Cochin, 8/12

Czternastogodzinna podróż z Goa do stolicy Kerali upłynęła nam bardzo szybko, ponieważ większą jej część przespaliśmy. Czas podróży umilaliśmy sobie grą w garibaldkę i układaniem kostki Rubicka, którą kupiłem i zepsułem po godzinie. Może to przez moją nieuwagę, może przez mierną jakość produktu. Na dworcu Ernakulam Junction przywitał nas spory tłum i temperatura znacznie przewyższająca polską średnią krajową. W punkcie rezerwacji postanowiliśmy dokupić ostatni bilet z Cape do Madurai’u, jednak nie udało się. Postanowiliśmy się nie martwić i udaliśmy się rikszą na prom. Promem bowiem najłatwiej mogliśmy dopłynąć do Fort Cochin, miejsca pełnego zabytków i celu naszej podróży. Prom kursuje co 20 minut, więc nie spieszyliśmy się za bardzo. Bilet kosztował nas całe 2,5 Rupii na osobę, więc bez zmartwień siedliśmy na przedzie „statku” i oddaliśmy się naszej ukochanej kontemplacji…

– Maciuś, podaj Lonely Planet – zagadnęła mnie Kasia.
– Ok, wyciągnę przy okazji pamiętnik… Gdzie jest plecak, Kasiu?

Cisza.

Rozglądnęliśmy się, popatrzyliśmy na siebie i:

– Aaa! Chyba na dworcu został!

Zwyczajnie nie poruszamy się z tym małym plecakiem szkolnym, więc najnormalniej w świecie o nim zapomnieliśmy. Reakcja nasza była szybka i zdecydowana. Wybiegliśmy z promu, który na szczęście jeszcze nie wyruszył i złapaliśmy rikszę. 10 minut nerwów i ulga. Plecak leżał tam, gdzie go zostawiliśmy! Nawet nie umiem opisać ulgi, jaką mieliśmy, gdy wszystko okazało się w porządku. Nawet machnęliśmy na rikszarza ręką, gdy wydał nam o 5 Rupii za mało. Niech będzie to naszą ofiarą na pomyślną przyszłość.

Mimo zapewnień zagadujących nas miejscowych, że nie znajdziemy łatwo pokoju, bo wszystko jest zajęte, udało się to nam bez większych kłopotów. Pokój mamy owszem na samym dachu, koło restauracji, no ale w końcu Palolem nauczyło nas jak zasypiać przy głośnej muzyce. Jednak najważniejszym elementem pierwszego dnia w Cochin była wizyta w miejscowym „teatrzyku”. Miejsce nazywa się Kathakali Centre i organizuje pokazy tańco-przedstawień dla turystów. Była to o tyle przyjemna okazja do poznania bliżej kultury indyjskiej, że miejsce to jest bardzo kameralne. 90 miejsc i możliwość oglądania całego show „od środka”.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Przedstawienie zaczęło się od tradycyjnego malowania twarzy aktorów i zdobienia ich policzków ślicznie dobranymi papierowymi pióropuszyko-skrzydełkami. Następnie mistrz ceremonii przedstawił widzom historię bohaterów, występów jako takich oraz pokazał szczegóły dotyczące tradycyjnych farb indyjskich. Otrzymuje się je po złączeniu oleju kokosowego z kamieniami: żółtym, czerwonym i czarnym. Proste i skuteczne.

Następnie aktorzy, odziani w ptasio-kosmiczne ciuszki, rozpoczęli show. Show bez słów. Fabułę aktorzy, których było czterech, opowiadali gestami i mimiką twarzy. Dzięki wsparciu sekcji muzycznej i dwóch bębniarzy i śpiewako-cymbałkarza, efekt był mega
zadowalający. Przedstawienie to było niesamowicie realistyczne i nie skażone kulturą zachodu. Dzikie reakcje bohaterów, szorstka muzyka, czerwone oczy aktorów. Nie dziwię się, że cała niemieckojęzyczna starszyzna opuściła spektakl, zanim ten zdążył się na dobre rozpocząć.

