Do góry
8/12/04 Cochin, Kerala

Noc w pociągu minęła bezboleśnie. Na dworcu w Ernakulam próbowaliśmy kupić bilety do Madurai z Kanyakumari, ale nie udało się: trzeba załatwić to dopiero w Kanyakumari. Wsiedliśmy więc w rikszę i za grosze dotarliśmy (cudem nie zmiażdżeni przez aut, autobusy i ciężarówki) do Main Jetty, skąd promem zamierzaliśmy popłynąć do Fort Cochin. Za 5 Rs kupiliśmy bilety i weszliśmy na prom. Do odjazdu pięć minut. Pomyślałam sobie, że najwyższa pora zorientować się, gdzie chcemy przenocować. Tylko gdzie jest Lonely Planet? W małym plecaku Maćka. Ale gdzie jest mały plecak Maćka? Maciek go nie ma… No tak, został na dworcu, na tym krześle w hallu... Brawo. Wybiegliśmy z łodzi (dobrze, że nie zdążyła odpłynąć), wsiedliśmy w rikszę i pędem na dworzec. Po raz kolejny dopisało nam szczęście - plecak leżał tam, gdzie go zostawiliśmy :) Całe szczęście, bo bez Lonely Planet bylibyśmy jak bez ręki :)
Siedzimy sobie w Chariot Beach i czekamy na jedzonko. Fort Cochin okazał się wysepką z całą masą wąziutkich uliczek i domków krytych czerwoną cegłą. Minęliśmy po drodze parę sklepów z antykami, rozejrzymy się potem :) Po obiedzie poszliśmy zobaczyć sieci rybackie, tzw. Chinese fishing nets. Obsługuje je kilku mężczyzn na raz, mechanizm jest imponujący. W drodze powrotnej kupiłam tiger balm, maść na różnego rodzaju bóle mięśni, pleców, głowę itp. Będę miała prezent dla taty.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Popołudnie i wieczór spędziliśmy bardzo kulturalnie. Niedaleko naszego hotelu znajduje się Kerala Kathakali Centre, można tam zobaczyć tradycyjne keralskie tańce. Do „teatru” weszliśmy po piaszczystej ścieżce, na której usypane były kwiatki i inne wzorki z białego proszku. Sala mieściła około 100 osób, z przodu były
dodatkowo dwa pokryte chustami materace, na których można było się rozłożyć (z czego oczywiście skwapliwie skorzystałam). Scena bardzo klimatyczna, choć prowizoryczna: podwyższenie z cegieł pokryte matami i chustami, z tyłu wielki bordowy materiał zawieszony na sznurkach. Całość otoczona lampkami i lampionami olejnymi, scenami z Mahabharaty i Kamasutry, starymi instrumentami muzycznymi i palmowymi wachlarzami. Konstrukcja budynku zrobiona z drewnianych bali związanych linami i pokryta palmowymi liśćmi. O 17:00 rozpoczęło się malowanie artystów. Siedząc po turecku, malowali sobie twarze farbami. Farby robi się ze sproszkowanych kamieni zmieszanych z olejem kokosowym: żółty, czarny i czerwony to podstawowe kolory. Po wstępnym malowaniu twarzy aktorzy kładli się ma podłodze i poddawali się 
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
do przebieralni i cyknąć im zdjątko. Pokaz zaczął się o 18:30, początkowo mnie nie przekonał, ale potem bardzo mi się spodobał. Opowiadał historię zemsty Bhimy na Dussanie za upokorzenie jego żony (tyle zrozumiałam, dokładniejszy opis na kolejnej stronie). Wprowadzenie niestety niewiele mi dało: nie zapamiętałam prawie nic z pokazanych podstawowych gestów. Te, które zapamiętałam, i tak trudno mi było wyróżnić w trakcie przedstawienia. Ale to nie szkodzi, bo ogólne wrażenie było niesamowite. Bogato zdobione, kolorowe stroje, śpiew i bębny robiły ogromne wrażenie. I te oczy - aktorzy mieli przerażające, czerwone oczy. Na dziesięć minut przed przedstawieniem wkładają do oczu jakieś ziarenka, i kolor trzyma się do wieczora.
zabiegom upiększania, dodawania szczegółów, przyklejania papierowych ozdób klejem zrobionym z ryżu... Następnie szli na zaplecze i ubierali się w przedziwne kolorowe stroje. Udało mi się zajrzeć
Po przedstawieniu zaczepił nas prowadzący, pytając czy mamy ochotę posłuchać klasycznej południowoindyjskiej muzyki. Mieliśmy, więc po szybkiej kolacji w barze za ścianą poszliśmy na koncert. Dwóch bębniarzy, jakaś tutejsza trąbka i skrzypce. Grali bardzo ładnie, choć przyznam się, że pod koniec przysnęłam troszkę na mięciutkim materacu. Po dniu pełnym wrażeń jedyne czego mi trzeba to łóżeczko :)

Retrospekcja V
Maciuś się przeziębił. Złapał go katar i bolało gardło. Postanowiliśmy więc poszukać jakiejś apteki. Nie było to łatwe. Pytaliśmy kilka osób o drogę, ale odpowiadały dosyć pokrętnie. W końcu trafiliśmy do miejsca, które z zewnątrz wyglądało na coś pomiędzy szpitalem a sanatorium sióstr zakonnych :)

Weszliśmy do wielkiego ogrodu, przywitał nas jakiś człowiek i wskazał niewielki pokoik. Chwilę potem pojawiła się młoda Hinduska, Maciek powiedział jej, co mu jest, ale tylko pokiwała głową (po tutejszemu na „tak”, po naszemu raczej na „ni w te, ni we wte” :) I skierowała go do innego lekarza, a mi zaproponowała masaż. Odmówiłam, ale prędzej czy później skorzystam. Starsza i bardziej wiarygodna lekarka zaproponowała Maćkowi szybciutki zastrzyk w brzuch! Na szczęście udało się zamienić go na jakieś tabletki. Znaleźliśmy aptekę z tzw. English medicines, kupiliśmy i mamy nadzieję, że przejdzie.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
9/12/04 Cochin, Kerala

Po niezbyt rewelacyjnym śniadaniu w hotelowej restauracji zrobiliśmy zaległe pranie. W wiadrze pod prysznicem :) Po rozwieszeniu prania i orzeźwiającym zimnym przymusowym prysznicu ruszyliśmy na wielkie zwiedzanie. Widzieliśmy St. Francis Church, zbudowany w XVI wieku. W środku znajduje się nagrobek Vasco da Gamy. Kościół sam w sobie nieszczególny. W drodze do Indo-Portuguese Museum zaczepił nas rikszarz, który dzień wcześniej proponował nam przejażdżkę do odległej o 23 km świątyni, gdzie właśnie obchodzi się jakieś święto. Tym razem zaproponował, że za 100 Rs podwiezie nas do każdego wartego uwagi miejsca w Fort Cochin i Mattancherry. Uznaliśmy to za rewelacyjny pomysł i jak się okazało - bardzo słusznie. Wsiedliśmy więc i podjechaliśmy kilkaset metrów. Rikszarz wysadził nas przy wejściu i poczekał, aż zobaczymy muzeum. Szczerze mówiąc nie było w nim nic ciekawego: kielichy mszalne, habity, złocone krzyże, zupełnie jak w Polsce. Ciekawy element stanowiły odkopane przypadkiem ruiny, fundamenty nie-bardzo-wiadomo-czego. W piwnicy, podeszłej wodą, było kilka metrów murów. Nie więcej niż pół metra wysokości. Pracownik muzeum powiedział, że to pewnie resztki fortu.

Następny punkt wycieczki - cmentarz holenderski. Stare, bardzo klimatyczne cmentarzysko z 1724 roku z kamiennymi nagrobkami Holendrów i Anglików. Potem odwiedziliśmy Hindu Temple, do której wstęp mieli tylko Hindusi. Z zewnątrz bardzo ładna :) Obok mieścił się mały pałacyk na wodzie, śliczny! Tylko że zakaz wstępu dla non-Hindusów. Potem widzieliśmy przywiązane łańcuchem na sztywno słonie - pierwszy raz widziałam słonia z tak bliska! Na jakimś podwórku wcinał sobie palmowe liście :)

Kolejny przystanek - Saga Department Stores. Początkowo myśleliśmy, że w takim sklepie, zrobionym pod bogatego Niemca, nie mamy czego szukać i nic nie chcemy. Ale jednak... Maciuś (wraz z całą kupą sprzedawców) namówił mnie na saree. Ubrali mnie w jedno (trwało to półtorej godziny) i zdecydowałam się :) Szkoda mi było tysiąca Rupii, ale chyba warto :) Jutro będzie gotowe, muszę uszyć także bluzeczkę :) Nigdy nie robiłam zakupów w taki sposób: zostaliśmy poczęstowani pyszną herbatą, dookoła nas biegały cztery osoby i zachęcały do kupna najróżniejszych rzeczy. I kolejna filiżanka herbaty... Obsługa bardzo miła, no i wytargowaliśmy swoje (1000 Rs razem z uszyciem).
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Następny przystanek: Mattanchery Palace Museum z pięknymi malowidłami na ścianach (XVII wiek). Potem podskoczyliśmy (w dosłownym tego słowa znaczeniu, takie tu dziury, hihi) do fabryki imbiru. Obtaczany w proszku cytrynowym leżał wyłożony na matach na słońcu. Fantastyczny widok I bardzo duszący zapach rozsiewający się wokół.

Po fabryce imbiru czas na dzielnicę żydowską, synagogę (pierwszy raz w życiu byłam w synagodze) i targ z przyprawami. Bardzo intensywnie spędzony dzień - marzyliśmy o prysznicu i obiedzie :) W drodze
powrotnej do hotelu chcieliśmy wymienić trochę pieniędzy, bo przy sobie mieliśmy już tylko dolary. Zrobiliśmy coś, czego nie powinniśmy - wymieniliśmy kasę bez rachunku :) To znaczy dostaliśmy rachunek, tyle że dość... prowizoryczny:
Bardzo się cieszę, że złapał nas ten rikszarz. Bez niego nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego wszystkiego. A do tego był naprawdę miły, opowiadał nam o wszystkim, czekał na nas wszędzie. Daliśmy mu 150 Rs. Kiedy wysadził nas w Chariot Beach, na pożegnanie polecił Maćkowi jakiś lek. Zapisał nam nazwę (po swojemu, bo po angielsku nie potrafił) i już mieliśmy się rozejść. Rikszarz okazał się jednak jeszcze milszy niż myśleliśmy - zaproponował, że pojedzie do apteki i nam przywiezie lek. Nawet nie chciał za to pieniędzy (chociaż i tak dostał). Umówiliśmy się z nim na jutro na 7 rano, pojedziemy zobaczyć te słonie.
Siedząc w restauracji spotkaliśmy Hiszpana, który dzień przed nami wyjechał z Palolem. Świat jest mały :) Potem widzieliśmy hippie-Niemców z pociągu - Cochin też jest małe. Byliśmy na tym samym wieczornym koncercie w Kathakali Centre. Tym razem (niestety bez aparatu) podziwialiśmy muzykę północnych Indii i dwudziestostrunową sitar. opowiadała o różnych ragas (raga - uczucie). Hindusi mają ok. 8000 różnych ragas. Wysłuchaliśmy romantic raga, goodnight raga, monsoon raga i innych. Dźwięk był rzeczywiście ciekawy, choć tak bardzo ludowo-indyjski, że nie umiałabym stać się jego zagorzałą fanką. Nie umiałam znaleźć żadnego rytmu, mimo mistrzowskiego akompaniamentu bębnów.

