Chennai, 22/12

Jazda drugą klasą nie należy do tych rzeczy, które tygryski lubią najbardziej. Szczególnie, gdy jest to bardzo rano a pociąg jest okrutnie zapchany. Dotarliśmy tutaj jednak dość szybko i bez opóźnień. Poza tym podróżujemy ostatnio tak często, że przyzwyczailiśmy się do tego. Madras, bo tak zamierzam nazywać to miasto (nazwa Chennai mi nie odpowiada), jest miastem ogromnym. Ponad 6 milionów ludzi to strasznie dużo. Miasto chyba ma spore problemy z kanalizacją, bo po pierwsze nieładnie tu pachnie, po drugie rzeki, rzeczki i inne strumyczki mają raczej konsystencję brudnego budyniu, a nie wody. Swoją drogą, mijaliśmy po drodze dwie rzeki wielkości mniej więcej Wisły w Warszawie i obie były wyschnięte. Takie pole pustyni, wśród zieleni robi niesamowite wrażenie.

Tatkal okazał się płochą nadzieją. Bilety w tym systemie zostały już dawno rozprzedane. Mój humor ucierpiał na tym bardzo. Dowiedzieliśmy się jednak, że na dworcu głównym w biurze dla turystów zagranicznych mogą nam pomóc. Znalezienie tego biura nie było łatwe, zaś kupno biletów to istny cud pierwszeństwa białych twarzy nad miejscowymi. Bez kolejki, bez problemu dostaliśmy bilet, na który się nastaliśmy tyle czasu. Mamy bilet w kieszeni i nadal jesteśmy w grze :) Super. Zwiedzanie tej metropolii ograniczamy do spaceru po mieście, przejażdżki rikszą i zwiedzanie byłego fortu brytyjskiego. Fort jest bardzo dużym kompleksem, który o
Kanyakumari, 16/12

Nareszcie dotarliśmy w naszej podróży do najdalej oddalonego punktu (na południe) w Indiach. Dotarcie tu trwało o wiele dłużej, niż się spodziewaliśmy, ale w Indiach jest to chyba oczywiste. Najpierw pociąg spóźnił się dobrą godzinę, a następnie nie wiadomo czemu stał na przedostatniej stacji i nie ruszał. Chyba pracownicy innego pociągu wykorzystali nasz pociąg do przeładunku jedzenia i innych rzeczy potrzebnych do gotowania. Takie rzeczy w Indiach też są na porządku dziennym, a my zdecydowanie się do tego już przyzwyczailiśmy. Jest dzisiaj już ciemno, więc zwiedzanie mieścinki zostawiamy na jutro. Do późnych godzin nocnych z pobliskiej świątyni roznoszą się na całe miasto śpiewy, przemowy, trąbki i bębny. Mam nadzieję, że się to prędko skończy.
Do góry
Do góry
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Kanyakumari, 18/12

Opuszczamy dzisiaj Cape, czyli Kanyakumari. Było to miasto niesłychanie uroczo położone, z atmosferą morską i wietrzną. Niestety atrakcji było bardzo mało, dlatego tak prędki wyjazd. Kanyakumari będę wspominał jako „krainę” przepięknie zielono-błękitnego morza oraz przyziemnego życia jego mieszkańców. Tęsknię trochę za Goa czy Cochin, gdzie byliśmy bardzo wolni, jedno „No, thanks” wystarczało. Tutaj ludzie są natrętni, za wszelką cenę chcą coś sprzedać, gdzieś nas podwieźć. Non-stop oferują nam najlepszą cenę, nie rozumiejąc totalnie, że towary, które mają, są nam niepotrzebne. Przecież jeśli coś mi się spodoba, to po ciężkim targowaniu to kupię :)

Dyskoteka z pobliskiego kościoła też zostanie niezapomniana. Bye bye, Kanyakumari.
Kanyakumari, 17/12

Zostaliśmy bardzo brutalnie obudzeni przed szóstą. Od godziny piątej w naszym hotelu właściciel urządził dyskotekę z muzyką na cały regulator. Tak przynajmniej myślały nasze mocno zaspane umysły. Okazało się jednak, że muzyka dobywa się ze świątyni. Z siłą wodospadu, powiedziałbym, na całe miasto. Jak ci ludzie mogą być normalni… Do tego ranny/nocny gwar na korytarzy, po prostu masakra.

Kanyakumari jest miejscem, w którym spotykają się wody Morza Arabskiego, Oceanu Indyjskiego i Zatoki Bengalskiej. Chyba dlatego jest tu tak wietrznie. Takich wiatrów nie widziałem i nie słyszałem chyba nigdy w życiu.
Tak z myśli ogólnych: w Indiach bardzo dużo ludzi jest wegetarianami. Co rusz widzimy restauracje wegetariańskie i bardzo często są one pełne. Z pewnością jest to związane z religią, bo Hindusi są niesłychanie religijni. Do dziś nie odkryliśmy, kim są tajemniczy mężczyźni w czarnych habito-strojach, ale dowiemy się tego, bo jest ich sporo.

Podoba mi się, że w Indiach dźwięki fletu w oddali nie są czymś nienaturalnym. Czuję się, jakbym słyszał Davida Caradine, który gdzieś daleko opowiada swoją historię.
Madurai, 18/12

Madurai jest miastem tak starym, jak kontakty Greków z daleką Azją. I to widać. Wygląda tak, jakby został wybudowany dawno, dawno temu i do dziś był amortyzowany. Bez (niestety) potrzebnych napraw i rekonstrukcji.
Po drobnej sprzeczce z naszym rikszarzem i tysięcznej odmowie dotyczącej jego propozycji hotelu, dotarliśmy do miejsca o prawie diabelsko brzmiącej nazwie Sree Devi. Hotel dość obskurny, za to tani i z niesamowitym widokiem z dachu na jedyną większą atrakcję miasta - świątynię Sri Meenakshi. Zamierzamy wybrać się tam o godzinie 16:30, bo do tego czasu jest ona zamknięta.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Nie wiem czy to nasze szczęście, czy to magia grudnia, ale gdzie się pojawimy, tam odbywa się właśnie miejscowy festiwal. Tym razem trafiliśmy na święto, które obchodzi się w różnym czasie we wszystkich świątyniach w Indiach. Zwyczajnie taki festiwal trwa około dwóch tygodni, a jego celebracja polega na wzmożonej aktywności pielgrzymów oraz hucznej fecie, muzyce, śpiewach i modłach. Tak jak już pisałem, znowu trafiliśmy na święto. Bardzo miło.

Świątynia Sri Meenakshi nie jest pojedynczym budynkiem, ale ogromnym kompleksem korytarzy, kaplic, wielkich sal i innych pomieszczeń, tworzących razem gigantyczne miejsce modłów
Hindusów, miejsce odpoczynku wielu pielgrzymów, atrakcję niecodzienną dla turystów. Na pierwszy rzut oka największe wrażenie robią bramy wejściowe, usytuowane po każdej stronie świata. Są to dziesięciopiętrowe mniej więcej wieże, zdobione tysiącami figur bogów i boginek. Wszystko kolorowe, bardzo tutejszo-wesołe.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Świątynia wygląda również niesamowicie od wewnątrz. Wszystkie hole podpierane są niezliczoną liczbą kolumn w kształtach najróżniejszych zwierząt. Robi to niesamowite wrażenie. Świątynia jest ogromna, chodziliśmy po niej ponad godzinę a nie obeszliśmy wszystkich pomieszczeń. Do tego tysiące ludzi modlących się przy kapliczkach i posągach. Tu nie ma miejsca centralnego, miejsca, gdzie ludzie się gromadzą. Ludzie są po prostu wszędzie, ale i wszędzie jest też coś, do czego można się pomodlić, albo coś odwiedzić. Widziałem dużo ludzi, kłąniających się najróżniejszym bóstwom, smarowali sobie kolejnym kolorem czoła, dotykali posągów czerpiąc z tego niewidzialną siłę.
Jakby nie było, świątynia ta jest również miejscem handlu i zarobku dla najróżniejszego rodzaju ludzi. Żebraków, przechodniów, przewodników-naciągaczy-oszustów, handlarzy, przechowywaczy sandałów (jak w każdej świątyni, nie można tu chodzić w butach), bileterów itd. Jako miejsce zarówno religijne, jak i turystyczne, posiada świątynia swoje muzeum. Jednak nie zachwyciło nas ono w żadnym stopniu, zresztą jak wszystkie w Indiach.

Miejscem dla mnie najbardziej urodziwym jest tu w miarę centralnie położony basen. Oczywiście nie użytkowy. Otoczony schodo-siedzeniami, z otwartą przestrzenią. Widok wręcz nie do opisania.

Świątynia ta broni Madurai i czyni go miejscem wartym zobaczenia. Jednak z naszego trzydniowego pobytu skracamy go o dwa dni i ruszamy jutro dalej. Na północ, do Trichy, na dalszy podbój Indii.

Jechaliśmy dzisiaj dwa razy old-schoolową rikszą. Taką z rowerem zamiast motoru. Jednak za pierwszym razem wysiedliśmy w połowie drogi, bo dziadek, który ją prowadził, sapał i stękał i prawie nam wykorkował. Drugi raz był dość podobny, choć udało nam się dotrzeć tam, gdzie planowaliśmy. Przyjemność ciut droższa, znacznie wolniejsza i mniej wygodna oraz bardzo stresująca. Jadąc taką rikszą, człowiek ma wrażenie, że wyrządza krzywdę rikszarzowi, a miejscowi przechodnie dobrze o tym wiedzą i widać to w ich oczach. Chyba nigdy więcej :)

Często rozmawiamy z ludźmi, zazwyczaj rozmowa kończy się na tym, skąd jesteśmy i czy nam się podoba. Czasem jednak odbywamy dłuższe, ciekawsze rozmowy. Wczoraj przez przypadek dowiedzieliśmy się, że saree, które kupiliśmy po ciężkich negocjacjach, nabyliśmy w jednym z najdroższych sklepów w Indiach. Hm, może dlatego poczęstowali nas tymi sześcioma herbatami :)
Trichy, 19/12

Dotarliśmy do Trichy bez większych problemów, tylko totalnie nie tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Mieliśmy jechać pociągiem, przyjechaliśmy autobusem. Następnym razem będziemy trzy razy dopytywać się o godzinę odjazdów pociągów.

Trichy, jak prawie wszystkie miasta, jakie widzieliśmy, raczej się rozpada, niż powstaje. Dużo tu kurzu, śmieci, ludzi i małych sklepików, w sumie z niczym.

Po noclegach w ostatnich dniach w raczej budżetowych hotelach, postanowiliśmy umilić sobie życie czymś bardzo luksusowym. Hotelem Femina, z basenem, restauracjami, fitness clubem i innymi atrakcjami, jak mówiąca po angielsku obsługa czy ręczniki i mydło w łazience. Basen, ku naszej uciesze dzisiaj czyszczą i odświeżają, więc jutrzejszy dzień zaczniemy wizytą w przyległej do hotelu piekarni (to rarytas w Indiach), herbatką w pokoju i wymoczeniem kości w basenie. Chcemy również trochę się powspinać i odwiedzić parę księgarni.

Dawno chciałem o tym napisać, ale zawsze mi to wypadało z głowy. Ku mojemu zdziwieniu, w Indiach bardzo duży wpływ na polityczne gusta mają Chiny. Indyjska Partia komunistyczna jest jedną z trzech najsilniejszych i to widać. W miastach wiszą często czerwone flagi z sierpem i młotem, nad sklepami wiszą dumnie obrazki miejscowych liderów. Scary.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Trichy, 20/12

1, 2, 3, 4… 57,58… 174, 175… 312… 437. To całkiem sporo schodów jak na indyjskie płasko-świątynie. Rock Fort Temple jest jednak inna, wykuta w skale. Na szczęście dla zwiedzającego, co parędziesiąt stopni jest mała kapliczka lub miejsce postoju, dlatego cała podróż, tam wysoko, nie jest tak strasznie uciążliwa. Miejsce bardzo klimatyczne, choć sam widok z góry dość banalny i nieciekawy, bo architektura Trichy sama w sobie niewiele ma do zaoferowania.

Wycieczka po świątyniach Trichy właśnie się zaczęła. Nasz kierowca, dość niegadaty, czeka u podnóża góry w gotowości do dalszej podróży. Jego usługę bardzo mocno wynegocjowaliśmy, początkowo chciał 100
Rupii za podwiezienie nas do świątyni, teraz za 200 obwiezie nas po trzech świątyniach, zatrzyma się w centrum przy księgarni, do której chcemy wstąpić, oraz odwiezie nas grzecznie do hotelu. Nasz promotor byłby z nas dumny.

Drugim przystankiem była Sri Ranganathaswamy Temple, która jest najprawdopodobniej największą świątynią w Indiach. Ups, wszystko się zgadza, tylko w tej świątyni byliśmy na końcu. Jak dla mnie, świątynia ta była zbyt ogromna, żeby się nią w pełni cieszyć. Zaś z usług przewodników-naciągaczy nie chcieliśmy skorzystać. Śmieszne, że po paru wizytach w hinduskich świątyniach nie czuję się już obcy i zagubiony, ale raczej jak zwiedzający „swój” turysta, tylko biały. Widzieliśmy swoją drogą dwoje Hindusów-albinosów. Widok o tyle komiczny, co przerażający. W świątyni Sri Jambukeshwary spotkaliśmy bardzo znanego myśliciela-guru-lidera czegoś tam. Skojarzyłem go z plakatów, które dość gęsto wiszą na ulicach. Mino iż nie znam jego imienia i tego, co głosi, że jest tak popularny, miło było zobaczyć takie zamieszanie w świątyni. Byliśmy chyba jedyni z Kasią, którzy na niego nie czekali i którzy nie pobiegli za nim gdy się w końcu pojawił. Ludzie padali mu pod nogi, kamery ciężko pracowały, a my przyglądaliśmy się temu i żyliśmy dalej.

Do tego wszystkiego Kasia wykorzystała zamieszanie i zrobiła zdjęcia tam, gdzie ich robić nie wolno. Tłumaczenie się, że tyle tu kamer i aparatów, wydawałoby się totalnie durne, ale podziałało idealnie. Tylko się uśmiechali, my też się uśmiechaliśmy.

Po tak religijnie spędzonym dniu chcieliśmy wykąpać się w końcu w hotelowym basenie. Okazało się (ile to już razy w Indiach coś się okazuje), że zaszła pomyłka i wczoraj basen jednak był czynny, a dziś nie jest. Bo się go czyści. No cóż, udaliśmy się na kolejny wstrętny obiad. Niestety, stan Tamil Nadu nie zachwyca nas strasznie. Miasto jakie odwiedzamy są brudne, brzydkie, walące się i odpychające. Dla turystów takich jak ja ma to urok zapoznawczo-zwiedzaniowy, gdybym miał tu jednak mieszkać na dobre, to bym się… pochlastał. Do tego jedzenie jest powtarzalne i niesmaczne, no ale koniec z tym marudzeniem. Na to się pisaliśmy przyjeżdżając tu i z tego po cichutku się cieszę, nie wiem jak Kasia.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Thanjavur, 21/12

Wybraliśmy się dzisiaj 50 km na wschód od Trichy na wycieczkę do Thanjavuru. Po przejażdżce do Kumily przyrzekaliśmy sobie, że nigdy więcej nie pojedziemy autobusem, nie udaje się nam jednak tego trzymać. Ja cieszę się z tego bardzo, bo poznajemy przez to Indie coraz bardziej.

Dzisiaj jestem już pewien, że w Indiach nie obowiązują żadne przepisy drogowe oprócz świateł zielonego i czerwonego. Oczywiście autobusy przejeżdżające przez światło czerwone są tylko potwierdzeniem tej reguły. Hindusi na drodze improwizują i dostosowują się do sytuacji. Widzieliśmy dziś znak „Obey traffic rules”. Słodkie. Bo nikt ich nie przestrzega.

Na szczęście dobór miejsce do zwiedzania okazał się bezbłędny. Świątynia Brihadishwara jest w istocie cudowna i tak bardzo inna od tych, które dotąd widzieliśmy. Jest ona bardzo stonowana, z brązowymi bramami, budynkami i centralną świątynią. Na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo aztecka, w istocie była ona wzorowana na starożytnych piramidach egipskich. Chciałbym widzieć jak wyglądała, gdy oddawali ją konstruktorze na początku XIX wieku. U nas wujek Mieszko mieszkał w chatce z drewna w tym czasie. Hihi, na szczęście teraz całkiem inaczej, a proporcje odwróciły się bardzo widocznie. W końcu chatka drewniana w Indiach, w porównaniu z rzeczywistością jest dla wielu tylko nieosiągalnym marzeniem. Nie wierzymy do końca w indyjskie pałace i muzea, ponieważ jak dotąd nie były w najmniejszym stopniu interesujące. Niestety nie było
nam dane skonfrontowanie naszej opinii z Thanjavurską „reprezentacją”. Pałac był zamknięty, zaś widoku z zewnątrz chciwie broniły budynki, którymi był obudowany. No trudno, gdzie indziej może nam się poszczęści.

Bardzo ciekawym wydarzeniem był powrót na dworzec autobusowy. Ustaliliśmy z rikszarzami trasę na dworzec kolejowy (chcieliśmy przebookować bilety, powrócę do tego jeszcze) a następnie na dworzec autobusowy. Cena 50 Rupii. Jednak po drodze kierowcy zaproponowali wizytę w ekskluzywnym sklepie w zamian za upust taryfy do 30 Rupii. Z wielką chęcią na to poszedłem, a uśmiechem (na szczęście) udało mi się również przekonać do tego Kasię. Kasia w ostatnich dniach cierpi na syndrom zmęczonego naciąganiem i jawnym oszukiwaniem turysty. Zmieni się to wkrótce :)

Sklep postanowiliśmy zwiedzić, pochwalić i olać, nie kupując w nim nawet jednej pocztówki, nie udało się jednak, kupiliśmy małe puzderko, które dość
desperacko sprzedał nam sprzedawca za około 40% ceny bazowej. Na pewno na tym i tak zarobił, ale miło nam było, bo 150 Rupii to niewiele, zwyczajnie tyle wydajemy na śniadanie. Podziękowaliśmy, ja odmówiłem 500 razy kupna innego puzderka i wyszliśmy. Nasi kierowcy nie dawali za wygraną. Propozycję kolejnej wizyty w innym sklepie i oferta, że przejażdżka rikszą będzie za darmo. Weszliśmy w ten układ, w końcu nie często jeździ się za darmo. Kiedy wyszliśmy ze sklepu po dziesięciu minutach i nic nie kupiliśmy, co oznacza, że rikszarze nie dostaną prowizji, postanowili oni znowu zaatakować. Zastanowiłem się, czy by nie jechać do kolejnego sklepu za drobną dopłatą. Uznałem to jednak za zbyt niecodzienne. Nawet dla takich mistrzów negocjacji jak Hindusi.

Na dworcu dowiedzieliśmy się, że jedyną nadzieją na przebookowanie biletów w okresie świątecznym jest system Tatkal, czyli dopłata 150 Rupii za osobę i ułatwione załatwianie biletów. Pozostała nam tylko wizyta w Madras, na lokalnym dworcu. Nadzieja matką głupich?

Tak piszę o tej zmianie planów, ale o co dokładniej chodzi? Rano postanowiliśmy, po mojej szatańskiej sugestii, skrócić pobyt w Madras i przyspieszyć przyjazd na Goa. Tak aby spędzić jedną z naszych najwspanialszych sylwestrowych zabaw na plaży, przy blasku świecących gwiazd i bla bla bla. Żeby szybciej wrócić do raju. Nasza decyzja zapadła po paru mniej udanych dniach w Tamil Nadu, stanie, który szczerze mówiąc mało przypadł nam do gustu. Pojedziemy zatem do parę dni do Mysore, świata drewna sandałowego, a potem prosto na Goa. Problem: bilety i bardzo ruchliwy okres świąteczny. Uda się.

Wykąpaliśmy się w końcu w basenie. Dotarliśmy tu jednak dość późno, dlatego brak prażącego słońca skłonił nas do raczej symbolicznego popluskania się, niż mocnej, regularnej kąpieli.
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Chennai-Mahabalipuram, 23/12

Dzisiejszy program turystyczny mieliśmy okrutnie napięty, ale opłacało się. Bawiłem się dzisiaj cudownie. Dzięki tej wycieczce Tamil Nadu zostaje uratowane. Są tutaj naprawdę piękne miejsca, które zdecydowanie warto zobaczyć.

Zacząłem dzień nietypowo, bo jajkami sadzonymi na szynce. Szynka w Indiach to rarytas pierwszego stopnia. Na moje nieszczęście, rarytas ten nie miał żadnego, ale to żadnego smaku, a jego gęstość-konsystencja przypominała raczej starą podeszwę niż jedzenie. Niemniej jednak dzień zaczął się tak dobrze, jak miał się skończyć. Podróż się zaczęła…

Zaczęliśmy z grubej rury wizytą w parku węży. Widzieliśmy pytony, kobry, chyba grzechotniki i inne małe, nawet wodne. Do tego żółwie i parę krokodyli. Obudziliśmy się na dobre, a to dopiero początek naszych zabaw.
Następnie zajrzeliśmy do wioski o kosmicznie brzmiącej nazwie Dakshina Chitra. Nie było to do końca to, czego się spodziewaliśmy. Wioska ta bowiem jest chyba szczytem osiągnięć indyjskiego przemysłu turystycznego. Wybudowana od podstaw, bardzo zmyślnie zaprojektowana, ma przybliżyć turyście kulturę Tamil Nadu, Kerali, Andhra Pradesh i Karnataki. Mała wioska składa się z parunastu chatek, całkowicie się od siebie różniących, a będących chyba typowym efektem różnic kulturowych w Indiach. Do tego myśl architektoniczna pomysłodawcy tego projektu wzbogaciła wioskę o rzeczki, kanałki, budyneczki użytkowe i inne. Jeśli odwiedzilibyśmy to miejsce za 10 lat to moglibyśmy ujrzeć je w pełni zasłużonej chwały, bo na razie miejsce to się buduje. Wygląda jednak bardzo imponująco.
dziwo dzisiaj wykorzystywany jest do celów stricte użytkowych. Znajdują się tutaj restauracje, muzeum, ministerstwo obrony, koszary wojskowe, chyba więzienie, oraz bank rezerw. Tylu mundurowych nie widziałem chyba podczas całej naszej podróży.

Niestety opisywane w przewodniku wycieczki organizowane do Mahabalipuram i na farmę krokodyli są już tylko mglistą przeszłością. Postanowiliśmy jednak nie dać za wygraną i zorganizować to indywidualnie. Wynajęliśmy samochód z kierowcą, który jutro przez 9 godzin będzie spełniał wszystkie nasze turystyczne zachcianki.

Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Indie, podróże, podróż, wyprawa, relacja z podróży Indie
Punkt trzeci na naszej liście był miejscem najciekawszym dzisiaj. Uważam nawet, że mógłby kandydować do medalu najfajniejszego wydarzenia wyjazdu do Indii. Odwiedziliśmy farmę krokodyli, w której liczba stałych mieszkańców nie kończy się na paru tysiącach. Krokodyli jest tu tak wiele, że aż leżą na sobie by zdobyć trochę słońca. Cieszy oko ten projekt ratowania zagrożonych gatunków, bo widać, że jest on w
pełni udany. Turystów (zadowolonych) tutaj wbród. A wśród nich Kasia i Maciek. Nie pożałowaliśmy 30 Rupii i wzięliśmy małego krokodylka na ręce. Cóż za cudnie mięciutkie i słodziutkie z niego stworzenie. Zakochałem się po uszy.

Widzieliśmy karmienie krokodyli (zapłaciłem za to kolejne 20 Rupii), legwany, węże i kameleona. Hm, kameleon był chyba w parku węży, a nie tutaj. Nieważne. Krokodyle jakie widzieliśmy były najróżniejszej maści. Duże, małe, słodko-słonowodne, aligatory, krokodyle indyjskie, afrykańskie, krokodyle-ryby piły. Super. Do tego w parku, oczywiście za odpowiednią dopłatą, mogliśmy zobaczyć „dojenie” węży, czyli zmuszanie ich do oddawania jadu, który następnie wykorzystywany jest w produkcji leków i antidotów. Widzieliśmy również kobry, na szczęście w pełni krasy a nie takie zaspane, leniwe jak we wcześniejszym parku.
Do tego do woli kręciliśmy filmiki na naszej aparato-kamerce. Cieszy nas to bardzo, ponieważ zawsze kupujemy bilety na aparat (zwykle około 10 Rupii) a nie na kamerę (około 50 Rupii). Chyba jest to idealny moment na opisanie kolejnego sposobu na wydojenie, tym razem turysty. Zwyczajnie bilety wejściowe nie kosztują wiele, czasem jednak zdarza się, że bilet dla obcokrajowca jest 25 razy droższy niż dla Hindusa. Takie miejsca omijamy jednak jak się da. Za to bilety na aparat sprzedawane są osobno, zaś ich cena zawsze jest wyższa niż powinna. Czasem płacimy około 50 Rupii z nadzieją, że coś uda się sfotografować, a tu… dupa. Rozradowani i rozchachani daliśmy zawieść się kierowcy w końcu do Mahabalipuram.

Mahabalipuram w przeciwieństwie do innych miast w Tamil Nadu jest miejscem bardzo zadbanym. Mało tutaj żebraków, śmieci nie walają
się tak strasznie po ulicach, jedzenie jest dobre, a atmosfera bardzo relaksująca. Zwiedzanie miasta poszło nam bardzo płynnie. Główną atrakcją Mamallapuram (bo tak inaczej nazywa się miasto) są antyczne rzeźby w skałach. Nie wiem, czy to kwestia ich wieku, czy dziecinnie nieskomplikowanych zdolności ich twórców, ale rzeźby w Mahabalipuram są mało wyrafinowane. Powiedziałbym proste. Za to bardzo klimatyczne i dobrze jak na wiek zachowane. Five Rathas, miejsce pięciu świątyń wykutych w skale, rozbudziło nasze zainteresowanie. Następnie odwiedziliśmy Arjuna’s Penance, Ganesh Ratha, Trimuri Cave Temple i Shore Temple, a wszystkie ciekawiły, hihi, rzeźbami skalnymi. Bardzo miłym widokiem była ogromna kula skalna, która niewiadomo jakim cudem, prawem fizyki, stała na zboczu skały i nie chciała się nijak stoczyć. Szczególnie byłoby to widowiskowe, gdyby jednak raczyła stoczyć się w momencie, kiedy ktoś by pod nią stał.
Po bardzo smacznym spaghetti z krewetkami ruszyliśmy dalej do ostatniego widowiska naszej wycieczki: aquaparku delfinów. Specjalnie ironicznie tak to nazywam, ponieważ miejsce okazało się nie lada zapuszczoną ruderką. Zamiast delfinów miał wystąpić lew morski. Mimo takich zapewnień oraz ciągłych komentarzy speakera, lew morski był normalną foką, jednak nasze dobre wychowanie nie pozwoliło nam tego na głos skomentować. Foka skakała, biła brawo łapkami odbijała piłkę, nosiła ją na pyszczku, grała w kosza wodnego, zjadała rybki, pozowała do zdjęć, dawała głos, łapała obręcze i generalnie sprawiała słodkie wrażenie. W nagrodę dziesięcioosobowa, elitarna widownia obdarowy-wała ją sporadycznymi, trochę wymuszonymi oklaskami. Nasze oklaski były naturalne :) hihi. Dzień super, super, super.

Zapomniałbym totalnie. Przez przypadek spotkałem sprzedawcę sandałów, który zaproponował zszycie moich starych. Naprawił rozdarcie, podkładając kawałek
skóry i zszywając go oraz zszył już na dobre latające z przodu wkładki. No proszę, tyle razy je kleiłem, a teraz trzymają się jak… Cena jednak była dość wygórowana. Początkowo zaproponował 10 Rupii, ostatecznie zapłaciłem 140. No cóż, mam teraz wkładkę, a raczej podkładkę, z wielbłąda.
Do góry
Karnataka
Kerala
Do góry
Skomentuj
Copyright © Parampara 2009 Kasia Horwat Maciek Paszkowski       Strona główna      Webmaster       Kontakt
biżuteria, kolczyki, imprezy firmowe, team building, Indie, Warhammer
Indie - dzienniki podróży