Żeby wykorzystać dzień do końca, wybraliśmy się z Kasią na południowoindyjski koncert jakiegoś zespołu. Motywem muzycznym były różne ragi, czyli uczucia grane na instrumentach. Przez ponad godzinę czterech muzyków (dwaj bębniarze, trębacz i skrzypek) przekonywali publiczność do tego regionalnego i specyficznego gatunku muzyki. Mnie osobiście najbardziej przypadły do gustu zdolności improwizacyjne muzyków oraz niesamowite brzmienie instrumentu, który z braku słownictwa nazwę trąbką ludową. Tematem tego występu były Indie południowe.

Cochin, 9/12

Dzisiaj postanowiliśmy pobawić się w prawdziwego turystę, zwiedzającego najróżniejsze atrakcje opisane w przewodniku. Chcieliśmy odwiedzić pobliski kościółek, muzeum Indo-portugalskie oraz może jeszcze coś „na mieście”. No i nie udało nam się zrealizować planu. Spotkaliśmy znanego nam rikszarza, który zaproponował nam za 100 Rupii objazd po ponad siedmiu miejscach w Cochin. Po krótkim zastanawianiu weszliśmy w to.

Żeby zachować porządek faktograficzny, pierwszą atrakcję odwiedziliśmy sami, bez asysty Edwina, bo tak nazywał się ów kierowca. Odwiedziliśmy kościół św. Franciszka. Budyneczek/kościółek wygląda dość skromnie, może jednak poszczycić się wiekiem. Jest to (podobno) najstarszy chrześcijański budynek datujący swoje narodziny - oddanie konstrukcji na początek XVI wieku. Wnętrze kościółka jest raczej skromne niż pełne przepychu. Największą jego atrakcją jest nagrobek Vasco da Gamy, który to spoczął w Indiach na czternaście lat. Następnie przewieziony został do Lizbony. Dobrze, że koło nagrobka są napisy i „znaki drogowe”, gdyż z samej płyty nagrobkowej nijak nie dało się nic odczytać.

Kolejną atrakcją dnia była wizyta w Muzeum Indo-portugalskim. Szczerze mówiąc nie było w nim nic ciekawego do zobaczenia. Nawet stare fundamenty, znalezione przypadkiem podczas budowy muzeum, nie robiły żadnego wrażenia.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Następnym przystankiem w naszej podróży był cmentarz holenderski. Przyjemnie było czytać starą holenderszczyznę i rozumieć, co jest tam napisane. Cmentarz jak cmentarz, stary, zaniedbany, porośnięty trawą. Jeden z nagrobków był otwarty i widzieliśmy w nim niezaprzeczalne dowody zamieszkania. „Przewodnik” nasz powiedział, że mieszkają tam wariaci. Wierzę mu.

Następnie po drodze zatrzymaliśmy się na parę sekund, aby obejrzeć Sunset Beach, która to w porównaniu z Goa nie miała wiele do
zaoferowania. Wizyta w świątyni indyjskiej okazała się również bardzo krótka. Nie-Hindusom wstęp wzbroniony.

Tak naprawdę pierwszym mega ciekawym punktem programu była wizyta w fabryce imbiru. Gdyby nie nasz kierowca, nigdy byśmy tam nie dotarli. Imbir suszył się przez ponad tydzień w słońcu. Początkowo niebieskawy, otoczony pyłkiem chyba cytrynowym, suszy się i żółknie. Aromat w tej starej holenderskiej przeładowni był iście upajający. Mogliśmy wszędzie wejść, wszystko zobaczyć, dotknąć, skosztować. Super.
Nie wiem, czy było to przed, czy po zwiedzaniu fabryki, suszarni imbiru, ale zostaliśmy przywiezieni przez rikszarza do Saga Department Store, czyli do mega luksusowego sklepu. Był to koszt alternatywny niskiej ceny wycieczki. Jak się później upewniliśmy w naszych przypuszczeniach, rikszarz dostaje od sklepu prezenty w zamian za zwożenie mu klientów. Fakt ten zmniejszył poczucie mojej winy, że kazaliśmy mu, na jego własne życzenie, czekać przed sklepem blisko dwie godziny.
Sklep bowiem okazał się bardzo przyciągający. Mimo początkowych zapewnień, że tylko się przejdziemy, zawitaliśmy na dłużej. Sklep ten posiada prawie cały asortyment potrzebny turyście do szczęścia. Figurki, materiały, biżuteria, ryciny, meble, herbaty, ubrania. Tylko w bardzo „słusznej” cenie. Główną naszą uwagę przyciągnął dział z suknami, z których szyje się saree, tradycyjne/dzisiejsze stroje Hindusek. No i po półtorej godziny kupiliśmy jedno. Z pewnością na nasz wybór wpłynęła herbata serwowana „na około” i czterech sprzedawców biegających po całym sklepie, przynoszących najrozmaitsze rzeczy. Fakt, że stargowaliśmy ponad 30% ceny pomijam i nie chwalę się.
Po tak upojnych i długich zakupach nabraliśmy sił i chęci do zwiedzania. Pałac Radżów, tak go nazwę, za 2 Rupie zaoferował nam malowidła ścienne, powozy oraz stare obrazy byłych władców Cochin. Osobiście uważam, ze nic ciekawego. Moje średnie odczucia odnośnie pałacu psuje dodatkowo fakt, że na jego podwórku kupiłem stare monety indyjskie i przepłaciłem. Wizyta w synagodze i spacer po ulicy żydowskiej niczym nas nie zachwyciły, więc nie opiszę już nic więcej.
Cochin, Ernakulam, 10/12

Di di di di, di di di di… 6:30, budzik bezlitośnie zrzucił nas z łóżek. Musimy wstawać, czas na wizytę w świątyni niedaleko Ernakulam. Na szczęście Edwin jest spokojnym kierowcą, więc nie brał udziału w wyścigu autobusów, ciężarówek i innych. Jazda w warunkach indyjskich jest po prostu okropna. Wolałbym już jeździć po górach w zimie, na łysych letnich oponach.
Do góry
Po bardzo wyczerpującym dniu zrelaksowaliśmy się wieczorem przy ludowej muzyce północno-indyjskiej. Byliśmy niesamowicie zadowoleni z nadmiaru zajęć, jakie zorganizował nam Edwin. Chyba dlatego zdecydowaliśmy się na wycieczkę. Pojedziemy jutro rano na festiwal słoni. Jak będzie, jeszcze nie wiem.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Przed wejściem do świątyni poszliśmy na „zaplecze”, do stajni słoni. Śliczne monstra nie przejmowały się ludźmi i zajadały smacznie gałęzie palm. Przed wejściem do świątyni musieliśmy zdjąć buty. Skorzystaliśmy z usługi „szatniarza”, czyli uśmiechniętego Hindusa, który zrobił sobie papierowe numerki i pilnował butów. Świątynia, jak na tutejsze warunki (widzieliśmy już parę), była bardzo duża. Można się do niej dostać dwiema bramami, po przeciwległych stronach świątyni. Sam jej układ jest prosty. Wewnątrz prostokątnego muru znajduje się bardzo szeroki deptak, pośrodku zaś jest świątynia. To właśnie wokół niej, po deptaku, miała odbyć się defilada.
Widokiem, który od razu przykuł naszą uwagę, były słonie. Bardzo dużo słoni. I to słoni nie za ciężkimi murami, jak w zoo, ale słoni na wyciągnięcie ręki. Śliczniutkie stworzonka z włoskami na głowach i różowiutkimi trąbami i uszkami, bardzo posłusznie słuchały rozkazów treserów. W zamian dostawały ukochane liście kokosowca. Jak powiedział nam Edwin, zawód tresera jest bardzo ryzykowny. Słonie często są agresywne i wpadają w szał.
Podobno dużo ludzi ginie. My tego nie zauważyliśmy :) Udekorowane słonie stanęły w jednym miejscu, trzy zaś dumnie przespacerowały po świątyni. Wszystkiemu towarzyszyła orgia dźwięków dziesiątek bębnów, paru talerzy, trąbek i innych nieznanych mi instrumentów.

