Nasik 08-10/01/09

Jesteśmy poza Goa i jest inaczej. Słońce świeci normalnie, ale brak szumu fal działa na mnie jakoś niepokojąco. Miasto jest o wiele większe niż te, w których byliśmy dotychczas. Ludzie dookoła są jakoś bardziej zabiegani i niespokojni. Wybieramy hotel z Lonely Planet i jak się okazuje jest to strzał w dziesiątkę. Okolica jest dość urocza, niewiele tu brudu, w ogóle miasto to wygląda na zadbane. Nie zmienia to faktu, że w ogólnym rozrachunku i tak wygląda na rozpadające się. Wrażenia mamy pozytywne. Hindusi nas naciągają, my im dziękujemy i kupujemy tylko to na co mamy ochotę.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Gujarat, część I
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
W Nasiku jest mnóstwo małych świątynek. Dosłownie na każdym kroku widzimy małe murti (posążki bogów), kadzidełka i poukładane kwiaty. Kapliczek jest tu tyle, że czasem przechodzimy koło jakiejś, prawie jej nie zauważając. Mnogość ta wynika z faktu, że Nasik to miejsce święte, punkt docelowy wielu pielgrzymów. Kąpiel w świętych wodach rzeki Godavari ułatwiać ma osiągnięcie mokszy (wyzwolenia z wędrówki wcieleń). Co 12 lat w tym miejscu odbywa się Maha Kumbh Mela, największy zlot religijny na świecie. Dziesiątki milionów pielgrzymów przybywają tu i zalewają dosłownie to miasto. Niestety spóźniliśmy się na to święto, a następne dopiero w 2019.
Drugiego dnia pobytu wybieramy się na zwiedzanie. Najpierw jednak musimy wysłać paczkę. Po półgodzinnym spacerze i miłym śniadanku docieramy na pocztę. Czekamy pół godziny na otwarcie. Na pięć minut przed godziną zero wokół wejścia zbiera się spora grupka Hindusów. My jedyni nietutejsi, tak w ogóle to mało turystów jest w Nasiku. Pan w mundurze otwiera, a stado wokół nas napiera do środka. Jesteśmy dość zdezorientowani, bo nie wiemy do którego okienka się udać. Miejscowi znają pocztę dobrze, więc tylko przepychają się do odpowiednich okienek. Na szczęście miejsce mamy dobre, przed nami w kolejce tylko kilka osób. Natomiast co o poranku
robi personel poczty? Otóż przygotowuje się do rozpoczęcia pracy. Młody Hindus stojący obok informuje mnie, że zazwyczaj trwa to około pół godziny. Komputery muszą się odpalić, papiery trzeba poukładać na odpowiednie kupki, otworzyć księgi pocztowe i poziewać sobie snadnie. Ach jak to wszystko typowo indyjskie. Jedna tylko rzecz odstaje mocno od ideału. Pani w okienku. Jest ona bardzo gburowata, a że dostała z rana burę od przełożonej na oczach wszystkich, to chyba chce odreagować sobie na nas wszystkich. Kasia stoi już mocno poddenerwowana - od dobrych 10 minut nie może się doprosić o marker, którym moglibyśmy napisać adres na paczce. Pani na to albo prycha, albo niemiło zbywa Kasię, dopiero nasza interwencja u supervisora ratuję trochę sytuację. Owszem, jesteśmy już przyjęci indywidualnie, lecz nadal stoimy w miejscu. Siedzimy koło pani, ona jednak nadal przyjmuje miejscowych, ostentacyjnie o nas zapominając. W końcu raczyła spojrzeć na paczkę i oznajmiła krótko, że źle jest zapakowana. Idziemy na zewnątrz, gdzie dziadek lakuje nam szwy. Po tym zabiegu paczka wydaję się już gotowa do wysłania. Pojawia się jednak kolejny problem. O dziwo, od niedawna poczta indyjska nie oferuje przesyłek morskich. Jesteśmy zatem zmuszeni wysłać paczkę za dwukrotnie wyższą cenę samolotem. Dotrze ona wcześniej niż poprzednia paczka wysłana z Panjim.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Nerwy ukoiliśmy z Kasią wysokoprocentowym alkoholem i po raz pierwszy w Indiach zakręciło nam się mocno w głowach. Gdy późnym wieczorem wyruszyliśmy po dokładkę, było jakoś inaczej. Natrętni Hindusi nie przeszkadzali nam tak mocno, więcej też mówiliśmy w Hindi. W ogóle byliśmy mini atrakcją
zapełnionestacje benzynowe, wyglądało to jak u nas na stacjach CPN-u w najlepszych latach. Powodem tego były strajki pracowników rafinerii w całych Indiach.
Po pocztowych perypetiach czas zacząć przyjemności. Znajdujemy rikszę (de facto to kierowca nas znajduje i tak usilnie za nami jeździ, że się zgadzamy z nim zabrać). Dogadujemy się na 300 rupii. Zawiezie nas do jaskiń buddyjskich pod Nasikiem, a następnie do winnic Sula. Nie do końca wiemy, czy nasz kierowca zna drogę. Macha głową w te i we wte, a po angielsku mówi bardzo słabo.

Jaskinie Pandav Leni to kompleks kapliczek i izb sypialnych wykutych przez mnichów buddyjskich jakieś 2000 lata temu. Wykonanie jest dość surowe, mimo to i tak robią na
nas wrażenie. Większość izb to kwadratowe pomieszczenie z odchodzącymi na boki pokojami wielkości 2 mkw. Największą  jednak atrakcją jest widok na miasto i okolice.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Następnie udajemy się do winnic jakieś 8 km od Nasika. Nasz kierowca wyraźnie nie miał pojęcia gdzie to jest, bo co rusz pytał miejscowych jak tam dojechać, mlaskając przy tym mocno i dając nam do zrozumienia, że to daleko. Do tego w pewnym momencie włączył katarynę i nieustannie narzekał na ceny
paliwa. Na szczęście w końcu dotarliśmy na miejsce. Główna winnica sama w sobie nie jest duża. Większość winogron trafia tutaj z innych winnic, tych należących do właściciela oraz do niezależnych producentów.

Głównie uprawy tutaj to Sauvignon  Blanc, Riesling, Cabernet Sauvignon, Shiraz i Zinfandel. Pierwsze wina powstały tu pod koniec lat 90-tych. Dziś biznes mocno się rozwija, więc istnieją plany rozbudowy winnicy. Po półgodzinnych zwiedzaniu zostaliśmy poczęstowani siedmioma rodzajami wina. Nie mają one może pełni win europejskich, nadrabiają to jednak świeżością i zdecydowanym owocowym smakiem. Zwiedzaniowy dzień kończymy z lekkim szmergielkiem w głowach. Na nasze nieszczęście kierowca postanowił pod koniec wycieczki zorganizować małą szopkę. Oświadczył nam, że się najeździł, zrobił mnóstwo kilometrów i chce za to 600 rupii. Ja na to, że z dobrego serca dorzucę mu stówkę. On zaś na to, że w ogóle pieniędzy nie chce. Ja chcę mu je dać, bo jak inaczej. Hindusów pełno dookoła, niektórzy się uśmiechają, niektórzy mówią żeby iść  i nie płacić. W końcu, po parunastu nieudanych próbach wręczenia rikszarzowi pieniędzy ruszyłem przed siebie. Dobiegł do nas po stu metrach. W trzech krótkich słowach wytłumaczyłem mu co o nim myślę, on wziął kasę i każdy ruszył w swoją stronę.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Przejrzyj artykuły z indyjskiej prasy na Picasa Web
targowiska, bo lokalni rzadko widują tu turystów. Za to kac dogonił nas nieubłaganie następnego dnia. Po drodze na dworzec znów widzieliśmy
Pociąg Nasik – Aurangabad, 10/01/09

Sekcję ciekawostek (jedziemy pociągiem) zacznę od młodych chłopaków. Pisałem już o tym, że dość dziwnie trzymają się za ręce. Teraz dodam, że młodzi Hindusi bawią się głównie w męskim gronie. Wyjeżdżają z kumplami razem na wakacje, razem wychodzą się zabawić, nawet jak opowiadają o znajomych, to tylko o chłopakach. Co w tym czasie robią dziewczyny? Nie do końca wiem. Może nie wypada im to lub rodzice zabraniają. Z pewnością w dużych miastach, jak i w gronie studentów, sytuacja ta wygląda inaczej. Niemniej jednak zjawisko izolacji ma charakter ogólnokrajowy.

Inna rzecz to zamiłowanie Hindusów do przeżuwania ostrych rzeczy. Nie mówię tu tylko o jedzeniu, które przeważnie jest ostre. Chodzi mi bardziej o przekąski i podobne. Próbuję tutaj chipsy – większość jest piekielnie ostra. Suszone owoce również są dostępne w wersji chilli. Lokalne papierosy podobno wypalają usta cudzoziemcom, a do tego wszystkiego przeciętny Hindus ciągle żuje betel lub tytoń z dodatkiem białego
płynu. Wygląda to często dość okropnie, ponieważ specyfiki te podrażniają dziąsła (mała ilość jest zdrowa,
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
większa jednak powoduje raka jamy ustnej). Przeżutej papki nie połyka się, tylko wypluwa wraz z krwią na ziemię. Żują te specyfiki mężczyźni i kobiety, praktycznie wszędzie. W autobusach, na ulicy, w rikszy, nawet w kinie. Co chwilę widzimy kogoś, kto ugniata na ręce tytoń, a następnie pakuje to do ust. Pytamy oczywiście miejscowych, co to jest, co to daje. Podobno lekką euforię i dobry smak w ustach. Wątpię czy skusimy się na tę chwilę wątpliwej przyjemności. Chociaż kto wie?
Aurangabad, 10-12/01/09

Docieramy tu w połowie dnia. Rikszarze rzucają się na nas jak na łatwą zdobycz. Dwóch pracuje dla hotelu, do którego zamierzamy się udać. Nie potrzebujemy ich usług, bo hotel jest niedaleko. Jeden z nich mocno się do nas przyczepił. Chce za wszelką cenę zaprowadzić nas do hotelu, z pewnością ukłonić się właścicielowi miejsca i po cichu odebrać swoją prowizję. Nie potrzebujemy go, chcemy tylko w spokoju rozejrzeć się po miejscu, które na pierwszy rzut oka wygląda dość surowo. Jesteśmy niby w dużym mieście, ulice szerokie, czujemy się jak na przedmieściach Warszawy. Hotel znajdujemy bez problemu. Pokój klasy „Cóż, w porządku, w łazience znośnie śmierdzi, TV działa”. TV zepsuło się drugiego dnia.

Nie czas na siedzenie w hotelu. Czas na miasto. W pierwszej kolejności kopia Taj Mahal, wybudowana tu przez Aurangzeba dla swojej żony. Sam spoczywa w ultraskromnym grobowcu w okolicach miasta. Miejsce
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
samo w sobie jest bardzo ładne i okrutnie symetryczne. Niestety część muzealna była zamknięta, podejrzeć eksponaty można było jedynie przez okna budynku.

Miasto, w którym jesteśmy, ma swoją wyjątkową historię owianą w legendy. Sułtan Muhammad Tughlak postanowił przeprowadzić ludność Delhi właśnie do dzisiejszego Aurangabadu. Poddani nie mieli wyboru - w drodze umierali tysiącami. W końcu po iluś tam latach stolica powróciła do Delhi a Aurangabad
zos tał wyludniony. Teraz tego nie czuć - pełno ludzi wokoło. Na szczęście można zagłębić się i pogubić doszczętnie w uliczkach starego miasta.

Nie planowaliśmy tego, ale dotarliśmy na stację benzynową, z niej przeszliśmy do parku, który okazał się miejskim zoo. Uwielbiam zoo. Nieczęsto jednak sam jestem jednym z eksponatów. Ludzi dookoła dużo. My z Kasią wśród nich, dwie grupki dzieci za nami, przed nami kolejne trzy. Dzieci nas niestety zauważyły no i w śmiech. Wyciągają aparaty, machają do nas, część z nich zamienia zoo w małpi gaj. Nie wiem czy to my spowodowaliśmy tą ogólną uciechę, czy zwierzęta dookoła, fakt pozostaje faktem - zmęczyły nas dzieciaki tak bardzo, że ruszyliśmy pod prąd w inną stronę. Jak najdalej się dało :)

W zoo widziałem po raz pierwszy na żywo hieny. Mordy wielkie, choć dla mnie raczej sympatyczne. Ogromne cielska. Nie miały wybiegu jak tygrysy i lwy, więc tylko przechadzały się po swoich klatkach z zazdrością patrząc na swoich wrogów. Do tego widzieliśmy znowu białe tygrysy. Poprzednim razem, jak odwiedziliśmy zoo w Mysore (zobacz), też mieli te unikatowe śnieżnobiałe bestie. Po prostu nie pasują one do otoczenia, tak jakby ktoś wyciągnął je z czarno białego filmu i uwięził w czterech ścianach zoo. Za wszystkie atrakcje zapłaciliśmy ok. 5 rupii. Zdecydowanie było warto.

Wieczorem postanawiamy zostać w Aurangabadzie na kolejne dwa dni. Jutro wybierzemy się do Ajanty, a pojutrze do Ellory. Aurangabad zostaje więc bazą wypadową. Dużo zwiedzania przed nami, czas na sen.
Ajanta, 11/01/09

Docieramy tu autobusem z Aurangabadu. Ponad dwie godziny jazdy i jesteśmy u celu. Płacimy za wejście na parking (3 rupie), stąd wsiedliśmy w autobus do jaskiń (kilka rupii), gdzie w końcu płacimy po 250 rupii za bilet wstępu. Po drodze musieliśmy przejść przez zmyślnie zaprojektowany mini pasaż handlowy. Zobaczyliśmy chcąc nie chcąc całą ofertę.

Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Spotykamy dziewczynę z Finlandii, która mieszka w tym samym hotelu co my. Postanawiamy razem ruszyć na wielkie zwiedzanie. Ajanta Caves to kompleks jaskinio-świątyń wykuty w skale przez buddyjskich mnichów 2000 lat temu. Kompleks zachował się w wyśmienitym stanie, ponieważ między VI a XIX wiekiem nikt nie wiedział o jego
Przychodzi nam z łatwością wyobrazić sobie mnichów żyjących tu wieki temu. A skala przedsięwzięcia jest po prostu nie do opisania. Ponad dwadzieścia świątyń rozmieszczonych na planie podkowy na jednej ścianie góry. W dole płynąca rzeka - miejsce magiczne. Większość świątyń ma kształt kwadratu. W każdej z nich z tyłu siedzi dostojnie Buddha. Jego ręce splecione są w mudry ślące przyjezdnemu błogosławieństwo. Część świątyń ma w swym centralnym punkcie stupę - owalny wielki kloc kamienia, na który modą Indii wylewa się mleko czy sklarowane masło (ghee). Świątynie te mają kształt prostokąta. Do
Docieramy również do punktu widokowego, z którego widać pięknie wszystkie jaskinie. Doganiają nas tu natrętni sprzedawcy, tym razem kamieni, błyszczących kryształów i innych podobnych. Najwyraźniej spokój w jaskiniach zawdzięczamy miejskiej ochronie. Tutaj jednak (kilkaset metrów dalej), poza ich jurysdykcją, sprzedawcy są na swoim gruncie. Cóż, trzeba to przeczekać śmiejąc się po cichu z tego. Bez dobrego nastawienia i dużej dozy humoru czasem ciężko byłoby nam cieszyć się z tego wyjazdu. Pamiętam
Po powrocie do Aurangabadu czujemy spędzone w drodze godziny. Nie mamy chęci na restauracyjnego bilarda (kije nie mają tipów do kredowania co powoduje, że kontrola już mocno pooranej bili wydaje się niemożliwa), spędzamy więc czas w pokoju przed TV, który niedługo się zepsuje.
istnieniu. Dopiero angielski myśliwy natknął się przypadkiem na to miejsce. Niesamowite. Trzeba przyznać, że czuć tu dawną cywilizację. Wszystko jest jak za dawnych czasów. Czujemy chłód jaskiń i instynktownie rozumiemy ich przeznaczenie.
tego są tu oczywiście pomieszczenia mieszkalne, praktycznie bez żadnych ozdób. Świetnie zachowały się mnisie łóżka - dosłownie twarde jak kamień :)
Polaków z Palolem, którzy bez tego nastawienia męczyli się trochę w Indiach. Czasem sami zadajemy sobie z Kasią pytanie, „Co my tu robimy?”. Najlepszą receptą jest uśmiech - zawsze działa.
Ellora, 12/01/09

Dojazd do Ellory zajmuje nam o wiele mniej czasu, niż myśleliśmy. To dobrze. Wysiadamy w środku niczego, dookoła trzy restauracje, kilka straganów z pierdółkami i wielka brama. Wydajemy grzecznie na bilet 250 rupii i coraz częściej po cichu irytuje nas cena dla turysty, która jest wielokrotnie większa, niż dla Hindusów. Nie możemy jednak nic z tym zrobić. Atrakcje Ellory są z pewnością tego warte. Mam nadzieję, że do czasu jak dojedziemy do Taj Mahal uda nam się dostatecznie opalić, by zapłacić za bilet parę rupii (jako Hindusi), zamiast 750, jakie sobie tam życzą od turysty.

Ellora zaskakuje nas od samego początku. Na wprost nas widzimy wydrążoną w skale bramę. Jesteśmy w Kailasa Temple, miejscu, które odzwierciedlać ma dom Shivy w Himalajach. Świątynia ta robi na nas
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
natychmiastowe i piorunujące wrażenie. W środku góry pracownicy króla Krishny I wyrzeźbili ogromną świątynię, naokoło niej „wydłubując” trzy wielkie pasy skały. Podobno wywieziono stąd 200 tys. ton skały. Jednak nie tylko ogrom tego przedsięwzięcia, ale precyzja i oddanie to elementy rzucające na kolana. Nie przesadzam, niewiele miejsc w Indiach wywołało we mnie tyle emocji. Zwiedzanie Ellory moglibyśmy już właściwie zakończyć, chcemy jednak godnie wykorzystać czas, więc przed nami kompleks jaińskich i hinduskich świątyń. Dajemy się namówić miłemu rikszarzowi, który porozwozi nas po tym rozległym terenie.
Świątynie są bardzo podobne do tych, które już wcześniej widzieliśmy. Brakuje tu malowanych ścian, jakie pięknie zachowały się w Ajancie. Cały czas siedzi mi jednak w głowie świątynia Kailasa.

Spotkaliśmy znowu Finkę. Wczoraj wpadła do nas do pokoju, ale nie umawialiśmy się na dziś. Jak widać, umawianie się nie jest potrzebne. Czas jednak nas nagli - dziś musimy wymeldować się z pokoju. Udaje nam się to na czas, mamy jeszcze parę godzin do autobusu, który zabierze nas do Suratu w
Gujaracie. Najlepiej czas marnować w kinie. Lubimy filmy bollywoodzkie. Trwają one zazwyczaj około 3 godzin, więc w sam raz pasuje nam obejrzeć jeden. Grają „Dostana”. Oczywiście w kinie jesteśmy atrakcją. Cóż, coraz mniej się tym już przejmujemy.
Autobus sypialny przyjeżdża mniej więcej o czasie. Nigdy nie podróżowaliśmy tym rodzajem transportu. W środku czeka na nas podwójne łóżko. Przypinamy łańcuchem plecaki pod łóżkiem (mamy miejsce na górze). Pod nami jest trochę wolnej przestrzeni i siedzenia dla pasażerów, który byli mniej szczęśliwi niż my, bo musieli siedzieć. Jazda sypialnym autobusem to czysta bajka. Wygodnie, czasem owszem, mocniej podskoczymy, bo kierowca jedzie jak wariat, niemniej jednak godziny podróży lecą jak szalone.
Indie 2.0 - Maharashtra