10/12/04 Cochin, Ernakulam

podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
placem z kolejną świątynią pośrodku. Była niesamowita, cała pokryta maleńkimi lampkami olejnymi, ze wszystkich stron. Nocą musi to robić ogromne wrażenie. Na placu stały słonie, pilnowane przez swoich opiekunów. Wcześniej zostały umyte, a teraz były ozdabiane w kolorowe świecidełka. Można było podejść do nich bardzo blisko, zakochaliśmy się w słoniach. Mają takie śliczne włoski! Rikszarz zostawił nas i poszedł do rikszy, obiecawszy wrócić za jakiś czas. Kiedy wszystkie słonie zostały przystrojone, trzy z nich przeparadowały dookoła placu przy akompaniamencie bębnów i fujarek, reszta natomiast zaczęła ustawiać się pod zadaszeniem wzdłuż jednej ze ścian okalających plac. Byliśmy jedynymi białymi w całej świątyni, ale nie przeszkadzało nam to (mam nadzieję, że Hindusom również). Po okrążeniu placu trzy słonie dołączyły do pozostałych i
Dziś wycieczka do słoników. Dwudziestokilometrowa przejażdżka rikszą do Ernakulam była nie lada przeżyciem. Dowiedzieliśmy się, że wszechobecne klaksony używane są nie tak jak u nas (jako nagana), tylko w celu oznajmienia wszem i wobec, że niniejszym się jedzie :) Albo na skrzyżowaniu, też po to. Bardzo wyraźnie widać też prawo silniejszego - kto większy, jedzie pierwszy :)

Wyruszyliśmy tuż przed siódmą. Przejeżdżaliśmy przez budzące się do życia nieturystyczne dzielnice: dzieci idące do szkoły, kózki na chodnikach, krowy na ulicach, otwieranie sklepików, poranna mętna herbata serwowana z ulicznych dystrybutorów. Płatnym (5 Rs) mostem przejechaliśmy na sąsiednią wysepkę i dalej na stały ląd. W świątyni byliśmy przed ósmą. Zdjęliśmy buty i po kujących kamykach weszliśmy buty i po kujących kamykach weszliśmy do środka wejściem robionym na wymiar dla słonia :) Wnętrze okazało się
W drodze powrotnej wstąpiliśmy odebrać saree. Wyszło prześlicznie. Zostaliśmy poczęstowani filiżanką herbaty masala i pożegnaliśmy się. Wyszłam w saree. Czułam się troszkę głupio, jakbym była w sukni balowej :) Dostałam nawet takie cudeńko na czoło.
rozpoczęło się dwugodzinne walenie w bębny i dęcie w trąby. Ludzi nie było dużo, więc wszystko widzieliśmy bardzo dobrze. Niesamowity widok, ale nie wytrzymaliśmy do końca. Po godzinie
wyszliśmy, obejrzawszy po drodze urocze mycie słonia w drugim rogu placu (szorowali go kawałkiem łupiny kokosa!).
Wracając do hotelu wstąpiliśmy do świątyni, która udekorowana była swastykami. Dziwne to było przeżycie. Wewnątrz miejscowe babcie robiły posągi ołtarzowe z ciemnej masy pachnącej kamforą, po czym dekorowały ją świecidełkami i sreberkami. W saree przeparadowałam do rikszy, przykuwając zdziwione spojrzenia.

Po powrocie do hotelu i szybkim przebraniu się postanowiliśmy uderzyć do kina. wsiedliśmy więc znowu w prom, przeprawiliśmy się do Ernakulam, i z braku wyboru poszliśmy na Cat Woman. Mniejsza o film (gorzej niż fatalny), samo kino to istna ciekawostka :) Kino na miarę kina Pałacyk, choć z zewnątrz wyglądało całkiem cywilizowanie. Popcornu nie było, niestety. Jakość dźwięku jak z magnetofonu i urywane końcówki scen :) Do tego wilgotno, stęchła klimatyzacja i chmary komarów. I scenki Kamasutry po bokach ekranu ;) I przerwa w środku filmu, 10-15 minutowa. Żadna rewelacja, kino w Indiach...

Podczas obiadu w Chariot Beach Restaurant natknęliśmy się na Angola, z którym rozmawialiśmy któregoś wieczoru w Palolem. Świat naprawdę jest mały. Powiedzieliśmy mu, że spotkaliśmy Hiszpana. Zresztą potem oni również gdzieś się spotkali. A z Hiszpanem byliśmy też na wieczornym koncercie fletowym. Dziwny jest ten świat :)

Co robi się w Indiach, gdy nie ma się licencji na sprzedaż alkoholu? Podaje się go tak, żeby nie było widać, że to alkohol :) Np. piwo Kingfisher w Chariot Beach podaje się w... dzbanku do herbaty i kubku. Pod nazwą special tea :)

W Kathakali Centre zrobiłam dziś biznes wyjazdu! Za 50 Rs (1$) kupiłam siedem maleńkich ceglanych lampek oliwnych razem z całą paczuszką knotów! Cudo i wspaniała pamiątka.
11/12/04 Cochin-Alleppey
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie


Leżę sobie właśnie w sleeper class w pociągu pędzącym już na pewno w dobrą stronę. W Alleppey mamy zamiar zobaczyć słynne backwaters, rozlewiska powstałe w wyniku wielkiej powodzi sprzed kilkuset lat. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało :)

Odkryłam inny rodzaj palm niż kokosowe, wow :) Wyglądają jak mała rozczochrana Pyśka-noworodek (mój perski kociak). Mają mały pióropusz liści i rosną na nich maleńkie pomarańczowe kuleczki, których nazwy nie potrafię powtórzyć, mimo że próbowałam ją zapamiętać. I są wyższe od kokosowych.

W Alleppey znów dopisało nam szczęście. Mimo zapewnień wyjątkowo niemiłego i namolnego rikszarza, że w centrum wszystkie hotele są zapełnione i bardzo drogie, znaleźliśmy rewelacyjną miejscóweczkę: Kiran Lodge Royal Rooms na Solar Avenue. Z zewnątrz wygląda bardzo nieciekawie, ale w środku... istny luksus. Stary budynek z drewnianymi stolikami i widokiem na wielką dojrzewającą kiść bananów. I zaledwie cztery pokoje gościnne rozmieszczone wokół sporego pokoju wspólnego z lodówką i zimnymi napojami, telewizorem, który nie działa, drewnianym przeszklonym kredensem pełnym naczyń (czystych), gazetami, bordowymi dywanami, stołem i siedzeniami - bardzo przytulnie. Jak u prababci, bo wszystkie meble w starym drewnie, z drewnianego sufitu zwisają stare oliwne lampki... Do tego przemiła obsługa. Zaproponowano nam prywatne backwaters i wizytę w maleńkich wioskach, podano piwko, spytano, czy mamy brudne rzeczy do wyprania... oprócz nas mieszka tu jakaś francusko-duńska rodzinka i Austriak, którego widzieliśmy w Cochin. Nasz pokój (za jedyne 400 Rs) również ma wszystko, czego dusza zapragnie: duże czyste łóżko, porządnie regulowany wiatrak, prywatną łazienkę, okno z siateczką przeciw komarom... Bomba!

Po raz kolejny dopisało nam szczęście. Właściciel hotelu obiecał być gotowy o 11:30 jutro, jedziemy na 6-7 godzinne backwaters łódką z dwoma wioślarzami. 900 Rs. Bajka.

12/12/04 Alleppey, Kerala
Komu w drogę, temu sandały na nogę. Wymeldowanie z hotelu, znów przejażdżka rikszą i promem. W Ernakulam poszliśmy na obiad do restauracji pełnej miejscowych. Dwóch z nich koniecznie chciało sobie z nami zrobić zdjęcie. Dziwnie tak czuć na sobie spojrzenia wszystkich obecnych :) Co zwróciło naszą uwagę to fakt, że wszyscy bez wyjątku jedzą rękami. Nakładają łyżką ryż z miski na talerz i już potem posługują się tylko palcami. mieszają ryż z różnymi sosami, lepią sobie z tej papki grudkę i pakują łapką do buzi. Nie wygląda to zbyt apetycznie :)

Na dworcu szybciutko dostaliśmy bilety i po pół godziny siedzieliśmy w pociągu, który miał jechać do Alleppey. Ale nie jechał. Z tego samego peronu, o tej samej porze, niewiadomo jakim cudem, odjechał pociąg do Bombaju. Czyli na północ, a my chcieliśmy na południe :) Dowiedzieliśmy się o tym zupełnie przypadkowo od trójki młodych Hindusów, na których miejscach siedzieliśmy.
Siedząca obok para Anglików jadących do Varkali również zdała sobie sprawę z pomyłki. Wysiedliśmy więc na pierwszej lepszej stacji i tam (zadziwiająco łatwo) złapaliśmy powrotny pociąg jadący przez Ernakulam do Alleppey. Uff :) Nie chciałabym obudzić się w Bombaju.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Dziś rano pobiegliśmy wymienić pieniądze. Po drodze wpadliśmy do jakiejś restauracji na śniadanie. Okazało się, że nikt tam nas nie rozumie ani trochę i nie ma menu w formie pisemnej (kelner ślicznie wyrecytował nam kolorowo brzmiące i totalnie niezrozumiałe nazwy tutejszych dań). Podziękowaliśmy i przenieśliśmy się do innej. Tam zjedliśmy „chlebojaje” na słodko (!!!), sałatkę z ogórków (czyt. pokrojone w plastry mega ogórki i kawałek limonki) i takie różne. Niech żyje indyjskie jedzenie :)

W końcu backwaters! Rikszą raz dwa dotarliśmy do brzegu i wsiedliśmy w śliczną malutką łódkę z daszkiem. Wioślarze (jak
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
większość ludzi tutaj) okazali się bardzo, bardzo mili i bardzo, bardzo niekumaci :) Próbowali opisywać mijane drzewa i budynki ale naprawdę mało dało się z tego zrozumieć. Rolnicza wioska, uprawa ryżu, napływ słonej wody w styczniu, miejscowe piwo (które powstaje w przedziwny sposób; ucina się kawałek palmy przy liściach, podkłada pod to dzban/misę, zostawia na palmie na 15 dni, potem zdejmuje i chyba w dzbanie
Płynąc kanałami widzieliśmy, jak toczy się spokojne, wiejskie życie w tzw. Wenecji Wschodu, otoczonej uprawami ryżu. Byliśmy naprawdę zachwyceni. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do znanej nam już restauracji na obiad. Dostaliśmy rybki - takie jak te łowione na harpun w którejś z wiosek. Mięsa tyle, co na uklejce :) No może ciut więcej. Do tego typowy keralski ryż, lekko słodkawy i z czerwonymi paseczkami (smakował trochę jak pęczak). Trochę sosów. Ryba, mimo że miała nie być ostra, była ostra. Ale znośnie :) Tym bardziej, że zagryzaliśmy ją nowym kulinarnym odkryciem - pyszną Kerala parota. Rodzaj chlebka, przypominający rozwałkowane na płasko, świeżo usmażone mięciutkie ciasto francuskie. Pycha!!! Popiliśmy wspaniałą, ciepłą colą - kelner „No ice” wziął chyba za coś innego, niż mieliśmy na myśli :) Nasi wioślarze (jeden z nich do złudzenia przypominał mocno opalonego, bardzo chudego dziadka Stefana) dostali herbatę. Wcześniej najedli się chyba darmową (w zamian za przyprowadzenie klientów) porcją ryżu. Najedzeni ruszyliśmy dalej.
powinno być piwo, tak zrozumieliśmy), dziwne nazwy owoców, zbieranie muszli do metalowych dzbanów. Czerwone i żółte flagi przed prawie każdym z domów (oznaczające popieraną partię: czerwona - komuniści, żółta - jacyś inni), niedzielne sprzedawanie długopisów przez dzieci (tego nie zrozumieliśmy: zatrzymaliśmy się, by kupić długopis, dziewczynka wzięła 5 Rs, uśmiechnęła się i odeszła); szkoła średnia wyglądająca raczej jak barako-stodoła; meta tak zwanego Snake Boat Race. W sumie całkiem dużo dowiedzieliśmy się od naszych niezmordowanych wioślarzy. A co sami widzieliśmy - zupełnie jak w National Geographic. Gąszcz palm, wąziutkie kanały, po obu stronach gęściej lub rzadziej otoczone maleńkimi wioskami i zaciekawionymi spojrzeniami. Miejscowe kobiety robiące pranie (wszystkie domki miały specjalny płaski kamień, na którym się pierze) lub myjące w stojącej mętnej wodzie włosy (i robiące sobie śmieszny koczek tuż nad czołem), biegające, machające nam dzieciaki, babcie patrzące z ukosa. I całe mnóstwo prześlicznej zieleni.
Widoki jak z filmów przyrodniczych :)
Po drodze zatrzymaliśmy się w restauracji. Poczęstowano nas tam jakimś dziwacznym mlekiem, strasznie ostrym (bo z dodatkiem zielonych chili-papryczek) i rozcieńczonym wodą (jakoś nie wierzyłam w zapewnienia, że to mineralna). Nie dało się tego wypić, więc dostaliśmy mleczko kokosowe prosto z drzewa. Obiecaliśmy wrócić na obiad i ruszyliśmy dalej.
W jednym z wąziutkich kanalików zagadnęli nas jacyś ludzie, zbierający dotacje na jakiś klub, festiwal czy coś. Daliśmy 10 Rs. Dalej widzieliśmy, jak pewien Hindus łowił ryby - z prowizorycznego
harpunika strzelał zaostrzonym patykiem w wodę. I za każdym razem wyciągał rybę o śmiesznym, spłaszczonym, okrąglutkim kształcie. Kobiety i inni mijani wędkarze łowili w jeszcze prostszy sposób: haczyk zawiązany na sznurku przywiązanym do kija lub kawałka bambusa :) Uroczy widok. W ogóle same urocze widoki :)
W programie czekał nas jeszcze zachód słońca - wioślarze obliczyli czas idealnie. Na wielkie jezioro wpłynęliśmy akurat pięć, dziesięć minut przed zachodem. Droga powrotna była trudna dla naszych tubylców, bo woda w wielu miejscach pokryta była gęstymi chaszczami wodnej roślinności. Z trudem posuwaliśmy się naprzód, próbując (jeśli tylko się dało) wykorzystywać pasy wolne od zielska, usuniętego chwilowo przez promy i wielkie barki. Żal nam trochę było wioślarzy, którzy siódmą godzinę z rzędu machali wiosłami, a tego dziadka to raczej ja powinnam wozić łódką, niż on mnie. No ale stwierdziliśmy, że są przyzwyczajeni. I sumienia nam się uspokoiły :) Wycieczka była naprawdę wspaniała. Po raz kolejny trafiliśmy idealnie! Nikt nie miał fajniejszej łódki niż nasza! :)

Po powrocie poszliśmy do supermarketu po mydło w płynie, bo w ulicznych sklepikach nie było. Supermarket - wydawałoby się, że co tu opisywać. Oj, jest
co :) Po pierwsze znaleźć drogę do niego było pierwszym nie lada wyzwaniem. Znajdował się na pierwszymi piętrze jakiegoś zapuszczonego budynku. Po drugie, pierwszy raz w życiu widziałam supermarket, w którym nie dało się chodzić inaczej, niż wąziutkim korytarzykiem prowadzącym przez wszystkie działy, bez możliwości wyboru trasy :) Żelu pod prysznic nie było, wzięłam więc zwykłe mydło, które dziewczyny skasowały na osobnej kasie, żebym nie czekała w kolejce. Wzięłam rachunek i chciałam wyjść. Nie tak hop :) Początkowo nie zrozumiałam miny Maćka, ale jak zobaczyłam to na własne oczy, przypuszczam, że zrobiłam taką samą. Otóż po zapłaceniu w kasie każdy klient z rachunkiem i pełnym koszykiem stawał przy długim stole, za którym było trzech dodatkowych pracowników. Pracownik brał rachunek i sprawdzał dokładnie każdą pozycję, przegrzebując koszyki w poszukiwaniu odpowiedniej zupki w proszku, gumy do żucia i innych. Kiedy znalazł to, czego szukał, wrzucał do torby. I tak z każdym zakupionym przedmiotem w każdym, nawet po brzegi załadowanym koszyku :) Moje mydełko na szczęście załatwiłam poza przydługą kolejką. Nie wiedziałam, że wyjście do supermarketu może być taką przygodą.
Do góry
No i wylądowaliśmy w górach :) Nie sądziłam, że nie dość, że zmarznę w Indiach w środku dnia, to jeszcze będę uciekać od okna w autobusie z powodu... deszczu. Brak mi słów, żeby opisać tą podróż. Nie czułam się zbyt bezpiecznie i komfortowo pędząc rozklekotanym do granic możliwości „ogórkiem”, zapakowanym w dwustu procentach i podskakując pół metra na wybojach. Droga z Alleppey do Kottayam minęła dość szybko. Siedzieliśmy w strasznym tłoku, ale na szczęście przy oknie, więc mogliśmy oglądać wyczyny kierowcy. Po godzinie jazdy „kolejność dziobania” na indyjskich drogach była już dla nas całkiem jasna:
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Nasze plany uległy zmianie zupełnie przypadkowo wczoraj wieczorem. Mieliśmy jechać na dwa dni na plażę w Kovalam. Ale doszliśmy do wniosku, że plaże będziemy mieli na Goa, a zamiast tego możemy wybrać się do jednego z najsłynniejszych w Indiach rezerwatu przyrody. To znaczy, przepraszam - najsłynniejszego. 750 słoni, antylopy, 36 tygrysów i inne wspaniałości. Do zmiany planów przyczynił się pracownik hotelu, którego przyjaciel prowadzi hotel w Kumily (zadzwonił tam i powiedział, że przyjedziemy). Czeka nas więc pierwsza porządna podróż autobusem, bo nie docierają tam pociągi. Około 150 km i pięć, sześć godzin jazdy :)
13/12/04 Alleppey-Kottayam-Kumily
Na szczęście nie była to jedyna atrakcja dnia, a jedynie jego niezbyt fascynujące zakończenie. Prawdziwe atrakcje mieliśmy rano - od 8:30 do 13 oglądaliśmy plantacje przypraw, kawy i herbaty. Dla tej wycieczki warto było przyjechać do Kumily. Rano rikszarz o imieniu Shaji zabrał nas z hotelu i zawiózł na plantację kawy.
Rośnie na dość sporym drzewie w postaci kuleczek wielkości śliwek.



Bardzo ciekawa roślinka, której liście mają smak i zapach cynamonu, imbiru i kardamonu naraz. W sam raz dla wygodnickich i leniuchów, a także dla oszczędnych - trzy w cenie jednego ;) Używa się jej np. do popularnej potrawy biryani.


O grubszych liściach niż nasza, lekko bordowa i postrzępiona na bokach, używana m.in. do produkcji mydła!



Roślinka wygląda trochę jak chwast. Przyprawę robi się z bylinowych korzeni - fabrykę widzieliśmy w Cochin.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
14/12/04 Kumily

Takich Indii się nie spodziewaliśmy. Rano za oknem przywitała nas gęsta mgła i najniższa w tym miejscu temperatura w roku, 15°C. Mam nadzieję, że mgła rozrzedzi się i w rezerwacie uda nam się zobaczyć jakieś zwierzaki. Póki co, idąc na śniadanie, minęliśmy stado ślicznych małpek huśtających się na drutach i biegających po dachach budynków :) Cudny widok!

Periyar Wildlife Sanctuary okazał się niestety lekkim niewypałem. Mieliśmy co prawda najlepsze miejsca na dwupoziomowej łodzi, ale wiało niemiłosiernie i siąpił deszcz, więc mocno przemarzliśmy. Do tego nie widzieliśmy prawie żadnych zwierzaków. Daleko przy brzegu
jeziora widzieliśmy chyba dwa szopy, jakiegoś jelenia, stadko gazel i bizona, którego początkowo wzięłam za sporawy głaz. Do tego trochę ptaków :) I dzika. Największą dla mnie atrakcją były prześliczne małpeczki biegające sobie po drzewach, barierkach, śmietnikach, rikszach i motorach przy wejściu na łódki. Zakochałam się w małpkach :)
Kawa rośnie na dość dużych krzakach o sporych liściach i owocach wielkości malin. Owoce zbiera się w listopadzie i grudniu, kiedy dojrzeją i zrobią się bordowe. Kobiety zbierające kawę dostają 65 Rs dniówki. Po zebraniu, owoce leżą minimum 15 dni na słońcu. Gdy wyschną, są prażone, mielone i pakowane :) Z jednego kg świeżych owoców po wysuszeniu zostaje 750g a po prażeniu - 500g. Krzewy owocują po trzech, czterech latach od posadzenia przez około 50 lat. Plantacja, którą widzieliśmy, miała 10 ha. Rosła tam kawa araby, podobno bardzo mocna. Później widzieliśmy też większe krzewy kawy robester, zwanej też liberia - z ich drzewa robi się dość dziwacznie wyglądające siedzenia i podstawki pod telewizor; i sprzedaje za 1500 Rs :) Uprawy trzeciego rodzaju kawy, covery, nie widzieliśmy. Pod koniec wyprawy, wracając już do hotelu, odwiedziliśmy „przetwórnię kawy”, malutki domek z maszyną do prażenia i mielenia. Worki pełne kawy, bardzo ładny zapach, pięciu dziadków grających w karty, przyćmione światło i oczywiście standardowy brak higieny... :)
Po drodze na plantacje herbaty minęliśmy tzw. powder puffy - drzewko wydające prześliczne kwiatki, wyglądające jak pędzelki do nakładania różu do policzków. Do tego też celu są używane przez miejscowe kobiety. Kwiatkowe pióropuszyko-pędzelki występuję w trzech kolorach: różowym, białym i czerwonym.
Kawa
Plantacja herbaty to naprawdę śliczny widok Pagórki porośnięte krzewami sięgającymi nieco powyżej pasa, z daleka wyglądały, jakby były w krateczkę. Krzaki są długowieczne - zasadzone nie wiadomo jak dawno temu, mają przed sobą jeszcze 80 lat życia. Co trzy, cztery lata obcina się niektóre gałęzie, a w ich miejsce odrastają nowe. Młode sadzonki muszą osiągnąć siedem lat, żeby można było zbierać ich listki. Ze wszystkich krzewów zbiera się jedynie młode listki, które odrastają w 15-20 dni (odpowiednio w czasie pory letniej i deszczowej). Co 15-20 dni zatem kobiety odrywają świeże listki z każdego krzaczka. Aby wyrobić dniówkę (65 Rs), muszą zebrać minimum 20kg liści. Jeżeli zbiorą więcej, za każdy dodatkowy kilogram płaci im się 60 paise’ów (0,6 Rs). Prace maksymalnie ok. 150 kobiet nadzoruje supervisor zarabiający 150 Rs dziennie.
Herbata
Tuż przy plantacji herbaty znajdowała się uprawa wanilii. Rośnie podobnie do groszku czy fasolki szparagowej, tylko na dużo grubszych i większych krzewach (większych nawet niż maliny w Szczawnie). Laseczki wanilii również przypominają grubością fasolkę szparagową rosnącą w grupkach po kilkanaście sztuk. Krzewy wanilii kwitną po 3-4 latach od zasadzenia. Kwiatki dzielą się ma męskie i żeńskie i są ręcznie zapylane. Po 9 miesiącach owoce są dojrzałe. Przez dwie godziny moczy się je w gorącej (70°C) wodzie, po czym owija się je w wełnę, na miesiąc. Wtedy ich kolor zmienia się na ciemny. Z kilograma owoców powstaje raptem 150g wanilii, jaką znamy.
Wanilia
Drzewo kakaowe jest bardzo niepozorne. Rosną na nim dziwne owoce o kształcie piłki do rugby. Kiedy zmieniają kolor z ciemnozielonego na żółty, są dojrzałe. Wewnątrz owocu znajduje się ok 15 nasion. Nasiona przez dwa tygodnie leżakuje na słońcu i zmieniają kolor na ciemny. Wtedy mieli się je i otrzymuje kakao :)
Kakao
Wszystkie rodzaje pieprzu powstają z jednego drzewa. Pieprz rośnie jak bluszcz wspinający się na pnie drzew i owocuje podobnie do porzeczek. Owoce mają postać malutkich zielonych kuleczek.
Pieprz
Czarny:
zbierany w lutym/marcu, leżakuje na słońcu przez ok. 3 dni.
Zielony:
zbierany w grudniu, używany głównie przy przyrządzaniu marynat. Przez dwie godziny moczy się go w gorącej wodzie, a następnie również na dwie godziny wykłada na słońce. Wtedy jest gotowy.

Czerwony:
zbierany pod koniec marca, maczany w gorącej wodzie i suszony na słońcu.

Biały:
po zdjęciu skórki ziarenka są płukane i wykładane na słońce.
Rosną na delikatnym drzewku jako jasnozielone gwiazdeczki. W marcu/kwietniu same opadają. Są zbierane i na 15 dni wykładane na słońce. Gdy zrobią się czarne, są gotowe. Używa się ich tu nie tylko w znany nam sposób. Oprócz tego robi się z nich olej goździkowy dobry ponoć na ból zębów :)
Goździki
Przyprawę stanowią korzenie. Roślina potrzebuje ok. 70% cienia i dużej wilgotności, a korzenie wystają z ziemi. Po zebraniu gotowy jest po 45 dniach leżakowania. Z kilograma ziaren po prażeniu otrzymuje się 250g przyprawy. Smakuje rewelacyjnie dodany do herbaty wraz z cynamonem. Hindusi gotują taką herbatę w mleku, nie w wodzie, i bardzo mocno słodzą.
Cynamon
Drzewo cynamonowe obdziera się z kory partiami - po dwóch latach kora odrasta. Przez miesiąc kawałki kory leżą na słońcu i skręcają się nieco. Z liści robi się też olej cynamonowy, dodawany często do potraw z curry.
Kardamon
Po zebraniu liście trafiają do fabryki. Tam też udaliśmy się z naszym rikszarzem zaraz po wypiciu kubka herbaty ze zbieraczkami. Fabryka zbudowana została w 1941 roku i jak na swój wiek wygląda całkiem nieźle. Wokół unosił się bardzo intensywny zapach herbacianych liści. Świeże liście kładzie się na siatkę, spod której wieje na nie zimne powietrze. Gruba warstwa liści (ok. 40 cm) leży tak i wietrzy się przez 12-14 godzin. Zawartość wody w liściach zmniejszona zostaje w ten sposób o 20%. Zmienia się też ich kolor. Następnie liście są przesiewane i cięte. Pocięte liście ściera się i powstają z nich zlepione grudki wyglądające trochę jak mokry piasek. Następnie herbatę poddaje się fermentacji. Przez 60-90 minut
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
obracają się w wielkiej „betoniarce” buchającej parą. Potem praży się „papkę” w gorącym (125°C) powietrzu, aby zatrzymać fermentację i zmniejszyć zawartość wody do 3-3,2%. Tak spreparowana herbata dostaje się na siatki o różnej gęstości i w ten sposób jest segregowana - grubsze granulki to BOP (Broken Orange Peakoe), mniejsze to zwykłe Peakoe, puder też się nie marnuje: skupują go sklepy herbaciane i restauracje. W fabryce tej produkuje się tylko herbatę granulowaną, do liściastej potrzebne są nieco inne maszyny. W przyfabrycznym sklepie chcieliśmy kupić trochę herbaty, ale najmniejsze opakowania miały pół kilograma, więc darowaliśmy sobie :)
Gałka muszkatołowa
All spices
Bazylia
Imbir
Wyglądające jak przerośnięta huba owoce zawierają ok. 100-150 nasion, używanych do produkcji white chips, cokolwiek to jest. Jedno ziarenko kosztuje ok. 1,50 Rs.
Jack fruit
Rośnie na palmach podobnych do kokosowych, z nieco gęstszymi liśćmi.
Papaya
Oprócz tych wszystkich rzeczy widzieliśmy dwa rodzaje bambusów: żółte dekoracyjne i zielone, używane do budowy domów. Widzieliśmy też tzw. shoe plant, bardzo ozdobne drzewko tworzące daszek, z którego zwisały
na cienkich niteczkach czerwono-żółte kwiatki. Do tego mogliśmy przyjrzeć się rozłożonym na dachu ziarenkom kawy. Leżały sobie radośnie na brudnej ziemi, bez żadnej maty pod spodem, podlewane deszczem...

Ale i tak w domowej przetwórni kawy kupiliśmy 200g, żeby zawieźć rodzicom do spróbowania. wrzucona do woreczka była jeszcze ciepła :) I kosztowała... 30 Rs. Wycieczka, mimo deszczowej pogody, udała się mistrzowsko.

Dowiedzieliśmy się przy okazji, o co chodzi z tymi długopisami. To nie my mamy kupić od dzieci długopis - to one mają go od nas dostać. A że nie miałam przy sobie żadnego do oddania, wyszłam na straszną sknerę. Trudno :)
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
15/12/04 Kumily-Kottayam-Varkala

Pobudka o 5:00 to dość nietypowy początek dnia. Za to brak prądu i całkowita ciemność była już bardziej typowa :) Latarka spisała się na piątkę. Szybko spakowaliśmy się i podreptaliśmy na dworzec (rikszy żadnej nie było po drodze). Wsiedliśmy w lepszy autobus niż ostatnio, jakiś pospieszny jadący 90km w trzy, a nie cztery godziny. Serpentyny minęliśmy całkiem sprawnie. Autobusy wyprzedzają w Indiach wszystko, co jedzie przed nimi, w dość ciekawy sposób. Trąbiąc zjeżdżają na przeciwny pas, niewiele zastanawiając się nad tym, czy np. zza zakrętu coś zaraz nie wyjedzie. Dodają gazu, wciąż trąbiąc. To do jadących z naprzeciwka należy zjechanie na pobocze lub zatrzymanie się i puszczenie rozpędzonego potwora.To samo zadanie ma wyprzedzany pojazd: jeśli widzi, że z naprzeciwka coś się zbliża, zwalnia lub zatrzymuje się, żeby autobus mógł go szybciej wyprzedzić.

Ciężarówki w Indiach to widok naprawdę uroczy. Wszystkie wyglądają jak z wesołego miasteczka - kabiny pomalowane się w najróżniejsze kwiatki, wzorki i zakrętasy, często też są udekorowane sznurami kwiatów, figurkami bogów czy światełkami. Do tego wielki ozdobny napis nad przednią szybą, zupełnie jak z westernów.
Do góry
Przejeżdżaliśmy obok plantacji drzew kauczukowych. Dość wysokie, delikatne drzewka (postury brzozy, tylko dużo wyższe) z rozłożystymi koronami malutkich listków rosną w półcieniu. Każde z nich jest ukośnie nacięte na wysokości ok. metra, a tuz pod nacięciem umieszczona jest niewielka miseczka. Bardzo ładny widok, setki zawieszonych na pniach miseczek :)
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Siedzimy właśnie w jakiejś bardzo miejscowej dworcowej restauracji w Kottayam. Na szczęście dożyliśmy końca autobusowej podróży i odtąd zamierzamy przemieszczać się wyłącznie pociągami. Na śniadanie, z braku wyboru, wepchnęliśmy w siebie dwa smażone banany. Najedliśmy się i to się liczy :) Generalnie w Kumily jedzenie było niedobre. nieporównywalne do tego na Goa czy nawet w Cochin.

Ciekawe, że w Kerali ludzie nie targują się. Spytaliśmy o to w jednym sklepie, mówiąc, że na Goa walka o ceny była dla nas na porządku dziennym. W odpowiedzi usłyszeliśmy: „In Kerala, we don’t like it”. I piwo jest tu bardzo drogie, 90 Rs, w porównaniu do 25 Rs na Goa.

Kolejna ciekawostka: w autobusie mężczyzna nie usiądzie obok obcej kobiety. Woli wcisnąć się jako siódmy na pięcioosobową ławkę, niż usiąść koło samotnie siedzącej nieznajomej. Całkiem to wygodne, gdy jest się kobietą i siedzi się samej na trzyosobowym siedzeniu :)

Dziś rano widzieliśmy, że rikszarze śpią w swoich rikszach. Ciekawe, czy to ich jedyne łóżko.

Jeśli chodzi o robale, na razie jakoś nie widziałam opisywanych przez ludzi pluskiew w łóżkach. Zabiliśmy jednego ogromniastego robalo-chrabąszcza, który wyszedł ze spływu w łazience, oraz kilka mniejszych robali, ale to już w pokoju na podłodze. W łóżku mieliśmy tylko faraonki, które na czas naszej obecności (za naszą delikatną namową) grzecznie się z niego wyprowadziły.
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Mężczyźni w Kerali chodzą dość specyficznie ubrani. Noszą koszule, a zamiast spodni większość z nich zakłada... coś na kształt obrusu. Przewiązują się w pasie białym, czarnym, kolorowym, w kratkę, kropeczki czy kreseczki materiałem wyglądającym naprawdę jak obrus. Zależnie od pogody obrus jest długi albo krótki. Żeby z długiej spódnicy zrobić sobie krótką spódniczkę do kolan, po prostu zawiązują wokół pasa dolną część obrusu :)

Ludzie bez skrępowania plują tu gdzie popadnie i nikogo to nie dziwi. Śmieci wyrzuca się z pociągu przez okno, a w miastach prosto na
ulicę. Początkowo ciężko było mi się przyzwyczaić do wyrzucania śmieci gdzie popadnie, ale teraz czuję, że równie ciężko będzie mi się od tego odzwyczaić :)

Dojechaliśmy do Varkali. Z mieszkaniem znów trafiliśmy dobrze: czyściutki pokoik z maleńką jaszczurką za 400 Rs. Plaża wygląda nietypowo: restauracje, sklepy i hotele znajdują się na skarpie, natomiast do plaży trzeba zejść (i niestety potem wejść) długimi schodami. Plaża leży jakieś 20m niżej i jest najniebezpieczniejszą plażą w Kerali z powodu bardzo silnych prądów. Rzeczywiście, kąpieliska pilnuje kilku ratowników, a fale są przeogromne. To chyba była najfajniejsza morska kąpiel w moim życiu :) Rzucało mną jak maleńkim, bezwładnym koreczkiem :)
16/12/04 Varkala-Kanyakumari

Dziś pokąpiemy się jeszcze chwilę i jedziemy dalej, do Kanyakumari. Przy plaży w Varkali znajduje się całe mnóstwo sklepików... tybetańskich. Skąd tyle tu Tybetańczyków, nie wiem, natomiast zauważyliśmy z Maćkiem, że są dużo mniej mili niż Hindusi. Dobre, że wybraliśmy Indie, nie Tybet :) Siedzimy sobie raniutko w Sunset Restaurant, w której rzeczywiście wieczorem można podziwiać piękny zachód słońca z naprawdę nietypowej perspektywy. Rano natomiast stoliki są w chłodnym cieniu i jest ślicznie. Daleko na dole szumi morze, które wygląda niesamowicie z takiej wysokości. Dostałam naleśnika z bananami, więc kończę i wcinam :)
Do góry
Tamil Nadu
Goa

- Krowa
- Pociąg
- Ciężarówka
- Autobus
- Jeep
- Auta mniejsze niż jeep
- Riksza
- Motor
- Rower
- Piesi

Na szczęście siedząc w autobusie znajdowaliśmy się dość wysoko w hierarchii ruchu drogowego, więc kierowca pędził bez zwalniania, z wciśniętym klaksonem, a wszystko co mniejsze czmychało z drogi. Tylko ciężarówkom ustępował trochę, raz nawet zatrzymał się, by jedną przepuścić. Zwykle jednak to inne pojazdy musiały się zatrzymać, by nie zderzyć się czołowo z naszym wyprzedzającym na trzeciego autobusikiem :) Ale i tak prawdziwa próba nerwów miała dopiero nadejść. 90 km z Kottayam do Kumily jechaliśmy cztery godziny. Ale za to jak!

Balansując nad przepaścią pełniliśmy radośnie po wąziutkich, krętych dróżkach, a autobus sprawiał wrażenie, że zaraz się rozleci, tudzież sturla daleko, daleko w dół. Coś strasznego! Na szczęście cudne widoki uspokajały skołatane nerwy. Przejeżdżaliśmy przez góry porośnięte bujną roślinnością, widzieliśmy drzewa kauczukowe, plantacje herbaty ciągnące się kilometrami... Podróż wykończyła nas zupełnie, bardzo się cieszę że opuściliśmy już to stare, wariackie pudło z kierowcą wariatem :) Jeśli chodzi o hotel, znów trafiliśmy rewelacyjnie. Natomiast pierwszy obiad w Kumily okazał się wstrętny...

Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna      Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
 
Indie - dzienniki podróży