Ceremonia miała trwać ponad trzy godziny, my cierpliwie wytrzymaliśmy ponad godzinę. Pod koniec przeszliśmy się jeszcze raz dookoła i zobaczyliśmy myjnię słoni. Chyba podobało się to mycie słonikowi, bo machał uszkami i był bardzo radosny. Musi to być bardzo twarde stworzenie, bowiem gdyby mnie ktoś czyścił skorupką kokosa, nie byłbym chyba zadowolony.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy po uszyte na miarę saree dla Kasi (cudownie w nim wygląda) oraz do kolejnej świątyni hinduskiej. Tym razem mogliśmy do niej wejść. Naszą największą uwagę przyciągały wszędzie eksponowane swastyki. Mimo iż były to starsze i nic nie mające wspólnego z naszymi zachodnimi
sąsiadami symbole, czuliśmy się troszkę nieswojo.

Odwiedziliśmy dzisiaj również kino. Wyglądało jak stare kino Moskwa. Za to nie puszczają reklam przed seansem oraz robią dziesięciominutową przerwę w trakcie. Jakość obrazu i dźwięk, oraz „wartość” filmu pozostawiają dużo do życzenia. Tradycyjnie wieczór zakończyliśmy koncertem w Kathakali Centre. Tym razem tematem były Indie południowe, dla odmiany. Instrumenty: flet, malutki bębenek i dwa większe bębenki.
Alleppey - Kumily, 13/12

Jedziemy ponad 100 km na wschód do Kumily, gdzie niedaleko znajduje się Periyar Wildlife Sanctuary. Jedziemy na fotograficzne łowy: 750 słoni, ponad 30 tygrysów, niezliczonych gazel, lemurów i antylop. Podróż planowo zająć ma około sześciu godzin a my nie możemy się już tego doczekać.

W Indiach autobus się nie czai, nie redukuje biegów, on się rozpędza i trąbi klaksonem. Reszta po prostu się rozjeżdża. Jeśli nie ma miejsca na poboczu, autobus wjeżdża na pas przeciwny i jedzie, trąbiąc bez przerwy. Z Kasią zgodnie określiliśmy kolejność dziobania w Indiach: pociąg, autobus, ciężarówka (zamiennie w zależności od gabarytów), samochody terenowe, duże samochody, inne samochody, riksze, motory, rowery, ludzie. A przed nimi wszystkimi stoi krowa. Ona ma w Indiach pierwszeństwo.
Alleppey, 11/12

Dotarliśmy w końcu do Alepuzy, czyli Alleppey, po namowie rikszarza pojechaliśmy zobaczyć jego propozycję hotelu (pierwszą zdecydowanie odrzucili bo była ba obrzeżach miasta). Wysiedliśmy prawie w centrum i się zakochaliśmy. Kiran Lodge jest na razie chyba najładniejszym miejscem w jakim mieszkaliśmy w Indiach. Miejsce inne, zadbane, z wystrojem mocno ciemno-drewnianym. Drzwi zamykane na drewniane zasuwy, domowa atmosfera, tarasik i przedpokój. Ślicznie.

No tak, wypadł mi z głowy drobny szczegół. W drodze do Alleppey pomyliliśmy pociąg. Zamiast jechać na południe, pojechaliśmy na północ, w stronę Mumbaju. Jednak fuksem zorientowaliśmy się i wsiedliśmy do następnego, tym razem dobrego pociągu. Zwiedzanie miasta ograniczyliśmy do symbolicznego spaceru po głównej ulicy. Ilu tu jubilerów, aż złotem się świeci.

Alleppey - Backwaters of Kerala, 12/12

Odwiedziliśmy rano miejscową świątynię i zwróciliśmy uwagę na świątynnego słonia. Śmieszne, że w Indiach słonie żyją na „wolności”, tzn. nie są zamknięte za dwumetrowym murem, pawie zaś (dwa) trzymane są w klatkach, na uwięzi.

Backwaters
A unique Backwaters adventure in the Venice of the East has begun. Mamy do dyspozycji łódeczkę z dwoma wioślarzami i malutką zadaszoną „kabinką” w środku. Wypływamy na podbój zalewisk keralskich. Planowo płynąć mamy ponad sześć godzin, wracając już mamy widzieć zachód słońca i zasypiająco-kładące się spać Alleppey. Podróż nasza okazała się z każdej strony wyjątkowa. Pływaliśmy łódką jedyną w swoim rodzaju. Inni turyści korzystali z usług łodzi silnikowych, przez co raczej gnali po zalewisku, niż się nim cieszyli. A nam się nigdzie nie spieszyło.

Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, Backwaters koło Alepuzy są totalnie zasiedlone. W Indiach nie ma chyba miejsca bezludnego, bo tu tyle ludzi. Zdjęcia z broszur, pokazujące bezludne dzicze, to mit. Nam jednak przypadła do gustu ta „cywilizacyjna” przejażdżka. Zobaczyliśmy bowiem indyjską wieś, która jest tak rozmaita, że ciężko ją jakoś zakwalifikować. Mijaliśmy zadbane budyneczki, których właściciele wyraźnie lepiej zarabiali, mijaliśmy również mieszkanko-domki, które były totalnie zaniedbane. Elementem wspólnym było „życie” i podobne tempo, z jakim wykonywali czynności mieszkańcy. Kobiety prały w kanałach ubrania, dzieci się bawiły i machały do nas rękami, mężczyźni biegali po palmach albo pływali łódkami, a wszyscy, bez wyjątku, gapili się na nas.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Wycieczka nabrała miejscowego charakteru również dzięki umiejętnościom lingwistycznym naszych przewodników. Ich angielski był bardzo ograniczony, rozmawialiśmy jednak i dawało to czasem efekty. Bywało jednak tak, że wioślarz zapytany o kierunek, w jakim jest Alepuza, odpowiedział:

- Tak, tak, jezioro jest okrągłe.

Zapytany jeszcze raz:

- Tak tak, ryb w tym jeziorze jest dużo, różnych.
Komunikacja zatem cierpiała, przyjemność z podróży nie. Podczas gdy nasi niezmordowani przewodnicy wiosłowali, my z Kasią cieszyliśmy się cudownymi widokami, zajadaliśmy smaczne owoce (częstując również wioślarzy), wylegiwaliśmy się w łódeczce i byliśmy totalnie szczęśliwy. Szum wody, piękne palmiaste krajobrazy, spokojny rytm przejażdżki to kolejna recepta na szczęście.

Kiedy wysiedliśmy z łodzi, ku naszemu zdziwieniu uświadomiliśmy sobie, jak bardzo zmęczeni jesteśmy. Zmęczeni wylegiwaniem się i odpoczynkiem. I zadowoleni ze spędzonego cudownie dnia. Pod wieczór usiedliśmy nad przewodnikiem i chcieliśmy zdecydować, na którą plażę pojedziemy: do Kovalam czy do Varkali. Zmieniliśmy jednak plany. Postanowiliśmy przeżyć Indie na 100% i jedziemy nie na południe, ale na wschód, w głąb lądu. Autobusami.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Całkiem niespodziewanie okazało się dzisiaj, że nasza wycieczka jest nie po płaskim terenie, ale w górach. I to całkiem wysokich. Kiedy kierowca cisnął autobus, a serpentyny się dwoiły i troiły, myślałem szczerze, ze to nasza ostatnia podróż. Jazda była iście wariacka, na szczęście autobus miał o wiele bardziej sprawne hamulce niż przyspieszenie. Przydało się nam to nie raz. Pierwsze parędziesiąt (około 30) kilometrów przejechaliśmy rozklekotanym autobusem w półtorej godziny. Mieliśmy nadzieję, że pozostałe 90 km uda nam się pokonać czymś nowszym. Nie udało się, na szczęście miejsca było więcej, bo ludzie wsiadali i wysiadali. Wyboiste drogi braliśmy na pełnej prędkości, czuliśmy się przez to
jak na karuzeli, a może raczej jak na rozklekotanym roller-costerze. W oczach Kasi widziałem na zmianę przerażenie, śmiech i niepewność. Kiedy jechaliśmy nad przepaściami z tak zawrotną prędkością, woleliśmy odwracać wzrok i to przeczekać.

Na szczęście widoki rekompensowały nam wszystkie niedogodności. Wysokie góry porośnięte tropikalną roślinnością robią niesamowite wrażenie. To, że dojechaliśmy szczęśliwie i to bez większego spóźnienia, również uważam za piękne.

Zapomniałem opisać wczorajszą „misję ołówek”. Wczoraj wieczorem, około 22, zachciało mi się poodrysowywać monety indyjskie na papierze. Nie miałem jednak ołówka. Spytałem zatem naszego dozorcę, czy nie wie, gdzie mogę znaleźć tego typu asortyment. On na to: „znajdziemy”. Ruszył ze mną na miasto i zaczął zaczepiać znajomych, studentów, sklepikarzy, czy nie mają dla mnie ołówka. Trochę dziwnie się czułem spacerując pół godziny po mieście w poszukiwaniu „pierdółki”.

A tak z ostatnich spostrzeżeń z Indii, stwierdzam, że banany nie są trzymane w sklepach w kiściach, tylko w całych gałęziach. Gałęzie się podlewa, a banany rosną i rozwijają się dalej.

W autobusie mężczyzna nie usiądzie koło obcej kobiety. Cały rząd jest zarezerwowany dla kobiet, znajomych lub nieznajomych.

W Indiach posiłki spożywa się rękami. Zaś ilości, jakie się konsumuje, są wbrew pozorom ogromne! Być może jedzą dużo, ale rzadko.

A ostatnie to to, że odległości o dziwo mierzy się w kilometrach, a nie milach. Cała reszta jednak jest już czysto angielska.
Kumily, 14/12

Godzina bardzo wczesna, ciemno na zewnątrz i pada obficie deszcz. Gdzie ja jestem, czy na pewno  w Indiach? Do tego zimno i jak się później okazało, mgliście. Jesteśmy w strasznym szoku. Do tego humory nie dopisują, bo mamy duże plany zwiedzaniowe. Nawet śniadanie okazuje się paskudne. Jednak pełni nadziei ruszamy w podróż pełną zapachów, aromatów i cudownych historii. W świat krzewów, przypraw, owoców, smaku.

Shadji, nasz przewodnik rozpoczął przejażdżkę od wizyty w ogrodzie kawowym. Nigdy nie widziałem „kawowca”, dlatego moje zdziwienie na widok czerwonych owoców osiągnęło zenitu. Dopiero po odpowiednim procesie suszenia, rozłupywania i prażenia ziaren osiąga się powszechnie znaną formę kawy. W Indiach są trzy rodzaje kawy, różniące się aromatem i natężeniem smaku. Araby, Liberia i Robester to właśnie one. Wybiegając w przyszłość muszę opisać, że widzieliśmy również przetwórnię kawy. Mieściła się ona w małej chałupce, pracownicy/znajomi zaś grali w karty przy niewielkim świetle, a nie ciężko pracowali. Aromat, jaki się tam unosił, był cudny.

Drugim bardzo ważnym punktem programu były plantacje herbaty. Herbatę zbiera się z każdego krzaczka co dwa tygodnie. Zbierane są rzeczywiście tylko najświeższe listki (jak na reklamie Tetley’s). Na plantacji pracuje dziennie nawet 150 kobiet, każda z nich by wyrobić dniówkę musi zebrać minimum 20 kg liści. Za ten wynik dostają dziennie 65 Rupii, plus 60 paisów za każdy dodatkowy kilogram. To się nazywa tania siła robocza.
Do góry

Ku naszej uciesze i szczęściu mieliśmy również możliwość odwiedzenia fabryki herbaty. Jak się okazało, fabryka ta (oddana w 1941 roku) wytwarzała herbatę granulowaną. Liście odpowiednio się przesuszało, mieliło, rozdrabniało, poddawało obróbce chemicznej i dzieliło pod względem wielkości granulatu. Szczerze mówiąc warunki i sterylność, w jakich ta herbata powstawała, pozostawiają dużo do życzenia :)

Na plantacji herbaty mieliśmy również okazję zobaczyć uprawę wanilii. Jako towar niesłychanie drogi, była owa wanilia otoczona drutem kolczastym.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Następnie po drodze do mega plantacji przypraw, zahaczyliśmy do znajomych rikszarza, by obejrzeć drzewko kakaowca. Owoc kakaowca ma kształt przerośniętego wszerz ogóra, z mocno wyschniętą skórką. Z jego nasionek, po ich wysuszeniu i zmieleniu, otrzymuje się właśnie kakao.

Mega plantacja przypraw okazała się istną orgią dla oczu i węchu. Mnogość niespotykanych w Polsce, czy raczej nierosnących u nas przypraw, przeszła wszelkie nasze oczekiwania. Widzieliśmy „drzewa” pieprzowe. Wszystkie cztery odmiany pieprzu (czarny, zielony, czerwony, biały) otrzymuje się z tego samego krzewo-drzewa, tylko inaczej przerabiając i kiedy indziej zbierając owoce. Kiedy przechodziliśmy koło drzewa goździkowego, nasze zdziwienie było również niesłychane. Jak człowiek mało wie :) Widzieliśmy drzewa cynamonowe, które i owszem były totalnie okorowane, ale pachniały pięknie. Następne zbiory cynamonowej kory z tych drzewek
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
miały odbyć się za dwa lata, nie zamierzaliśmy zatem czekać i udaliśmy się dalej. A tam widzieliśmy krzewy pomarańczy, suszącą się kawę, papaje, kardamon i inne. Widok jak nie z tej ziemi, i my totalnie nieświadomi mijanych roślin. Aż głupio było po raz kolejny odpowiadać „nie wiem” na pytania przewodnika. Ale skąd mieliśmy znać te egzotyczne mięty, bazylie i inne, które u nas wyglądają tak inaczej. Pełni szczęścia dopełniły bambusy ozdobne i budowlane mango, gałka muszkatołowa i niezliczone krzewy ozdobne, których z braku czasu nasz przewodnik nie raczył wyliczać.
Niestety wizyta w Parku okazała się zimnym i dość wietrznym niewypałem. Zwierzęta pokazywały się bardzo ociężale, pogoda zaś nie pozwalała cieszyć się przynajmniej ładnymi widokami pagórków i zatoczek parku. W związku z wypadem do Kumily, mam uczucia bardzo ambiwalentne. Cieszę się z wycieczki przyprawowej, oraz, choć w małym stopniu, z wycieczki do Periyar Wildlife Sanctuary. Odstrasza mnie jednak tutejsza pogoda, która przypomina mi bardzo uciążliwą, brzydką jesień. Jednak dzięki temu wypadowi jestem w stanie uwierzyć w to, że Indie posiadają wszystkie strefy klimatyczne potrzebne do uprawy roli. Od cytrusów, przez „normalne” warzywa, do roślin pustynnych. A stref tych jest podobno w Indiach ponad dziesięć.
Varkala, 15/12
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Dotarliśmy w końcu do miejsca, gdzie świeci słońce i jest ciepło. Jak zawsze, pokój znaleźliśmy bez problemu i niepotrzebnej straty czasu. Wypełniliśmy formularze i na plażę.

Jak tu cudownie, takiej kąpieli nie miałem nigdy w życiu. Duża fala, gorąca woda, opalające słońce a do tego przepiękny widok na wioskę w górze, na wysokich skałach. Plaża w Varkali jest położona znacznie niżej niż miasteczko. Z tej wysokości widok na morze jest niesamowity. A my siedzimy prawie nad przepaścią i czekamy na zamówione wcześniej specjały. Fantastyczny relaks po dość długiej, jak na pokonane odległości, podróży.

Przekonaliśmy się, że Varkala jest w istocie bardziej tybetańska, niż indyjska. Zaskoczenie to psuje jednak fakt, że u tych Tybetańczyków
wszystko jest takie samo, zaś ich nastawienie jest dość niemiłe i nieżyczliwe. W porównaniu z Hindusami są oni zamknięci w sobie, trochę opryskliwi i w ogóle robią niemiłe wrażenie. Po tym krótkim kontakcie cieszę się, że jesteśmy tu, a nie tam :)

Wow, pływałem dzisiaj brzuchem na falach. Kiedy taka olbrzymia, niepokonana, wielgachna metrowa fala nadchodziła, rozpędzałem się kraulem (podpatrzyłem to u innych) i fala mnie porywała. Na największych płynąłem nawet 15 metrów. Czad! :)
Do góry
Tamil Nadu
Goa
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży