Mumbai, 29/11

Nowy dzień przywitał nas dźwiękiem bębenków, dzwonków i cymbałek. Ti du di da, Ti du di da, Ti du di da… wczoraj wieczorem Hindusi zakończyli takimi samymi modło-śpiewami. Jak rzekłoby się, w pruskim zegarku.

Pociag do raju, 29/11
W końcu jedziemy pociągiem na Goa. Podróż planowo trwać ma 9,5 godziny. Kupiliśmy bilety klasy sleeper, co oznacza, że mamy miejsca w wagonie sypialniano–siedzeniowym. Łóżka można składać i rozkładać  do woli, a miejsca jest sporo. Jechaliśmy dzisiaj również rikszą, czyli motorem z kabinką na 2 osoby z tyłu. Żeby ruszyć i przejechać się 10 minut czekaliśmy ponad kwadrans. Jak się okazało, że czwartej osoby nie da się dokooptować i kierowca nijak nie dorobi się 10 Rupii, ruszyliśmy w trasę po wyboistych i rozkładających się ciutkę slumsach.

Pociąg, czy lokalny, czy dalekobieżny, zwykle jeździ z otwartymi drzwiami, zaś wiatraki zamontowane na suficie włączane są na guziko-przesuwaczkę. Miodzio :)
Mumbai 28/11

Właśnie siedzę w pizzerii nad brzegiem morza i zastanawiam się nad formą owego swoistego, jedynego dziennika podróży. Wybraliśmy cywilizowaną kuchnię w obawie przed zbyt szybkim atakiem azjatyckiego szoku. Jestem tu od paru ładnych godzin, a wydarzyło się tyle... że aż ciężko spamiętać.
Mumbai szokuje, odstrasza. Mam nadzieję, że zachęci nas do dalszego zwiedzania. Żeby jednak dojść do rogu Netaji Subkashchandra Road i Veer Nariman Road muszę cofnąć się troszeczkę i opisać naszą podróż z Polski do Indii.

Warszawa, 27/11
– Pani Horwat, pan Paszkowski? Muszą państwo wyjść, bądź dopłacić po 300 dolarów – kontroler lotów okazał się nieugięty. Inna godzina na biletach, inna lotu, no i mamy problem. Fala gorąca i szybka reakcja.
– Mamy rezerwację, bilety kupiliśmy wcześniej.
I po kłopocie, pierwsze koty za płoty. Spowodowaliśmy trzydziestominutowe spóźnienie, ale nawiązaliśmy nową, bardzo ciekawą znajomość. Zagaduje nas Anoop Bisht i pyta, o co chodzi. Ja mu odpowiadam, i rozmowa się rozkręca. Anoop okazuje się niesamowicie miłym Russia-Hindusem. Daje nam kontakty do swojego przyjaciela w Indiach, który prowadzi biznes turystyczny.

Moskwa, 27/11
Widzimy napis „Kino” i mamy parę godzin luzem. Jednak kino barem się okazuje.

Mumbai, 07:45, 28/11
Jeśli w dziesięć minut można rozgryźć Hindusa, to stwierdzam, TO SĄ NACIĄGACZE!!!
Jeden, drugi, trzeci, czwarty, mam dalej wyliczać? Nie trzeba. Każdy zagaduje ciebie, pyta o coś. Coś proponuje. Kupno biletu kolejowego na Goa to też pewien wyczyn. Kolejka na skok narciarza i magiczna biała twarz, czyli ja. Mniej ciemni obywatele globu nie stoją w kolejce, no chyba że za innymi nieciemnymi. A oni co na to? Uśmiech i tolerancja. Kupno biletu to już formalność – piętnaście minut rozmowy, czterdzieści razy dopytanie się o szczegóły, trudny do odczytania formularz kolejowy do wypełnienia i bilety mamy w ręce.
Mumbai: miasto klaksonów, czarnych taksówek, kadzidełek wielkości cygara, budek z napojem z trzciny cukrowej, bazarów z tandetną tajwańską odzieżą, sprzętem elektronicznym z lat późnych 80-tych, jednej rasy psów (ni to seterów, ni to dingo, ni to wyżłów) i dróg bez pasów, i przepisów drogowych. Jazda taksówką okazała się atrakcją zdecydowanie wartą swoich trzystu Rupii (trasa lotnisko - centrum). Pasy na drodze zaczęły się w ścisłym centrum, czyli w jakimś dziewięćdziesiątym procencie trasy. Na trzypasmowej drodze pięć czy sześć aut jadących koło siebie to dzień powszedni. Do tego jazda na czerwonym świetle, piesi na drodze i nieprzerwanie używany klakson. Atrakcja o tyle wyczerpująca, że trwała blisko trzy kwadranse (bez najmniejszych korków).
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Do góry
Goa
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski      Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży