Mysore, 24/12

Dotarliśmy w końcu, choć droga nie była łatwa i optymistycznie nastrajająca. W Bangalore najpierw nie zdążyliśmy na pociąg, bo nieudanie bookowaliśmy bilety na dalszą podróż. Następnie wybraliśmy dość fatalnie zastępczy środek transportu, czyli drugą klasę pociągu regionalnego. 120 km w cztery godziny to żaden zaszczytny wynik, chyba że w Księdze Guinnesa. Bangalore będzie mi się niemiło kojarzyło z kościotrupem leżącym przed dworcem. Kościotrupem gołym i żywym, bo ruszającym się. Do tego techniawka w barze dworcowym. Bangalore to rzeczywiście miasto modernistyczne, hihi, aż do bólu.

Mysore, Mysore, och cudne Mysore. Jak cudownie działasz na nasze skołatane i niepewne serca. Na dworcowej centrali rezerwacji biletów dowiedzieliśmy się o wspaniałym i co najważniejsze dostępnym jeszcze połączeniu z prawie-Goa. To znaczy połączeniu z Londa, z którego/której dojedziemy w 2-3 godziny autobusem na Goa. Czyż to nie wspaniałe, udało się. Mysore, Mysore, och cudne Mysore. Jaki piękny pałac wydałoś, zniszczyłoś i odbudowałoś :) Ekhm a teraz już bardziej poważnie, pałac został w sumie od zera odbudowany 100 lat temu. To widać, ponieważ sale robią niesamowite wrażenie, elewacje, wnętrza, korytarze, drzwi, schody, są cudne. Pełnia przepychu, złoto, indyjsko-w-moim-przekonaniu-arabsko stylizowany. Naprawdę ładne. Tylko służba, inaczej prostaków nie nazwę, świńska. Wymuszająca łapówko-napiwki, chachmęcąca, niemiła. Z obrzydzeniem na nich patrzyłem, niestety.

Dodatkowo w pałacu (na jego terenie) odwiedziliśmy świątynię. Była ona typowo indyjska. Zaniedbana, stara, ale klimatyczna, oraz miała swojego prywatnego naciągacza. Mężczyzna, który nas zagadał, a następnie się do nas przyczepił, okazał się przewodnikiem. Dostał drobniaki. Śmieszne, że na setki turystów odwiedzających pałac, dosłownie parę osób odwiedziło to miejsce.

Choć dzisiaj wigilia, nie czuję świątecznej atmosfery. Brak mi rodziców, domu, choinki i tych cudnych przygotowań. Poza tym dziwnie jest jakoś myśleć o świętach, kiedy w Indiach jest ponad 30°C, a Hindusi nie mają pojęcia, co to świąteczna atmosfera. Nawet kościół katolicki, który odwiedziliśmy, udekorowany był jakoś dziwnie. Parę zielonych wieńców i dwa kartonowe mikołajki to nie do końca szopka świąteczna. Na szczęście miejscowi śpiewali kolędy. Przy akompaniamencie disco-miksera, gitary elektrycznej i bębnów, kolędy te brzmiały raczej jak hity pop z lat siedemdziesiątych. Zapaliliśmy świeczki i natchnieni atmosferą kościelno-świąteczno-indyjską ruszyliśmy dalej na miasto.

Dzień wigilijny zakończyliśmy bardzo udanie. Wybraliśmy się do restauracji, gdzie serwowano dzisiaj specjalne świąteczne menu. Między potrawami kelner robił spore przerwy, więc zjedliśmy sporo, siedzieliśmy przy stole i czuliśmy namiastkę świąt i wigilijnej kolacji. Menu było jednak skrajnie inne od tego tradycyjnego w Polsce. Za to smaczne, o dziwo.

Podano na początek zupo-mus o smaku kukurydziano-dyniowym. Drugim daniem była grillowana ryba w sosie szafranowym i z winogronami. Daniem głównym był jednak indyk z warzywami i paroma pieczonymi ziemniaczkami. Na deser ciasto śliwkowo-bakaliowe do mowo-hotelowej roboty czekoladki i herbata. Wszystko to zakropiliśmy lampką czerwonego, dość pospolitego wina. Najedzeni, zadowoleni i śpiący wróciliśmy do hotelu. Podsumowując wigilię cieszę się, że mimo braku warunków jakoś ją uczciliśmy.
Mysore, 26/12

- Maciuś, pojedziemy na ten market?
- Misiu, pojedziemy, rano jest.
- Maciuś, chodź jedziemy
- cisza piętnastosekundowa... - Wstaniesz pierwszy? Może zagramy w papier, kamień i nożyczki?

Pojechaliśmy. Nawet bez śniadania, ale naprawdę warto było. Odwiedziliśmy Mysorskie owocowo-warzywno-kwiatowy Bronisze-market. Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że sprzedawcy się dopiero rozkładali. A co widzieliśmy? Orgię dla oka i aparatu fotograficznego. Oj rodzice mieliby ubaw. Owoce cytrusowe, przyprawy, owoce kontynentalne, warzywa, również ziemniaki, kadzidełka, kwiaty luzem i na metry, owoco-warzywa, których nigdy wcześniej nie widziałem i których nazwy nie znam. Do tego humor mi
Mysore, 25/12

Wymieniliśmy dzisiaj dwa razy nadplanowo dolary, a dlaczego? Ponieważ dzisiejszy dzień stał pod znakiem ogromnych mega udanych zakupów świątecznych oraz intensywnego poznawania świata kadzidełek, olejków aromatycznych oraz przemysłu drewnianego.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Arrange-nięty rikszarz czekał na nas gdzieś nie wiadomo gdzie, bo się hihi spóźnił. Na szczęście tylko parę minut. Wskoczyliśmy do maszyny i daliśmy się porwać w wir zwiedzania i zakupów. Pierwszy zakup to benzyna. Prawdopodobnie około 2 litrów, bo zwykle tyle się tu tankuje. Stacja benzynowa była tuż przy hotelu, a mieściła się w budce wielkości warzywniaka. Benzyna lała się z kanistra, zaś uzdatniasz benzyny z butelki. W Indiach trzeba jeszcze uzdatniać benzynę, może za 100 lat to się zmieni. Z pełnym bakiem ruszyliśmy naprzód w nieznane. Prosto do King Art. Galery, czyli do muzeum w Mysore. Ku naszemu pozytywnemu zdziwieniu galeria była bardzo interesująca. Widzieliśmy
ciekawe (parę) obrazy olejne, stare instrumenty muzyczne, gry planszowe i sporo innych eksponatów poświęconych tematyce dynastii z Karnataki. Nasze ogromne zadowolenie pomniejszył fakt, że znów nie mogliśmy niczego uwiecznić na zdjęciach.

Następnie zrobiliśmy rundkę po mieście i cofnęliśmy się do galerii, bo Kasia zapomniała aparatu z przechowalni. Hihi :) Z lekkim opóźnieniem, co nie stanowi dla nas problemu, dojechaliśmy do „fabryki” kadzidełek. Miejsce to jest raczej drobniutkim warsztatem niż fabryką, ale nie umniejsza to zachwycenia naszego, gdy zostaliśmy nasmarowani olejkami, a właściciel zakładu zaczął swoje story. Dość przydługie, ale wciągające.

Opowiadał o właściwościach olejków, zachwalając je i pokazując nam pieczołowicie przechowywane listy od swoich byłych pacjentów. W jego warsztacie zakupy się zaczęły. Kasia nabyła olejki: sandałowy, szafranowy i białą lilię, o cenie nie wspomnę. Ja wydusiłem z właściciela starą popielniczkę. Nie mogłem się powstrzymać gdy ją zobaczyłem. O cenie tym bardziej nie wspomnę. Ale warto było. Do tego dokupiliśmy naturalne kadzidełka robione z drzewa sandałowego.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Zachęceni tymi zakupami ruszyliśmy dalej, do „fabryki” drzewa sandałowego, czyli do warsztatu, w którym wykonuje się meble. Żadne figurki sandałowe, ale stoły, krzesła i stoliki. Warsztat mieści się na strychu dużego domu handlowego. Jednak przed zakupami zostaliśmy grzecznie oprowadzeni, pokazano nam wszystkie etapy wytwarzania stołów, dostaliśmy nasze inicjały wycięte z drewnianych deseczek. Jak tu nie być szczęśliwym? Opisywane przeze mnie stoły robi się ponad 120 dni. Zdobienia wykonuje się z białego plastiku oraz drzew różnokolorowych. Cena jednego: 3 000 dolarów. Jak za taką jakość, moim zdaniem to niewiele. Po takim pokazie przebiegły strateg-marketingowiec-Hindus-sprzedawca zaprowadził nas do części
sklepowej. Wiedziałem, że nie będzie łatwo mu odmówić z dwóch powodów. Pierwszy: mało hihi nie kupiłem stołu, drugi: bardzo chciałem kupić figurkę z drzewa sandałowego. Udało się. Kupiliśmy pięć.

Zwiedzanie Mysore zakończylibyśmy w tym punkcie, gdyby nie nasz refleks i chęć dalszego poznania. „Podpisaliśmy” kolejną umowę z kierowcą na wycieczkę do jednego z najbardziej uduchowionych wzgórz w Indiach, do Sri Chamundeshweri Temple. Największą atrakcją tego wzgórza jest świątyńka na jego szczycie, oraz niesamowity widok na pobliskie Mysore. Widok ten okazał się rzeczywiście zapierający dech w piersiach. Mysore jest w większej części zabudowane białymi budynkami, oświetlone słońcem wygląda cudownie. Świątynia była mniej atrakcyjna. Na pewno ma ogromne znaczenie dla pielgrzymów ją odwiedzających. Dla nas była po prostu kolejnym miejscem, w którym mieliśmy szansę zobaczyć fanatycznych Hindusów i gromadę ludzi robiących na nich pieniądze. Śmieszne było dostanie się do świątyni. Wejście uprzywilejowane kosztowało 10 Rupii i relatywnie mało czasu spędzonego w kolejce. Wejście regularne było bezpłatne, za to kolejka ciągnęła się za horyzont.

Zjeżdżając z góry odwiedziliśmy pomnik krówki szumnie nazwanej bykiem. To tutaj dałem pierwszy raz oznakować się na czole. Ku naszemu zdziwieniu kierowca postanowił zabrać nas do świata jedwabiu. Ucieszyliśmy się na myśl o tym, że zobaczymy jak produkuje się ten materiał. Jednak, jak się okazało, był tylko sklepem, w którym chciano nas namówić na kolejne zakupy. Poszwendaliśmy się, odgoniliśmy od sprzedawców i z radością wyszliśmy. Poprosiliśmy jeszcze kierowcę, by nas podrzucił do kościoła. Dowiedzieliśmy się, że odbywa się tu nocny festyn i jakieś uroczystości. Ludzi było owszem co niemiara, jednak żadnych uroczystości nie zauważyliśmy. Muszę tu sprostować to, co wcześniej napisałem. W kościele, to znaczy na zewnątrz kościoła, jest szopka, z Jezuskiem i innymi postaciami. Do tego setka ludzi czekających w kolejce, by iście po indyjsku złożyć dary Panu. Kokosy, kwiaty, owoce.

Przepis na kadzidełko. Weź kijek, zmieszaj proch z jakimś innym brązowym proszkiem, dodaj wody i uformuj z tego papkę. Następnie „naroluj” na kijek masę prochową i poczekaj aż wyschnie (cały dzień). Następnie namocz prawie-kadzidełko w chemicznych perfumach i podpal.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
dopisywał, ponieważ naciągacze byli wyjątkowo mało natarczywi, przez to chcieliśmy zwiedzić wszystkie stragany, nigdzie nam się nie spieszyło. Naprawdę lubię niesamowicie takie miejsca.

Jak przystało na hotel mega luksusowy, żadne reguły nie mogły być złamane. Musieliśmy się wymeldować o 12 a pociąg mieliśmy o 15:45. Dzięki życzliwości recepcjonistów udało nam się zostawić bagaże w hotelu. Bez obciążeń mogliśmy dalej zwiedzać miasto. Spełniła się moja nadzieja. Pojechaliśmy do Mysore Zoo. A kolejki były tak, tak, tak długie, że aż się uśmiechnęliśmy. Co mieliśmy zrobić jak nie czekać i się przepychać (to ostatnie mamy już dobrze opanowane; po miesiącu spędzonym w Indiach wyzbyliśmy się wielu zahamowań). No więc, węże syczały, tygrysy się leniły, białe tygrysy szczerzyły kły, goryl wcinał orzeszki i się przechadzał, małpy się kłóciły i biegały po drzewach, gazele się rozmnażały, zebry stały samotne, niedźwiedzie się chowały, słonie wcinały drzewa i
opiekowały się małymi, słonie afrykańskie machały olbrzymimi uszami i stały przywiązane, lamparty leżały do góry nogami, lwy leżały w oddali i nie było ich widać, krokodyle czekały, żyrafy chodziły i pozowały do zdjęć, a Hindusi masowo biegali między nimi wszystkimi i się cieszyli.

Spędziliśmy w zoo około 2 godziny. Pospacerowaliśmy sobie dobrze i byliśmy mega szczęśliwi. Największe wrażenie zrobiły na mnie tygrysy, których wcześniej tak dobrze nie widziałem. Ogromne to bestie. Zaś białe tygrysy to już kosmos nie z tej ziemi. Teraz siedzę w barze szybkiej obsługi na dworcu w Bangalore, czekam na pociąg i wszystko dzielnie spisuję. Czas na Goa mili państwo.
Londa, 27/12

Wysiedliśmy na malutkim dworcu w centrum niczego. Trzy taksówki i dwie riksze. Po liczbie taksówkarzy-rikszarzy można poznać moce przerobowe poszczególnych miasteczek. Londa jest mała. Autobus przyjechał, tylko było dość zapchany. To znaczy ludzie wystawali za drzwi. No i nie wsiedliśmy. Za to rozwiązanie spadło na nas jak dziesięcioosobowy skład-zmówionych-ze-sobą naciągaczy na biednego turystę. 1500, 2000, 1400… Ceny przebijały się w kolejności i zależności od tego, ile zmyślni Hindusi zrozumieli. Jak wyłapali jakieś kluczowe słowo, pyk, 1500 Rupii. No więc ciężko było nam to negocjować. Ostatecznie za 1700 Rupii dowiezieni zostaliśmy Ambasadorem na plażę w Palolem. Droga 140-kilometrowa zajęła naszemu kierowcy około czterech godzin. Mijaliśmy ciężarówki z pobliskiego centrum wydobycia rud żelaza, dlatego ruch był tak powolny. Do tego kierowca był mało przyzwyczajony do natężenia ruchu nie-Londowskiego. Dojechaliśmy jednak szczęśliwi jak głupi, tylko co się miało jeszcze okazać…?

Mała dygresja odnośnie do sytuacji codziennych. Dzikie psy w Indiach nie znają zabawy w grę „podaj śliczniusiu kijeczek”. One tu nie aportują! Rzucony kijek gonią, a potem się na niego patrzą. W końcu kijek na plaży to niecodzienny widok :)
Do góry
Goa raz jeszcze
Tamil Nadu
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
 
Indie - dzienniki podróży