08/01/09 Nasik

Nasik przywitał nas tłocznym dworcem, masą rikszarzy i najbardziej rozklekotanym autobusem jakim w życiu jechałam. Skrzypiąc i rzężąc przeraźliwie dowiózł nas jednak tanio i wygodnie prosto do hotelu, który jak się później okazało leży w najładniejszej dzielnicy miasta – najładniejszej z tych, które widzieliśmy. Ze swoimi wąskimi, uroczymi uliczkami dzielnica ta przypomina trochę dawne Szczawno Zdrój, w którym zakład oczyszczania miasta splajtował dawno temu. Piękne, drewniane, bogato zdobione domki za czasów świetności (czyli pewnie przez kilka lat od wybudowania) musiały wyglądać naprawdę wspaniale, skoro nawet dziś, rozpadające się, krzywe i brudne, robią wrażenie. Nie wiem kiedy ostatnio przechodził tędy biały turysta. Sądząc po reakcjach mieszkańców, było to bardzo dawno temu.
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Gujarat, część I
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Czar prysł nieco gdy dotarliśmy do serca miasta - rytualnego kąpieliska. Jest to najważniejsze miejsce w mieście, przyciągające na co dzień i od święta rzesze pielgrzymów. Starzy i młodzi, chorzy i zdrowi szukają w wodach świętej rzeki Godavari biletu do zbawienia duszy i uwolnienia jej od cyklu kolejnych wcieleń. Niektóry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
przyjeżdżają tu by umrzeć - bo zakończyć żywot nad świętą rzeką to prosta droga do nieba. Pielgrzymi, żebracy, okoliczne dzieciaki i sprzedawcy z sąsiedniego bazaru - wszyscy bez wyjątku są tu niestety okropnie natrętni. Nie mogliśmy skupić myśli ani na chwilę, opędzając się od podążających za nami mas, a że nikt tu nie mówi po angielsku, nie dało rady nawet zrobić prostych zakupów - uciekliśmy więc z bazaru, kupiwszy trochę rodzynek i owoców i zwegetowaliśmy wieczór przed telewizorem.
09/01/09 Nasik

Coś nam nie idzie z wysyłaniem paczek. Tym razem staliśmy na poczcie ponad godzinę, zanim panienka z okienka zdecydowała się nas obsłużyć. Unikała naszego wzroku jak się dało, ale nie mogła od tego uciec i w końcu musiała położyć paczkę na wagę. Okazało się, że jest źle opakowana, bo nie ma laku na szwie. Musieliśmy więc skorzystać z usług dziadka, który na trawniku sprzedawał koperty i zszywał paczki jakimś najwyraźniej jedynym akceptowanym tu szwem. Pocmokał trochę na widok naszej paczki, po czym zapieczętował ją lakiem tu i tam. Teraz musi być dobrze - myślimy sobie. Ale pani w okienku znów cmoka z krzywą miną - ni w ząb nie umie po angielsku, a i z obsługą klienta u niej nie najlepiej. Znów nie chce wysłać - co tym razem? Siedzimy na zapleczu, jakiś chłopak częstuje nas herbatą, w końcu naczelnik poczty wspina się na absolutne
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
wyżyny swojej angielszczyzny i z pomocą innych osób mówi: nie można wysłać pocztą morską, trzeba lotniczą, dwa razy drożej. Uff, to przynajmniej wiemy o co chodzi. Rząd zakazał podobno wysyłek morskich po atakach w Mumbaju. Zapłaciliśmy więc 2000 rupii i pozbywszy się ciężaru ruszyliśmy z podstarzałym, niemówiącym po angielsku rikszarzem w stronę Pandav Leni, buddyjskich jaskiń niedaleko Nasika.
Wspięliśmy się na górę, przegryzając orzeźwiającego ogórka wysmarowanego proszkiem chilli z solą. W jaskiniach znajdujących się na szczycie góry mieścił się klasztor, który buddyjscy mnisi dzielnie kuli w skale od I wieku p.n.e. do II wieku n.e. W części mieszkalnej do dziś pozostały „łóżka” w postaci skalnych podestów. Hala zgromadzeń i świątynie są dość bogato rzeźbione i robią spore wrażenie, zważywszy na ich wiek. Mnisi wykuli tu sobie nawet oczka wodne dla ochłody przed skwarem. Mieli też piękny widok z „okien” :)
Po dłuższym błądzeniu dotarliśmy następnie do winnic „Sula”. Winorośle rosną tu większe niż w Europie, bo pozwala na to klimat i bogaty system nawadniający. „Sula” oprócz własnych plantacji polega na dostawach winogron od okolicznych rolników, co czyni z Nasika indyjskie Bordeaux. Powstają tu wina dość lekkie, owocowe, ale bardzo smaczne. Produkuje się ich naprawdę sporo - ok. 500 tys. butelek rocznie. Obok „Suli”,
jednego z większych producentów, w rejonie tym znajduje się ok. 40 innych winnic. Wino stąd wędruje głównie na eksport, częściowo jednak zostaje w kraju, w którym cieszy się rosnącą popularnością.

Gdy dojechaliśmy do Victoria Bridge, mieliśmy małe spięcie z rikszarzem. Umówiliśmy się z nim rano na 300 rupii. Teraz zaliczył sobie 600. Po minucie wokół rikszy zebrał się spory tłum gapiów, kibicujących to rikszarzowi, to nam.
W pewnej chwili chcieliśmy dać mu 400, ale obrażony nie chciał teraz już ani
rupii. Wrzuciliśmy mu pieniądze do rikszy, ale je oddał mówiąc, że nie chce. Chcieliśmy mu zapłacić uczciwie - ktoś krzyknął, że możemy pójść na policję, która jest tam i tam. Wzruszyliśmy ramionami i odeszliśmy parę kroków, a tłum za nami. Wszyscy pytają „Co się dzieje?”, „Kya hua?”. Lecz jak wytłumaczyć, że obrażony rikszarz nie chce wziąć 400 rupii, bo marzy mu się 600, mimo iż umawialiśmy się na 300? Gdy jednak byliśmy już dobry kawałek dalej, zwyciężył pragmatyzm i rikszarz przybiegł po pieniądze. Duma dumą, lecz 400 rupii to 400 rupii. W międzyczasie oblazły nas dzieciaki niczym kolorowa szarańcza: zrób zdjęcie, pokaż zdjęcie, mogę ja zrobić zdjęcie, jeszcze raz zdjęcie, pokaż zdjęcie...

Uciekliśmy jakoś, ledwo przeciskając się przez zakorkowaną ulicę. Samochody, riksze i motory stoją w niekończącej się kolejce do stacji benzynowej, jednej z nielicznych, które wciąż sprzedają benzynę. Pracownicy rafinerii ogłosili strajk, przez to stacje w Maharashtrze wyschły na pieprz. Ludzie wpadli w panikę i zaczęli robić
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy, m.in. o kryzysie paliwowym w Maharashtrze (link do Picasa Web)
podróże, wyprawa, dziennik podróży, Indie
bezpiecznie jak wyspę. Gdy doszliśmy w końcu do domu, pozbyliśmy się złych emocji starym dobrym sposobem - mocnym drinkiem :) Po kilku szybkich klaksony przestały brzęczeć, chmary ludzi przestały przeszkadzać, a kupowanie barachołki przy akompaniamencie śmichów i chichów miejscowych stały się zaskakująco przyjemne. Także nasze zdolności językowe nabrały blasku - łatwiej jakoś rozmawiało się w hindi, więcej się rozumiało, a złe emocje szybko się rozwiały.
zapasy, przez co benzyna skończyła się dużo szybciej, niż powinna. Niestety po ulicach wciąż pędziło tyle samo pojazdów, co zwykle, a przejście na drugą stronę drogi to misja iście samobójcza. Wszystko jedzie w każdą stronę i z każdej strony, pasów nie ma - a jeśli nawet są, to i tak absolutnie bezużyteczne. W tym szaleństwie jest jednak metoda: idź powoli, krok po kroku, przystań czasem po drodze - a fala metalowych potworów opłynie cię
10/01/09 Nasik-Aurangabad

Do Aurangabadu zawiózł nas lokalny pociąg. W porównaniu z autobusem to prawdziwa masakra dla pleców, podróż minęła jednak dość szybko. Aurangabad to miasto, które niczym nie zachwyca. Od czasu do czasu jednak spomiędzy rozpadających się domków wyziera perełka. A to resztki murów obronnych, a to jakaś kapliczka, a to dawne bramy miejskie. Sporo tu muzułmanów – szczególnie w okolicy tzw. biednego Taj, czyli mauzoleum żony Aurengzeb'a, mogolskiego władcy Indii. Aurengzeb był synem Shah Jahan'a, który kilkadziesiąt lat wcześniej zbudował Taj Mahal; m.in. za tę ekstrawagancję Auregzeb zniewolił ojca, po czym postawił dla własnej żony wierną, choć skromniejszą kopię grobowca. Bibi-qa-Maqbara, bo tak nazywa się budowla, robi spore wrażenie – biedna Rabia-ud-Daurani nie ma tu jednak spokoju. Szkoda, że sale muzealne z eksponatami były zamknięte – fragmenty posadzki, rzeźby i inne mogliśmy obejrzeć jedynie przez czarną od brudu szybę.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie

Z miastem wiąże się dość dramatyczna historia. W XIV wieku sułtan Muhammad Tughlak wpadł na szaleńczy pomysł, by z miasta uczynić nową stolicę i zaludnić ją mieszkańcami Delhi. Cała ludność na piechotę musiała pokonać 1100 km do nowej stolicy. Po kilku latach sułtan doszedł jednak do wniosku, że miejsce nie nadaje się na stolicę i kazał wszystkim wracać z powrotem do Delhi. Ci, którzy nie umarli po drodze w jedną stronę, musieli więc zmagać się z trudami podróży w drugą.

Po drodze z Bibi-qa-Maqbara zajrzeliśmy do przeludnionego parku i graniczącego z nim zoo, w którym byliśmy nie mniejszą atrakcją, niż lwy, tygrysy i słonie. Czy naprawdę turyści nie zaglądają tu nigdy?
11/01/09 Ajanta

Aurangabad to dla turysty przede wszystkim (a może tylko i wyłącznie?) baza wypadowa do prastarych jaskiń mieszczących się w Ajancie, oddalonej o ok. 100 km od miasta, oraz leżącej nieco bliżej Ellorze.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
jaskiń zachowały się bajecznie kolorowe „freski”, które technicznie rzecz biorąc wcale freskami nie są. Artyści używali zwierzęcego kleju i roślinnej gumy zmieszanej z barwnikami do pokrywania suchych skalnych powierzchni. Niektóre jaskinie są bardzo bogato zdobione, niektóre mniej - jako całość tworzą jednak widok naprawdę niesamowity.
Jaskinie w Ajancie zostały wykute na przestrzeni kilkuset lat: od 200 r. p.n.e. do 650 r. n.e. Mnisi wraz z upadkiem znaczenia buddyzmu i wycofywaniem środków przez sponsorów, opuścili piękne jaskinie, które wraz z ich odejściem zostały zapomniane i zarosły bujną roślinnością. Dopiero w 1819 roku polujący w okolicy Anglicy natknęli się na to niezwykłe miejsce - być może dlatego właśnie zdobienia zachowały się w tak wspaniałym stanie. 30 jaskiń wykuto wzdłuż klifu górującego nad rzeką, która płynie w kształcie litery U daleko w dole wąwozu. Miejsce jest wspaniałe, do dziś czuje się dawną jego chwałę, a w większości
12/01/09 Ellora

Mniej więcej wtedy, kiedy opustoszały jaskinie w Ajancie, ok. 100 km dalej zaczęły powstawać nowe – nie tylko buddyjskie, ale też jaińskie i przede wszystkim hinduskie. Z jaskiń największe wrażenie robi olbrzymia, wykuta w skale świątynia Kailasa. Przez wiele, wiele lat pracowało nad nią wielu, wielu ludzi, którzy wydłubali w sumie wiele, wiele ton skały. Mówią, że 200 tys. ton. W efekcie wewnątrz olbrzymiej skały powstały delikatnie zdobione korytarze, sale i całkiem spora świątynia dedykowana Shivie. W co bardziej zacienionych zakamarkach
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
czaiły się nietoperze, wydając piskliwe dźwięki (kliknij w okienko pod zdjęciem, by ich posłuchać).
Hindi mogliśmy wręcz śmiać się z niektórych dowcipów :) A nie brakowało ich w filmie o dwóch chłopakach udających gejów po to, by a) zamieszkać z piękną dziewczyną w jej bajkowym apartamencie i b) wydębić pieniądze od państwa.

Autobus okazał się rewelacją: miejsca mnóstwo, teren płaski więc kierowca-wariat nie przeszkadzał w spaniu, łóżka wygodne... Spaliśmy tak mocno, że nie zauważyliśmy nawet, kiedy z zewnętrznej kieszeni plecaka wywędrowały wszystkie nasze kosmetyki - za wyjątkiem oleju kokosowego, który złodziej uznał najwyraźniej za niewarty zachodu. Mieliśmy sporego fuksa, bo w takiej samej kieszeni po drugiej stronie plecaka były wszystkie karty do aparatu, telefony, ładowarki i pendrivy. Schowaliśmy je głębiej po tym incydencie.
Już dla samej tylko świątyni warto tu przyjechać, nie mówiąc o pozostałych jaskiniach pełnych wizerunków z hinduskiego panteonu, kwiatów, misternych esów-floresów i kolorowych resztek malowideł na ścianach.

Kupiliśmy na wieczór bilet autobusowy do Suratu - będziemy jechać sypialnym autobusem na dwuosobowej pryczy. Żeby nie umrzeć z nudów do wieczora postanowiliśmy pójść do kina. W repertuarze tylko „Dostana”, bez napisów. Idziemy, a co! Jak na film w Hindi bez napisów zrozumieliśmy całkiem sporo - pewnie również dzięki temu, że ważne myśli wypowiadane były w języku angielskim. Dzięki mieszance językowej i znajomości kilku na krzyż zwrotów w
Indie 2.0 - Maharashtra