Do góry
28/11/04 Mumbai, Maharashtra

Przede mną pierwszy w Indiach posiłek, ciekawe jak go zniosę. W międzyczasie: krótkie retrospekcje (kelner przyniósł Pepsi, nalaną do szklanki niestety, ale bez lodu, więc ryzykuję pierwszy łyk, smakuje normalnie).

Retrospekcja I
Podróż nie zdążyła się jeszcze zacząć, a już problemy :) Siedzimy w samolocie do Moskwy, zaraz powinniśmy startować. Siedzimy, siedzimy... Podjeżdża samochód (CD), wielki bysio wchodzi do samochodu, zagląda do środka i mówi... „Pani Horwat? Pan Paszkowski? Proszę państwa, mają państwo lot na 16:05, nie możecie lecieć tym lotem (11:20)”. Maciek na to, że taka była rezerwacja, inaczej nie dotrzemy do Bombaju. Pan Bysio: „Nie lecą państwo, proszę ze mną, lub dopłata 300 dolarów”. No to ładnie, myślę sobie, ciekawie się zaczyna. Pokazałam bysiowi starą i nową rezerwację (stara, sprzed dwóch miesięcy na 16:05, nowa, potwierdzona cudem dzień wcześniej, na 11:20). Wyrwał obie z biletów, popatrzył, powiedział: „Ok, muszę to zabrać i pokazać dyrektorowi lotu”. Próbujemy oponować: „Ale to nasz wydruk rezerwacji, innego nie mamy!”. Bysio: „W kasie w Moskwie poproście, to wam wydrukują”. Jasne. I poszedł :) A już nas widziałam, jak wychodzimy z powrotem na śnieg, a z wyprawy nici...

Przyszła pizza. Pizza pierwsza klasa, tyle że zjadłam półtora kawałka i czuję się pełna. Przede mną już tylko sześć kawałków :) A Pepsi się kończy (oooostre!). Jak na ironię, Hindus przy sąsiednim stoliku nie tylko zalał pizzę sosem tabasco, ale jeszcze potraktował ją sproszkowaną papryką, pieprzem i czymśtam jeszcze :) Co do żołądka: na razie się nie buntuje. Hm. Pepsi nie była z puszki. Była z dystrybutora. Żołądek pisnął ze strachu, ale nadal jest grzeczny. Teraz przyszła diet Pepsi. W puszce :) A z pizzą daliśmy sobie spokój: zapakowali i będzie na kolację.



Retrospekcja II
Pan bysiek przy okazji zabrał niechcący mój „luggage identification”. Przez całą drogę bałam się, że więcej bagażu nie zobaczę. Ale dojechał cały i zdrowy :)

Retrospekcja III
Myślałam, że turbulencje wykończą mnie zupełnie. Wykończyły, ale nie zupełnie :) Na szczęście już z powrotem na ziemi. Z -8oC w Moskwie po paru niewygodnie spędzonych godzinach mamy jakieś 30.
Bombay-Mumbai, pierwsze wrażenie było bardzo dobre. Na lotnisku miła obsługa, wszyscy nas zagadywali. W toalecie pierwszy zonk (zong?). Wchodzę, pani pokazuje mi wolną kabinę, uśmiecha się, potem naciska na dozownik mydła, odkręca mi wodę, podaje papierowy ręcznik... Więc ja też się uśmiecham, coś tam powiedziałam, chcę wychodzić, a miła pani wyciąga rękę i pociera paluszkami: money, money, money... A ja, buraczek, nie miałam żadnych pieniędzy, jeszcze nie wymieniliśmy. Więc mówię, że mi przykro, ale nie mam. Pani na to: „You don’t do this, first you give money, then you have me, not like this, you must give money!”. Ja głupi uśmieszek i w długą :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Wyszliśmy z lotniska. Nie mogłam uwierzyć, że wszystko wygląda tak, jak czytałam. Obskoczyli nas taksówkarze, ale udało nam się ich odpędzić. Poszliśmy do Railway Reservation Office. Wieeelka kolejka, wszyscy miejscowi. Jacyś Rosjanie kupują bilet, kolejka zatamowana. Postanowiliśmy zarezerwować pociąg na Goa na jutro. Podobno trzeba to robić z kilkudniowym wyprzedzeniem, ale Mistrz Maciuś kupił bez problemu na jutro, całkiem niedrogo (600 Rs za dwie osoby!). Jako że Mistrz Maciuś ewidentnie nie wygląda na miejscowego, został zawołany bez kolejki, urzędnik wypełnił bardzo radosny formularz o wydanie biletu i wszystko poszło gładko. Z biletem w kieszeni chcieliśmy dotrzeć
teraz do centrum. Ain’t that easy... Dorwał nas rikszarz. Nie, raczej taksówkarz lub łapacz-klientów-dla-krewnych-i-znajomych-królika. Zdecydowaliśmy się na taxi za 300 Rs do centrum myśląc, że przepłacamy. Ale podróż trwała 40 minut - przez zatłoczone uliczki, ulice bez pasów, pieszych na drodze, slumsy po bokach, brud, warzywa sprzedawane wprost z chodnika, salwy klaksonów, wariackich kierowców, rowery, riksze, motory, zaciekawione spojrzenia... Nie przepłaciliśmy :)

Uff, przytłaczające miasto: mimo całego jego uroku widać, że jest tu po prostu nadmiar ludzi. W sumie znalezienie hotelu poszło bardzo łatwo. Prostu zobaczyliśmy go przypadkiem i okazał się akurat tym, który zaznaczyliśmy w przewodniku. Hotel City Palace, maleńka dwójeczka za 875 Rs (czyli 910 z podatkiem), ma może ze 4-5 m2, ale za to nie ma robali. Mamy TV i klimatyzację, ale jako że jest tam baaardzo klaustrofobicznie, siedzimy na brzegu Morza Arabskiego podziwiając wystające z asfaltu palmy, brudną wodę i panoramę Bombaju. Siedzimy na murku przy chodniku, co przyciąga różnego rodzaju osobliwości... dzieciaki z bębenkami i kozami w nosach, klejące się tak długo, aż daliśmy im 2 Rs. Facet częstujący Maćka papierosami, a zaraz potem kupioną od kogoś herbatą (nie skorzystaliśmy...). Mnóstwo sprzedawców orzeszków - takie, siakie i owakie. Pan sprzedający wątpliwej jakości/oryginalności mirindę. No i całe mnóstwo saree, szerokich spodni i spojrzeń z ukosa. Choć tu nie gapią się tak, jak w okolicach hotelu. I te klaksony - nie ma dziesięciu sekund bez klaksonu... Boski ciepły wietrzyk wieje mi w plecy, jest chłodniej niż rano, ruszamy więc na spacer.
Wniosek dnia: Bombaj pachnie kadzidełkami! Dowiedzieliśmy się, że grube jak cygara kadzidła skręca się (roluje) z czegoś na kształt czarnego surowego kruchego ciasta lekko wilgotnego i pomieszanego z plasteliną :) Facet konspiracyjnym gestem pokazał nam woreczek, w którym trzymał ze dwie garście tego czegoś. Dał potrzymać, ale nie chciał się palić. Kupimy takie coś. Gdzieś, jakoś :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie

Hasło dnia: „No, thanks”. Maćka bolą policzki od uśmiechania się: No, thanks, we don’t need it... Pięćset takich samych straganów z płytami CD, aparatami, keyboardami, t-shirtami, obrusami - jak u nas u Ruskich na targu. Mam nadzieję, że na południu będzie więcej tego, co zwykle kojarzy się z Indiami.
W hotelu oszczędzają na klientach. Myśleliśmy, że jak wyjdziemy i zostawimy włączoną klimatyzację, to po powrocie zastaniemy chłodniutki, milutki pokój. Jasne - wyłączyli. Włączyli z powrotem dopiero na moją prośbę. Oczywiście z szerokim uśmiechem na twarzy: Yes yes, madame :)

Prysznic. Kran na wysokości pępka, pod nim wiadro i małe plastikowe wiaderko. Obok umywalka, której rura wylotowa prowadzi prosto na podłogę. Warunki iście spartańskie, ale i tak po zimnej kąpieli ulga jest ogromna: w końcu świeżo! Teraz Maciek się chlupie, ciekawe jak jego wrażenia. Ja miałam problem z wiadrem: nie wiedziałam, czy lać wodę prosto na ziemię i chlapać się w cieknącej z kranu, czy wiadro jest po to, żeby w nim się umyć. Wybrałam
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
wersję pośrednią, wlewając wodę do małego wiaderka i polewając się nią. A za oknem znowu dzwonią. Coś wydaje dźwięk, jakby rytmiczne walenie wielkim widelcem o ogromny talerz, tudzież żelaznym prętem w jakąś blachę. Poszliśmy wcześniej zobaczyć, co to takiego (dzwoniło tak dobre pół godziny) i okazało się, że to chyba jakieś modlitwy, w głębi budynku mężczyźni wykonywali różnego rodzaju wygibasy przy bardzo silnym kadzidle. Maciek wrócił. Mówi, że czuje się jak młody bóg. Coś w tym jest :)
29/11/04 Mumbai - Kurla - Margao - Colva

Dzyń dzyń dzyń dzyń właśnie się skończyło. Stuko-dzwonili tak od samego rana. Teraz śpiewają :) Ależ tam ciekawie za oknem! Na jakimś straganie koło dzwoniącej świątyni ludzie nawijają na sznurek żółte cosie, chyba kwiatki.

Właśnie leżę w pociągu. Obok jacyś starzy hippie-Niemcy, Hindus z Mumbaju-Kurli i jego żona. Mamy dwie miejscówki do spania, z czego jedną na samej górze tuż pod dachem. Hindus powiedział, że jego żona z chęcią weźmie tą gorszą miejscówkę, a my dostaniemy dolną. Bardzo miło z jego strony. Żona nie pisnęła słówka :) W pociągu jak na razie sporo miejsca, więc sobie leżę. Już nie leżę, właśnie ktoś przyszedł i musiałam się posunąć hihi ale wykrakałam :)

Dziś pierwsza przejażdżka rikszą. 20 Rs i całkiem spory kawałek bombajowego brudu za nami. Rikszarz czekał i czekał z nadzieją, że nagoni jeszcze czwartą osobę na przejażdżkę, ale jak zaczęliśmy wychodzić z rikszy z myślą o znalezieniu innej, zaraz ruszył. I znów klaksony :)

Jeśli miałabym mówić coś o żołądku, to tyle, że ma się świetnie. Wczoraj ściskało mnie trochę po tej pizzy, ale już przestało. Po porannym McDonaldsie wciąż jest dobrze.

Jak na razie wszystko idzie gładko. Gładko dostaliśmy bilet na pociąg lokalny do Kurli, pociąg nie był przepełniony, łatwo dotarliśmy na drugą stację w Kurli, pociąg też wygląda dobrze. Mmm, chodzą tu Hindusi z pambri, czy czymś w tym stylu, tzn. ze smażonymi bananami. Jeszcze nie mam na nie odwagi, ale na pewno spróbuję za jakiś czas. Właśnie jakiś sprzedawca zawołał Maćka przez okno, żeby mu oddał 10 Rs :) Parę minut temu poszedł po wodę i facet za dużo mu wydał, więc pewnie szukał go i jak zobaczył przez okno, to wywalczył swoje. Mam ochotę na sok z trzciny cukrowej. Pełno go było w Bombaju. Tylko wciąż nie mam odwagi.


Właśnie widziałam po raz pierwszy w życiu żebraka z urwaną ręką. Daliśmy mu dwie rupie, żeby sobie poszedł. Straszne.

Uruchomili wentylację. Nawet pierwsza klasa w Polsce tak dobrze nie wygląda!

Fujarki, orzeszki, herbata, fried bananas - tak wygląda korytarz. Coś jak „Piwo jaaasne!” w pociągu Warszawa-Wrocław :) O, teraz breloczki. Gdyby były fajne, kupiłabym, ale wyglądają jak z osiedlowego bazaru. Natężenie fujarek i innych wzrosło, za 15 minut odjazd. Chusteczki. Coffee coffee. Chay chay chay (herbata). Patyczki do uszu. Fujarki, banany. Co jeszcze? :))) Ale bosko!

Jedziemy. Całkiem szybko nawet, na pewno szybciej niż Wrocław-Legnica :) Po raz pierwszy w życiu widziałam z bliska pucybuta. Chłopak za 5 Rs czyści sandały,
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
ma całe mnóstwo różnych past. Jednemu Hindusowi prawie na siłę zdjął buty z nóg i wyczyścił, drugi nie chciał i dał chłopaczkowi parę monet, żeby sobie poszedł. Mnie również próbował namówić na pastowanie, mimo że sandały mam z materiału i gumy.

Właśnie odmówiliśmy lunchu pokładowego. Świeżutkie, bo przygotowywane w pociągu... Brr, no thanks :)
A może jednak? Coraz poważniej chodzi mi to po głowie, bo cały pociąg pachnie kurczakiem i przyprawami...
Okazało się, że siedzimy nie w tym wagonie. Zamiast w 4 byliśmy w 11, z czego zdaliśmy sobie sprawę, gdy przyszedł pewien dziadek z biletem na nasze miejsca. Hippie-Niemcy też byli w nie swoim wagonie, więc w czwórkę przenieśliśmy się na odpowiednie miejsca. Tu też są na szczęście dwa białasy :)

Warunki rewelacyjne: dużo miejsca, leżymy sobie wyciągnięci w czymś na kształt kuszetek bez przedziałów. Wieje miły wiaterek, pociąg pędzi, herbatki gwizdki banany ciasteczka owoce wcale nie przycichły i coraz bardziej przykuwają moją uwagę. Szczególnie te kurczaki... O, właśnie przeszły okrągłe cosie na kształt oponek, pachnące czymś pysznym, choć chyba strasznie tłustym. Chyba skapituluję prędzej czy później, najwyżej resztę podróży spędzę w toalecie :)
Skusiłam się. I żyję :) Za 24 Rs ku uciesze sprzedających zaopatrzyłam się w pociągowej kuchni w 6 bananów zapiekanych w cieście. Zjedliśmy je ponad godzinę temu i nic się nie dzieje. Pyszne, choć okropnie tłuste. Ale co tam :)

W mijanym za oknem krajobrazie dominują pola otoczone dziwnymi, nieznanymi drzewami i palmami. Ziemia ma kolor czerwony. Dzieciaki masowo grają w krykieta - minęliśmy właśnie kolejną grupkę. W mijanych wioskach i miasteczkach ludzie mieszkają w lepiankach, a po ulicach chodzą krowy. Już chciałabym wysiąść i zobaczyć wszystko z bliska.

Z nami w „przedziale” jedzie chyba całkiem nieźle postawiona rodzinka. Dobrze ubrany facet z lekko grubiutką żoną i podobną córką. Na kolanach trzyma
maleńkiego, ale w porównaniu do bombajskich dzieci tłuściutkiego chłopczyka, którego początkowo wzięłam za śliczną dziewczynkę z kolczykami w uszkach i bransoletkami :) Śmieszne, że Hindusi poklepują dziecko po plecach, żeby zasnęło, a nie głaszczą czy kołyszą. Łup łup łup :) W życiu bym tak nie zasnęła :)

Idziemy na całość. Właśnie spałaszowaliśmy mega ostrego kurczaka w mega ostrym sosie, ryż z warzywami i coś na kształt surówki z czerwonej cebuli w jakimś śmietanowym sosie. Ostre jak diabli, zionę ogniem :) Wciąż jednak żyjemy  - na razie nasze żołądki są całe i zdrowe.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Do góry
Jeśli wiecie, co to za piosenka, napiszcie do nas!
Goa
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży