17/12/04 Kanyakumari, Tamil Nadu

Do Kanyakumari dojechaliśmy w miarę sprawnie - tylko dwie godziny spóźnienia. Hotel znaleźliśmy łatwo, 300 Rs i złażący z sufitu tynk, podeszłe wilgocią ściany... Za to pokój z TV i widokiem na ocean :) Niestety, hotel znajduje się w pobliżu jakiejś zwariowanej świątyni: do 12 w nocy trąbki, bębny i huczne śpiewy skutecznie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Pierwszy punkt wycieczki: Kumari Amman Temple. Świątynia, położona w najbardziej wysuniętym na południe punkcje półwyspu, przyciąga podobno wielu pielgrzymów. Oprócz zwyczajowego zdjęcia butów, mężczyźni muszą zdjąć również koszule. Aparat musiałam zostawić w pseudo-depozycie. Ani wyjęta skądś szuflada (zawierająca kilka aparatów i drobniaki), ani siedzący obok pilnujący jej Hindus, nie wzbudzali zaufania, ale wyboru nie było. Wnętrze świątyni było rzeczywiście imponujące: surowe mury i bardzo stare płaskorzeźby stwarzały tajemniczy, niesamowity nastrój. Wokół palące się oliwne lampki i wielu wiernych, krążących sobie tylko znanym ścieżkami, w jakimś pewnie porządku, między niezliczonymi ołtarzykami. Przy każdym z nich siedział mężczyzna z dwiema miseczkami, z których wysypywał podchodzącym na dłoń odrobinę czerwonego lub/i żółtego proszku. Ci rozsmarowywali go sobie na czołach.

Pracownik świątyni, siedzący za stołem pełnym oliwnych lampek, wymusił wręcz na nas zakup kilku za 10 Rs. Jeden z obecnych w pomieszczeniu Hindusów natychmiast niemalże zaciągnął nas do najbliższego ołtarzyka, przed którym paliło się już całkiem sporo takich lampek. Pokazał, jak się je zapala, a potem kazał Maćkowi podejść do ołtarza ze świeczkami na tacy i wykonywać nią jakieś dziwne ruchy. Przez przypadek Maciek chwycił tacę lewą ręką: został szybko pouczony przez kogoś, że robi się o prawą. Było nam generalnie strasznie głupio i z radością uciekliśmy czym prędzej. Wychodząc daliśmy 2 Rs jakiemuś żebrakowi, który uznał, że to za mało i upomniał się o 10 :)
zagłuszały telewizor, mimo zamkniętych drzwi na balkon. A rano  powtórka z rozrywki. Znów ryki na cały regulator i bieganie po korytarzu. Hotel najwyraźniej stanął na nogi o piątej rano i ludzie, biegając między pokojami i krzycząc wniebogłosy, przygotowywali się do kościoła. O szóstej zabiły kościelne dzwony i wkrótce potem korytarz umilkł. Niestety świątynia nie. Ciężka noc :) W Kanyakumari nie ma chyba zbyt wielu rzeczy do zobaczenia, więc spokojnie obejrzymy wszystko w jeden dzień. Już tylko jeden nocleg w wariatkowie.

Bardzo tu wieje - ciepły wiatr gwiżdże ze wszystkich sił. Może dlatego, że spotykają się to wody Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego. A może dlatego, że jesteśmy na samym czubku półwyspu. A może po prostu wietrznie tu :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Kolejna atrakcja: pomnik Mahatmy Gandhiego, a właściwie miejsce, gdzie spoczywały jego prochy zanim wysypano je do morzo-arabsko-oceano-indyjsko-zatoki-bengalskiej. 2 października (w urodziny Gandhiego) słońce świeci przez dziurę w suficie prosto na pomnik. Tuz obok budynku stał pomnik Kanyakumari, ale prócz tego, że był ładny, nie dowiedzieliśmy się, czy ma jakieś większe znaczenie.

Hindusi nagminnie robią sobie z nami zdjęcia. Podbiegają spora grupką, ze świeżo kupionymi, dość tandetnymi aparatami, krzycząc „Photo please!”.

Potem chcieliśmy pójść do pobliskiego muzeum. Ponieważ jednak mieliśmy wrażenie, że większość godnych uwagi eksponatów stoi na zewnątrz, a wejście kosztowało po 100 Rs (od obcokrajowców, bo Hindusi mogli wejść za 5 Rs), daliśmy sobie spokój.
Ostatnim punktem naszego dzisiejszego programu była przejażdżka wielką okrąglutką „krową” na pobliską wysepkę, naj-naj-najdalszy dostępny zakątek Indii, w miejsce medytacji Vivekanandy, wielkiego nauczyciela, mnicha i legendarnego myśliciela. Zabudowania nie były specjalnie fascynujące, ale bardzo cieszyliśmy się byciem na samiutkim czubku Indii, skąd wszystko było na północ od nas, a na horyzoncie widać było zarówno brzeg Morza Arabskiego, jak i oceanu. Wiało tam jeszcze mocniej niż w samym Kanyakumari. Do tego fale były tak ogromniaste, że wielkim promem majtało na wszystkie strony - sprawiał wrażenie zupełnie bezwładnego kawałka drewna. Siedzenie w nim przypominało jazdę na szalonym roller-coasterze lub jakiejś wariackiej karuzeli w wesołym miasteczku. Podskakiwaliśmy strasznie, przechyły nie do opisania, a do tego całkiem obficie spryskująca nas woda, wystrzelana w górę przy rozbijaniu się wielkich fal o kadłub. Rewelacja!
Hindusi to wesoły naród: wszyscy śmialiśmy się jak dzieci, gdy tak rzucało nami we wszystkie strony :)
To tyle, jeśli chodzi o Kanyakumari. Ładne miasteczko, pełne ulicznych sklepów oferujących taką samą tandetę, jak w Bombaju, tylko z dodatkiem muszelek. Na każdym kroku jakaś ładna kapliczka czy pomnik, ale niezbyt wiele atrakcji. I jedzenie takie sobie :) I to ciągłe wycie w pobliskim kościele... Choć akurat jutro rano przyda nam się pobudka o piątej, bo o 6:30 mamy pociąg do Madurai.
19/12/04 Madurai-Trichy

Dziś rano zjedliśmy wyjątkowo dobre śniadanie - jajka sadzone i płatki kukurydziane, do tego pycha soczek. I kumata, miła (!) obsługa. Byliśmy zachwyceni.

Po śniadaniu poszliśmy przebookować bilety z Trichy do Madras na dzień wcześniej. Udało nam się to bez problemu, wróciliśmy więc radośnie do hotelu, żeby spakować plecaki. Wczoraj na recepcji dowiedzieliśmy się, że pociąg do Trichy jest o 12, nie spieszyliśmy się więc, bo czasu było sporo. O 11:30 byliśmy na dworcu, chcemy kupić bilet...

- Ale pociąg już pojechał, o 11:15...

Taaak... Następny o 19:30 :) Co teraz? Siup w autobus :) Za 60 Rs dojechaliśmy na drugi koniec miasta do dworca autobusowego. Rikszarz zaprowadził nas do niby-informacji. Tam dowiedzieliśmy się, że autobus odjeżdża za 10 minut i jest „pół-luksusowy”. I bilet kosztuje 130 Rs. Zapłaciliśmy, a pan siedzący przy stoliku nabazgrał coś na kartce: imiona, trasę i cenę, po czym zaprowadził nas do autobusu. Bagaże wrzucił pod przednią szybę i wyszedł, wręczając nam dwa bilety, łącznie za... 70 Rs. Czyli zapłaciliśmy mu dwa razy za dużo, daliśmy się zrobić w balona :) Przyjęliśmy to spokojnie, ale gdy wrócił po chwili i kazał sobie zapłacić 20 Rs za bagaż, przestałam być miła i wytknęłam mu prosto w nos, że co on sobie myśli - zapłaciliśmy mu dwa razy więcej, niż powinniśmy, a bagaż jest wliczony w cenę biletu (o czym wszyscy dobrze wiemy) więc już żadne 20 Rs mu się za nic nie na leży. Maciuś dobre serce chciał mu dać dla świętego spokoju, ale go przegadałam. 20 Rs to niedużo, ale nie dam się zrobić w konia podwójnie :)
18/12/04 Madurai

Wstaliśmy raniutko i w rytmie świątynnych bębenków i trąbek spakowaliśmy plecaki. Pod hotelem stały taksówki, białe Ambasadory. Zapukaliśmy do jednej z nich i po chwili wyszedł ze środka zaspany taksówkarz. Zawołał jakiegoś innego kierowcę, bo nie umiał otworzyć przednich drzwi, po czym ten drugi rozsiadł się wygodnie za kierownicą, a pierwszy poprosił grzecznie o parę Rupii w zamian za to, że został przez nas obudzony :) Dotarliśmy do dworca bardzo uroczo oszczędzając światła: kierowca gasił je, gdy jechaliśmy oświetlonymi ulicami :) W kasie biletowej sprzedawca uparcie twierdził, że na ten pociąg nie można kupić biletów w sleeper class. Uwierzylibyśmy, gdyby to był nasz pierwszy dzień w Indiach. Ale nie jest, więc twardo obstawaliśmy przy swoim i okazało się, że jednak można. Pociąg był prawie pusty, więc wygodnie odespaliśmy nieprzespane muzyczne noce.

Madurai przywitał nas dość nieciekawym zapachem i nadzwyczaj namolnymi rikszarzami. Z jednym z nich z trudem dojechaliśmy do Ramson Hotel. Po pierwsze nie bardzo wiedział, gdzie hotel ten się znajduje, a po drugie koniecznie chciał zawieźć nas w całe mnóstwo innych, zapewne bardzo ciekawych, miejsc. Hotel okazał się strasznie paskudny, podjechaliśmy więc do Hotelu Sri Devi, tuż przy świątyni Sri Meenakshi. Chcieliśmy uniknąć bliskości świątyń po przeżyciach z Kanyakumari, ale widok z dachu zaczarował nas tak skutecznie, że postanowiliśmy zaryzykować kolejną noc w rytmie trąbek i bębenków.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Z szóstego piętra można podziwiać nie tylko panoramę miasta (co samo w sobie nie jest zbyt fascynujące, biorąc pod uwagę niezbyt wysokich lotów architekturę), ale co najważniejsze - cały kompleks Sri Meenakshi Temple. Osiem niesamowicie kolorowych wież pokrytych bajecznymi płaskorzeźbami, przedstawiającymi najróżniejsze bóstwa i ich historie, robiło ogromne wrażenie. Z wysoka widać je było z lepszej perspektywy, niż z przyświątynnych uliczek. Niestety okazało się, że świątynia jest zamknięta do 16:30, postanowiliśmy więc pójść coś zjeść. Nie było to łatwe: im dalej jesteśmy od Goa, tym gorzej ludzie mówią po angielsku. Zapytałam kelnera o kanapki - podobno nie serwują. Wstaliśmy więc i
chcieliśmy pójść gdzie indziej. Nagle chyba jednak zaczęli serwować kanapki, bo kelner szybko zmienił zdanie: „Yes yes, chicken sandwich, please sit”. Poprosiłam o „toasted”. Nie zrozumiał :) Prośby o cukier też nie zrozumiał, więc poszłam sama do lady i pokazałam palcem :) Jakość jedzenia też jest dużo gorsza, tęsknimy powoli za starą dobrą kanapką z żółtym serem i ketchupem. Albo za schabowym, ziemniaczkami i mizerią :) A tu? Curry na śniadanie, albo maleńka kanapeczka bez smaku :)

Madurai to bardzo tłoczne miasto. Chodzenie po ruchliwych uliczkach co chwila groziło przejechaniem to przez trąbiący wściekle samochód, to przez rikszę, to przez motor, rower, wóz z sianem, rowero-rikszę, rowero-rikszo-wózek pełny brudnych tubylców... Może przez ten tłok mieliśmy wrażenie, że jest tu wyjątkowo upalnie i duszno. I niezbyt ładnie pachnie... Odbyliśmy dziś przejażdżkę starym typem rikszy, której nie widzieliśmy nigdzie indziej - trzykołowy rower z kabinką z tyłu. Mieliśmy tak ogromne wyrzuty sumienia, widząc jak dziadek z trudem dociska pedały przenosząc cały swój (niewielki zresztą) ciężar z jednej nogi na drugą w tempie żółwia, że wysieliśmy w połowie drogi płacąc mu za całość trasy. Czułam się paskudnie, jak bufonowata arystokratka niesiona w karocy przez chuderlawych dzikusów :)
Świątynia Sri Meenakshiśrodku okazała się jeszcze ładniejsza niż z zewnątrz. Tuż przy wejściu (i w dość regularnych odstępach dalej) ustawił sięspory tłumek najróżniejszych żebraków. Z dziećmi, bez dzieci, z zębami i bez zębów, bardziej lub mniej zaniedbani, każdy chciał dostać swój przydział rupii. Maciuś Dobre Serce miał do nich nieskończoną cierpliwość, ja mniejszą... Świątynia okazała się ogromna, z dużym basenem pośrodku, ozdobionym lampionami i wielkim, złotym kwiatem lotosu. Wokół na kamiennych schodach można było siedzieć sobie do woli i podziwiać budowle. Poza tymi schodami siedzieć już nie było wolno nigdzie - do rusz widzieliśmy napisy „Do not sit here” :) Gdyby nie Maciek, pogubiłabym się w
kamiennych korytarzach świątyni, ozdobionych surowymi, ale wymyślnymi rzeźbami. Malowidła na suficie i na ścianach robiły ogromne wrażenie. W jednym z zakątków świątyni mieścił się bazarek.

Całe mnóstwo sklepików z figurkami, świecidełkami, olejkami, lampkami i... owocami :) Kupiłam figurkę dla mamy, będzie do kolekcji. Siostry również okazały się dość nakładochłonnym wynalazkiem: wszystko muszę kupować razy trzy, bo wiem, że też by chciały :) Zamiast dwóch torebek kupiłam więc sześć. I siódmą na wszelki wypadek. Lampek oliwnych też kupiłam więcej, koszulek z Periyar Wildlife Sanctuary też :) A teraz noszę to wszystko. Ech :)
W kompleksie świątynnych budynków znajdowało się tez muzeum. Poszliśmy oczywiście, ale oprócz kolejnych imponujących kolumn i ozdób ściennych nie było wiele eksponatów. Wszystkie figurki bogów i boginek wyglądały dla nas identycznie. Nic dziwnego, skoro Hindusi mają 330 milionów bóstw :) Jest ich tyle, że muszą wyglądać podobnie. Kilkakrotnie zapędziliśmy się do zamkniętej dla nie-Hindusów części świątyni. Za pierwszym razem zostaliśmy grzecznie wyproszeni przez panią (!) policjant, potem już nikt nas nie wypraszał :) Generalnie świątynia ta to chyba najładniejsze i najbardziej klimatyczne miejsce, w jakim byliśmy (oczywiście chodzi tu o miejsca religijne, bo nie chciałabym być zmuszona do porównywania jej np. z boskimi plażami na Goa). Dla tej atrakcji warto zawitać do Madurai. I chyba tylko dla tej. Więc zamiast zostawać tu na trzy dni, jedziemy jutro do Trichy.
Na kolację pojechaliśmy rowero-rikszą do Supreme Hotel, gdzie podobno była restauracja na dachu. Owszem, była, ale zanim tam dotarliśmy, zostaliśmy przewiezieni przez bardzo boczne i bardzo nieturystyczne uliczki. Był to spory szok - straszny smród, góry śmieci, kałuże wolę-nie-myśleć-czego, rozklekotane chałupy, sklepo-warsztaty ze wszystkim i z niczym, szczerbate twarze. Do tego ciemno i oprócz nas - żadnych białych. Bardzo się cieszyłam, gdy w końcu dojechaliśmy do restauracji, całkiem luksusowej, z widokiem na inne bogate hotele z jednej strony i rozpadające się slumsy z drugiej. Z powrotem pojechaliśmy już nie rowero-rikszą, tylko autorikszą. Gdy wysiadaliśmy, kierowca ze smutkiem opowiedział swoją historię: kiedyś był szczęśliwy, miał żonę i dzieci, ale potem brał narkotyki, pił i stoczył się, a jego życie się skończyło i nie ma pieniędzy, więc prosi o parę groszy. Dostał 10 Rs więcej, dzięki Maćkowi Dobre Serce :)

Mała poprawka do kolejności dziobania na indyjskich drogach: rowero-riksza znajduje się w hierarchii gdzieś między motorem a rowerem. Biedny rikszarz musiał zatrzymać całkiem już rozpędzoną rowero-rikszę, a potem pchać ją i rozpędzać od nowa, dlatego że wyżej postawiona w hierarchii autoriksza zatarasowała przejście. Nie chciała się przesunąć do czasu, aż wytoczyło się z niej siedem sporych rozmiarów osób (czterech Hindusek z trójką dzieci). Znów żal mi było rowero-rikszarza, który potulnie czekał aż autoriksza przesunie się, po czym przepuściwszy motor z trudem popedałował pod górkę.
Do góry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Podróż autobusem minęła nadspodziewanie szybko. Siedzieliśmy we dwójkę na półtoraosobowym siedzeniu i myślałam, że odwieje mi głowę, ale grała muzyczka i kierowca nie szalał strasznie, więc było miło :) Mijaliśmy niezliczone wioski - w głowie się nie mieści, w jakich warunkach ludzie tam mieszkają. Lepianki z drewna, gliny i palmowych liści, góry śmieci, domeczki, w których chyba nie da się stanąć prosto, wychudzone zwierzęta, brudne dzieciaki chlapiące się w kałużach...

Dziś rano widziałam, jak transportuje się tu kury. Związane sznurkiem za nóżki zwisały głowami w dół, przyczepione do kierownicy roweru. Było ich kilkanaście i nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że były żywe. Machały ściśniętymi łapkami, gdakały i machały głowami. Brr...
W Trichy zdecydowaliśmy się na trochę lepszy hotel, już bez odłażącego tynku i pleśni w łazience :) Mamy duży, czyściutki pokój z balkonem i zdezynfekowaną łazienką, telewizorem. I basen jest. I dobrze dają jeść :) Tylko trochę drogo - sok pomarańczowy 50 Rs zamiast 25. Chociaż jak pomyślę, że za noc tutaj płacimy luksusowe... 20 zł, to buźka sama mi się uśmiecha. W Warszawie byłoby minimum 200.
21/12/04 Trichy-Thanjavur-Trichy

Dzisiejszy poranek był straszny. Wstaliśmy rano i mieliśmy świetne humorki, bo dokuczające nam wczoraj żołądki dziś najwyraźniej czuły się dobrze. Świetne humorki zostały jednak bardzo skutecznie zepsute faktem, że biegaliśmy po okolicy próbując znaleźć miejsce, gdzie da się coś zjeść na śniadanie i nic nie znaleźliśmy. Naprawdę nie wybrzydzaliśmy. Jedyna nie-wegetariańska restauracja wyglądała makabrycznie, a w wegetariańskich nie było nic oprócz wcześniej wspomnianych paciek curry, nawet jajek nie serwowali, więc po ponad pół godziny głodnego łażenia wróciliśmy do hotelu i zjedliśmy płatki kukurydziane w ilości jak dla trzylatka. Obsługa znów nie mówiła po angielsku - zamiast stosowanej kanapki z serem, Maciek dostał niestosowaną kanapkę z serem i cztery suche tosty. Żeby nie było, ser nie był żółty czy biały... Był żółto biały i nie wiadomo za bardzo, czy słodki, czy słony. Pycha :) A ja dostałam banana w czarne kropki. Zdążyłam prawie wszystko zjeść, zanim przynieśli niezepsutego. Wrr...
20/12/04 Trichy

Piątka z plusem z negocjacji. Początkowo rikszarz zażyczył sobie 100 Rs w jedną stronę do Rock Fort Temple, ale stanęło na tym, że za 200 Rs zawiezie nas do wszystkich trzech świątyń, w każdej poczeka ile będziemy chcieli, a wracając do hotelu podskoczymy do sklepu papierniczego.

Rock Fort Temple wznosi się na osiemdziesięciometrowej skale, a żeby do niej zajrzeć, trzeba wspiąć się po 437 schodach. I być Hindusem, bo białym nie wolno wejść do środka :) Na szczęście po drodze było dużo małych kapliczek, a widok z góry na miasto był imponujący, więc wspinaczka nie poszła na marne.

Druga świątynia, Sri Jambukeswara, była całkiem przeciętna. Natknęliśmy się na przyjazd jakiegoś religijnego guru, w związku z czym wokół świątyni krążył spory tłumek fotoreporterów, a wewnątrz czekał równie spory tłumek wiernych. Twarz z plakatów otoczona ludźmi przeszła tuż obok nas i zniknęła za ciężkimi drzwiami, mi zaś dzięki chwilowemu zamieszaniu udało się skraść kilka zdjęć wewnątrz świątyni, gdzie obowiązuje zakaz fotografowania.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Ostatnia świątynia, którą chcieliśmy tu zobaczyć, to Sri Ranganatha Swamy Temple. Jest to największa świątynia w Indiach - 60 hektarów korytarzy, kapliczek, świątyniek, placyków, podestów, zadaszeń, komnat. To wszystko sprawia wrażenie sporego miasteczka. Do tego w różnych dziwnych miejscach widzieliśmy ludzi siedzących na posadzce i zajadających z bananowych liści ryżową papkę, śpiących smacznie, czy najwyraźniej zadomowionych na dłużej: z tobołkami, kocami i zapasami jedzenia.

Świątynie to jedno, miasto samo w sobie - drugie. Trichy to kolejne miasto sprawiające wrażenie, że zaraz rozsypie się na kawałki. Rozpadające się chatki, rozklekotane rowery i auta, wszystko to wygląda strasznie. Nie ma w tym mieście nic dającego się określić jako „nowe”, lub „zadbane”. Wszystko dosłownie się rozpada. Dachy mają dziury, okna - powybijane szyby, a po ulicach walają się góry
śmieci. Brudne i skołtunione zwierzęta szwendają się między straganami ze wszystkim i z niczym. Do tego naprawdę nie ma gdzie zjeść - restauracje w większości są wegetariańskie i serwują miejscowym tutejsze specjały. Jakoś nie umiem przekonać się do obiadu na śniadanie, obiad i kolację, a tym bardziej tutejszego obiadu, składającego się z ostrych papko-sosów i dosai, czyli placków z mąki i wody wyglądających jak sztywne naleśniki. Bardzo tęsknimy za Goa...
Do góry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Na szczęście wycieczka do Thanjavur (Tanjore) udobruchała nasze nienajedzone, złe brzuszki. Może nie brzuszki, tylko umysły, bo świątynia, którą zobaczyliśmy, sprawiła, że zapomnieliśmy o bolesnych doświadczeniach poranka. Zbudowana w 1010 roku Brihadishwara Temple to chyba najbardziej imponująca budowla, jaką dotychczas widzieliśmy. Wyglądała jak wzniesiona przez Azteków. Surowe, kamienne rzeźby, kolumny, korytarze i wieże przypominające piramidy nie były pomalowane we wszystkie kolory tęczy, jak w poprzednich świątyniach, ale zbudowane były z pomarańczowego kamienia i czegoś mniej więcej w kolorze piaskowca. Wyglądała niesamowicie dostojnie. Po zwiedzeniu świątyni chcieliśmy zobaczyć muzeum i pałac, ale były
zamknięte, więc wsiedliśmy w rikszę i za 50 Rs chcieliśmy pojechać na dworzec autobusowy i kolejowy. Dojechaliśmy za darmo, a to dlatego, że rikszarz zatrzymał się w dwóch sklepach i prawie kazał nam wejść do środka:

- Just look!


Rano podjęliśmy decyzję. Skracamy nasz pobyt zarówno w Chennai, jak i w Mysore, a sylwestra spędzamy w Palolem. Mamy już trochę dość jedzenia, po którym bolą nas żołądki, co chwilę lądujemy w toalecie lub jest nam po prostu nie dobrze. I prawie zerowej znajomości angielskiego też mamy trochę dość. I straszliwego smrodu ostatnich kilku miast, rynsztoków pełnych wiadomo czego, biegnących wzdłuż ulic, również... Przebookujemy bilety, w Chennai posiedzimy tylko 3 dni, w Mysore też 3, i za tydzień będziemy z powrotem w raju na ziemi. Zobaczymy całe Goa, a w sylwestra wybawimy się jak nigdy :) Będziemy musieli dopłacić do biletów jakieś 600 Rs, ale co tam, warto :)

Niesamowite, jak łatwo przychodzi nam ostatnio jeżdżenie autobusami. Czujemy się tu chyba coraz pewniej, bo dziś jechaliśmy nawet autobusami miejskimi w Thanjavur. Natomiast autobus międzymiastowy tradycyjnie prowadzili istni wariaci, lubiący najwyraźniej nadmiar adrenaliny.

Kiedy wróciliśmy do Trichy, to co nas przywitało tylko potwierdziło słuszność naszej decyzji. Wróciliśmy o 16, i myśleliśmy, że to oczywiste, że w jednej z trzech hotelowych restauracji zjemy porządny obiad. Oczywiste, ale nie tu. Dwie były zamknięte (otwierają o 19:30) a jedyna otwarta serwowała tylko przekąski (lunch do 15, kolacja od 19:30). natomiast jedyną nie-hindusko-zabójczo-niejadalną przekąską były frytki i tzw. potato wafers. Kelner powiedział, że to smażone plasterki ziemniaków - super, miałam nawet ochotę na talarki. Jasne - okazało się, że to maleńka porcja chipsów. Chipsy i porcja frytek z potrójną porcją pieprzu nie była naszym wymarzonym obiadem. Tym bardziej po skąpym śniadaniu. Uciekamy stąd na szczęście jutro rano. W Chennai mamy nadzieję, że będzie lepiej. Potem już tylko Mysore i... Goa :)

23/12/04 Mahabalipuram/Mamallapuram

Dzisiejsza wycieczka uratowała honor Tamil Nadu. Z nawiązką :) Rano pod hotel podjechał kierowca cudnym bialutkim Ambasadorem. Z zewnątrz autko to przypomina trochę odmalowaną syrenkę z przyciemnionymi szybami, ale uważam, że jest urocze. Bardzo wygodne, mięciutkie siedzenia z tyłu przypominały raczej kanapę, niż wnętrze samochodu. Z przodu, zamiast dwóch foteli, również była jedna „kanapa”, a biegi są tylko cztery. I nie ma bocznych lusterek. Zresztą i tak byłyby tu bezużyteczne - ich rolę przejął klakson :) Kierowca nie najgorzej mówił po angielsku i okazał się bardzo miły, choć od czasu do czasu sprawiał wrażenie lekkiego wariata.
Najpierw zawiózł nas do wężowego parku. Było tam również kilka jaszczurek i krokodyli, ale główną atrakcją były węże. Kobry, pytony, boa... Za dodatkowe 10 Rs udało nam się zobaczyć, jak dwóch pracowników „bawi się” wężami. Mieli ich całe mnóstwo, siedziały zwinięte w ustawionych na podłodze dzbanach, odkrytych lub przysłoniętych szmatką. Węży było około 1700. Jeden z „zaklinaczy” drażnił kobry i jakiegoś innego zwiniętego w kłębek węża, wydającego wściekłe odgłosy. Drugi zaklinacz sięgnął do miski pełnej maleńkich wężyków i wyjął jednego (drutem, nie ręką), po czym ściskając go za głowę wbił go zębami w szmatkę przykrywającą jakiś słoik. W ten sposób wydobył z niego parę kropli jadu, który potem używany jest do produkcji leków.

Hmm, pomyłka. Wyciskanie węży widzieliśmy na farmie krokodyli, o czym później. Wężowy park był mało ciekawy - kilka krokodyli i węże za szybką, hihi :)
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
22/12/04 Trichy-Madras

To była masakryczna podróż. Od szóstej rano do dwunastej w południe siedzieliśmy ściśnięci jak sardynki w zwykłej drugiej klasie, bo pociąg nie miał wagonów sleeper class. Plecy i pupę mam do wymiany po tych sześciu godzinach.
Dojechaliśmy w końcu. Na dworcu próbowaliśmy przebookować bilety na jutro do Bangalore. Jasne. Nawet tatkal już nie było (tatkal to dodatkowe miejscówki za dopłatą 150 Rs, które można kupić tylko na jeden dzień przed podróżą). Na następne dni też nie było. Nasza ostatnia szansa to Tourist Office na dworcu centralnym, podobno mają pulę biletów dla obcokrajowców. A jak nie, to doczłapiemy się jakoś autobusem :)

W Hotelu Regal nie było wolnych pokoi, więc zameldowaliśmy się w sąsiednim Hotelu Masa. Jesteśmy jedynymi obcokrajowcami, jeśli nie
liczyć kilku gości ze Sri Lanki. Po korytarzu krążą arabskie twarze, a na tablicy informacyjnej widnieją różni tacy jak Ahmed, Muhamad, Ali Baba i Czterdziestu Rozbójników. Białe habity i mycki, uch :) Ale mamy nadzieję, że nie zabawimy tu długo. Na szczęście, kulinarnie Chennai/ Madras wygląda lepiej.

Musambi - owoc, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Nazywany również zieloną pomarańczą, wcale nie jest zielony, tylko żółty i smakuje jak kwaśne pomarańcze. Wygląda natomiast zupełnie jak pomarańcze, tylko żółte, nie pomarańczowe :) Świeżo wyciskany sok z musambi jest jeszcze lepszy, niż z pomarańczy.

Bilet udało się przebookować bez problemu. Lokalnym pociągiem (jak kolejka WKD) dojechaliśmy do Park Station, skąd daliśmy się zrobić w balona rikszarzowi - 200 m do Central Station kosztowało nas 20 Rs. Powinno kosztować 5... Nieważne :)

Na dworcu znaleźliśmy biuro rezerwacji dla obcokrajowców. Wielki napis na drzwiach głosił: „Entry for foreign tourist only”, wnętrze było klimatyzowane i niesamowicie... puste :) Pani przywitała nas uśmiechem, pokazaliśmy bilet, wypełniliśmy formularz, pokazaliśmy paszporty i... dostaliśmy bilet :) Miejsca były, jak się okazało, ale można je kupić tylko tu i tylko będąc obcokrajowcem. W zwykłych kasach biletów dawno już nie ma, biletów z dopłatą 150 Rs również nie ma. A ludzi oczekujących na liście rezerwowej przybywa (wczoraj było ok. 500). Bardzo miło jest być tu obcokrajowcem :) Zamiana biletu kosztowała nas całe 40 Rs. Jutro zatem wyruszamy do Mysore, a stamtąd do Goa już o połowę bliżej. Znów odwiedzimy VIP’ową turystyczną kasę :) I znów dostaniemy bilety, których nie ma (mam nadzieję).

Z dworca poszliśmy zobaczyć jedną z atrakcji Madras, Fort St. George. Bardzo staraliśmy się doszukać w nim czegokolwiek godnego uwagi, ale niezbyt skutecznie. Okazał się ogrodzonym terenem niewiele różniącym się od reszty miasta: trochę zieleni, większe ale równie rozpadające się jak gdzie indziej budynki, oraz dużo wojskowych. Teren fortu był całkiem spory, mieścił nawet jakiś szpital, banki i domy mieszkalne, całe mnóstwo samochodów i szwendających się ludzi, brzydkich fabrycznych budynków, Ministerstwo Obrony i muzeum. Muzeum uznaliśmy za mało interesujące i nawet nie weszliśmy do środka. Chcieli po 100 Rs. Znając standard tutejszych muzeów, niewiele straciliśmy.
Ogromne rzesze ludzi mieszkają tu na ulicy. Rozkładają swoje manatki na chodnikach, bocznych uliczkach i pod płotami, i żyją. Gotują tam, myją dzieci w kałużach, jedzą prosto z ziemi, dzieci śpią z buziami na piachu i biegają bez ubranek, bawiąc się na śmietniskach. Straszne...

Postanowiliśmy jutro wybrać się do Mahabalipuram. Okazało się jednak, że biuro turystyczne nie organizuje już wycieczek na farmę krokodyli, która jest po drodze i którą bardzo chcieliśmy zobaczyć. Autobusem moglibyśmy tam dotrzeć, ale nie umiano nam wytłumaczyć, jak. Zdecydowaliśmy się więc na małe szaleństwo. Wynajęliśmy samochód (Ambasadora) z kierowcą, który zawiezie nas do Mahabalipuram, na farmę krokodyli i jeszcze do jakiejś podobno ślicznej wioski gdzieś po drodze. Autko mamy na 10 godzin i 150km. Za każdy dodatkowy kilometr dopłacić trzeba 5,5 Rs, za każdą dodatkową godzinę - 40 Rs. Czyli grosze. Czyli zapowiada się dobry dzień :)
Do góry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Kolejny punkt programu - farma krokodyli. Tuż przy wejściu znajdowało się to miejsce, w którym „wyciskano” węże. Opisałam je już wcześniej, więc teraz tylko powtórzę, że warto tam zajrzeć. Po obejrzeniu „pokazu” i nakręceniu (trochę nielegalnie) krótkiego filmiku, poszliśmy obejrzeć krokodyle. Było co oglądać - w parku znajduje się ich ponad 4000! Większe, mniejsze, drobne i naprawdę ogromniaste, mieszkają w świetnych warunkach i mają całkiem sporo przestrzeni (z paroma wyjątkami; w niektórych sadzawkach było ich tyle, że łaziły sobie po grzbietach). Z 23 istniejących na świecie gatunków mogliśmy tu zobaczyć aż 14. Mała ciekawostka: słowo krokodyl
pochodzi z greckiego i znaczy jaszczurka :) Przy jednej z sadzawek zaczepił nas pracownik parku i zaproponował, że za 20 Rs nakarmi krokodyle na naszych oczach. Mieliśmy cichą nadzieję, że banda wygłodniałych bestii rzuci się na ofiarę i rozerwie ją na kawałki. Ale nie - bestie nie były wygłodniałe, a na kawałki mięcha rzuciły się dość ospale. Ale to małe rozczarowanie zostało bardzo szybko zapomniane, bo chwilkę później trzymaliśmy w dłoniach malutkie krokodylątko - miało może z 25 cm, niesamowicie milutki brzuszek i całkiem sporo siły:) Przyjemność kosztowała 30 Rs. Dałabym za to dziesięć razy więcej.

Obejrzawszy resztę krokodyli i jaszczurek, ruszyliśmy do Mahabalipuram. Zwiedzanie zaczęliśmy od tzw. pięciu Rathas, skalnych świątynek ukrytych w piasku do czasu, gdy 200 lat temu zostały odkopane przez Anglików. Obok nich stała naturalnej wielkości rzeźba słonia, podobno jedna z najlepszych w całych Indiach. Wzdłuż drogi prowadzącej do wykopalisk znajdowały się sklepiko-warsztaty kamieniarskie. Na naszych oczach rzeźbiarze kuli w skale śliczne posągi i figurki - kupiliśmy kilka.

Następnie udaliśmy się do Arjuna’s Penance, czyli kolejnych bóstw i kapliczek wykutych w ogromnej skale. Imponujący widok Potem
wspięliśmy się na skałki, żeby zobaczyć kolejne wyrzeźbione w skałach cudeńka. I biegające wokół małpki :) Wracając do samochodu przechodziliśmy obok ogromnego kamienia, cudem opierającego się prawom fizyki, balansując na pochyłej skalistej powierzchni.  Ostatnią atrakcją Mahabalipuram była tzw. Shore Temple. Jak większość tutejszych skalnych figur i kapliczek, pochodzi z około 650 roku. Rzeźby zostały trochę rozmyte przez wiatr i morską bryzę, ale widok tym bardziej robi ogromne wrażenie. W nadmorskiej restauracji zjedliśmy całkiem dobre spaghetti z krabami i ruszyliśmy z powrotem do Chennai.


Po drodze zatrzymaliśmy się w obiecująco brzmiącym Dolphin City. Mieliśmy tam zobaczyć skaczące delfiny, ale nie zobaczyliśmy. W pokazie uczestniczyła jedynie foka, szumnie nazwana lwem morskim. Foczka jak foczka, niesamowicie słodkie i urocze stworzenie, grała grzecznie w piłkę, zbierała obręcze i wykonywała posłusznie rozkazy tresera. Śliczny widok Choć szkoda, że trwał tylko 15 minut. Przed pokazem mogliśmy obejrzeć foczkę spod wody, przez szyby w piwnicy. Widok już nie tak słodki, ale również ciekawy.

Maciek kupił dziś bębenek. Z początkowej ceny 900 Rs dostał go za 250. Siedzimy teraz w pociągu do Bangalore i zjadają nas komary, więc chyba pora gasić światło i iść spać. Po męczącym dniu zaśniemy chyba jak dzieci.
Karnataka
Kerala
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna       Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży
 
 
 
 
 
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Po wężowym parku pojechaliśmy do wioski Dakshina Chitra. Myśleliśmy, że to jakaś wyjątkowo ładna, zwykła wioska. Otóż nie - jest to wioska w budowie i pierwsza naprawdę ładna rzecz w Tamil Nadu, która się nie rozpada i nie ocieka brudem. Cały kompleks jest projektem mającym na celu promocję i ochronę kultury i sztuki południowych Indii: Tamil Nadu, Kerali, Karnataka i Andhra Pradesh. Wioska podzielona jest na sekcje poświęcone każdemu z tych stanów. W każdej z nich znajdują się typowe dla regionu domy mieszkalne, kapliczki, wystawy przedmiotów użytkowych, tradycyjnych strojów i instrumentów muzycznych. Do domków można wejść i przespacerować się po pokojach, kuchni, gankach. Uwaga na niskie framugi w drzwiach :) Teren wioski poprzecinany jest piaszczystymi ścieżkami i rzeczkami (również piaszczystymi,
ale to dlatego, że są dopiero w budowie i jeszcze nie ma w nich wody). Na terenie kompleksu znajduje się także restauracja, kilka straganów, hotelik i sklep. Całość, mimo kłującej w oczy nowości, robi bardzo dobre wrażenie i z biegiem lat na pewno będzie zyskiwać na wartości.