiatów jaśminu, łańcuszki, bransoletki, drewniane figurki, owoce. Egzotyczny widok, rewelacja. Niby czułam się jak w domu, ale jednak nie do końca :)
26/12/04 Mysore
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy wizytą w jednym z najbardziej kolorowych bazarków w Indiach: Devaraja Fruit & Vegetable Market. Bazarek jak z obrazka, mnóstwo ślicznie ułożonych warzyw i owoców, stosy kwiatów, przypraw… Cukier z trzciny cukrowej, wyglądający jak kostki szarego mydła, imbir o aromacie mango, worki pełne maleńkich papryczek i jakichś nieznanych specjałów. Całe góry świeżego groszku,
sprzedawanego prosto z ziemi. Tak samo rozłożone na chodniku były inne warzywa. Bardzo podoba mi się tutejszy sposób układania warzyw i owoców: w kupki, stosiki i wielkie góry. Wygląda to bardzo ładnie, dużo ładniej niż w skrzynkach, jak u nas. Najbardziej intrygowały mnie niewielkie kupki jakiegoś proszku we wszystkich kolorach tęczy. Różowy, żółty, czerwony, zielony, niebieski, turkusowy, fioletowy… Wszystkie kolory bardzo intensywne, a spiczaste kopczyki na każdym stoisku były idealnie uformowane. Okazało się, że to farbki :) Jeden ze sprzedawców zmieszał odrobinę różowego proszku z wodą, wymieszał, zamoczył w miseczce patyk i namalował na kartce kilka kresek. Śliczna rzecz, ale uciążliwa w przygotowaniu i niezbyt potrzebna :)

Przeszliśmy ryneczek wzdłuż i wszerz, i wróciliśmy do hotelu na śniadanie. spakowaliśmy się i o 12:00 musieliśmy opuścić hotel. Plecaki zostawiliśmy w recepcji i mając do dyspozycji ponad 3 godziny. Pojechaliśmy do zoo. Takiej kolejki do wejścia do zoo nie widziałam nigdy w życiu. Tłum pchał się niemiłosiernie i napierał na bramę, ale jakoś udało nam się przecisnąć. Jest to jeden z najlepiej utrzymanych ogrodów zoologicznych w Indiach. Rzeczywiście, jest tam aż dziwnie czysto, trawniki i żywopłoty są ładnie poprzycinane, a alejki otoczone są kwiatami. Jedna z alejek przykryta była pergolą porośniętą gęsto jakimiś zwisającymi kwiatami - śliczności. Widzieliśmy trzy białe tygrysy, kilka bengalskich, goryla (wieeelki!), słonie (w tym afrykańskiego, nieludzko przywiązanego łańcuchem tak, że nie mógł się ruszyć), żyrafy... Bardzo ładne zoo, choć co mi się w nim najbardziej podobało, to biegnące wolno małpki. Obserwowałam je z największym zainteresowaniem, jak skakały sobie po drzewie, obgryzały listki, chwytały się nawzajem za ogony i huśtały się na nich... Cudne zwierzaki, chciałabym mieć w domu taką małpkę. Siedziałam przy ich drzewie dość długo i zaczęły mnie otaczać, zastanawiałam się nawet, czy mnie któraś zaraz nie drapnie albo nie wskoczy na głowę. Ale nie. Siedziały sobie i się przyglądały, robiąc dość głupawe minki :)

O 15:45 ruszyliśmy w naszą długo oczekiwaną podróż na Goa. Jedziemy nadspodziewanie luksusowo. Mamy wykupione miejsca w wagonach sypialnych, więc na Goa dotrzemy wyspani i gotowi do szaleństw :)
Do góry
Goa raz jeszcze
Tamil Nadu
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna      Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży